Reklama


Artykuły

RODO: Monitoring wizyjny a potencjalne zagrożenia

Autor: Artur Majchrzycki   |   Data publikacji: poniedziałek, 14 marca 2022 01:00

security-camera-5642120.jpg

Wszędzie można zauważyć, że jesteśmy obserwowani za pomocą kamer monitoringu wizyjnego. Osiedla, budynki, skwery, parki, ulice... Wszędzie odnajdujemy kamery.

Monitoring wizyjny wciąż budzi wiele wątpliwości, pomimo, że w Polsce poddany został już regulacji prawnej. Kamery w zdecydowanej większości są montowane w celu zniwelowania zagrożeń, np. zniszczenia mienia, kradzieży, rozbojów czy pożarowych, lub w celu zapewnienia porządku publicznego.

Pewien administrator nieruchomości za zgodą większości lokatorów zainstalował monitoring wizyjny w sposób, że obejmował on wejście do lokali mieszkalnych. Celem instalacji monitoringu było zapewnienie porządku i uniknięcie zaśmiecania terenu.
Taka ochrona terenu nie spodobała się wszystkim mieszkańcom. W toku szeregu działań prawnych sprawa miała swój finał w Naczelnym Sądzie Administracyjny. Sąd orzekł, że uzasadniony interes Administratora może uzasadniać montaż monitoringu wizyjnego na budynku mieszkalnym. Proces i system przetwarzania danych musi jednak być zgodny z przepisami RODO, a więc wykazania, że interes Administratora ma nadrzędny charakter wobec podstawowych praw i wolności osób, których dane dotyczą. Nie podzielił argumentu Administratora, że kamery mają na celu wyłącznie zachowanie porządku. Stwierdził, że konsekwencją zainstalowanego monitoringu jest niepożądana świadomość osoby, która znajdzie się w zasięgu kamer, że może być obserwowana (na żywo) przez nieokreślone osoby.
Co ciekawe: sąd stwierdził, że stosowanie monitoringu wizyjnego na budynku mieszkalnym umożliwia dokonanie oceny zachowań i zwyczajów właściciela lokalu oraz innych osób, które go odwiedzają.

Systemy monitoringu mają możliwość zaczernienia miejsca, które nie powinno być rejestrowane – kamera widzi to miejsce, ale rejestrator nie zapisuje obrazu z tego miejsca. Jednak już sam fakt, że osoba siedząca przed monitorem wyświetlającym obraz z kamery może obserwować (a nawet nagrywać przy pomocy np. telefonu komórkowego) widok z kamery, jest naruszeniem przepisów.
Administrator musi w każdym przypadku dobierać takie środki, które w minimalnym stopniu będą ograniczać prawa osób. Administrator mógł zastosować mniej inwazyjne środki, np. zatrudnić osobę, która będzie dbała o regularne utrzymywanie porządku.

Potencjalne zagrożenia uzasadniające zainstalowanie monitoringu wizyjnego za pomocą kamer nie mogą być abstrakcyjne. Inaczej mówiąc, obawa Administratora, że jakieś zdarzenie może mieć miejsce w przyszłości, nie jest wystarczająca. Musi faktycznie dochodzić do niebezpiecznych sytuacji w obrębie monitorowanego terenu. Przekładając tę sytuację z polskiego na nasze: najpierw musi wydarzyć się jakieś niebezpieczne zdarzenie, by zgodnie z przepisami można było objąć monitoringiem wizyjnym miejsce tego zdarzenia.

 


 

Artur Majchrzycki – Inspektor Ochrony Danych, jest ekspertem ds. ochrony danych osobowych. Specjalizuje się w problemach związanych z wdrażaniem przepisów ochrony danych osobowych. Posiada wieloletnie doświadczenie związane z zabezpieczeniami informatycznymi w ochronie danych. Audytor Wewnętrzny Systemów Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji zgodnego z ISO/IEC 27001.
Kontakt do autora:
tel. 501 15 11 15
email: a.majchrzycki@moment24.pl

 

przeczytaj cały artykuł

TIA cz. 10 Generalny-genialny menadżer 2.0 aka Szczur!

Autor: Jacek Kiszkiel   |   Data publikacji: poniedziałek, 14 marca 2022 01:00

116_S52_1.jpg

Telefon wibruje. Na Whatsappie wiadomość od Mietka:
„Jacek mamy problem ludzie z bronią mówią, że są z policji i coś od nas chcą”.

Po krótkiej rozmowie z oficerem Mietek przekazuje informację, że muszą jechać do domu po paszporty i pokazać bilety powrotne do domu. W RPA bez pozwolenia na pracę lub wizy biznesowej pobyt dłuższy niż 30 dni nie wchodzi w grę. Wiadomo więc, jaki był cel policji i urzędu imigracyjnego – sprawdzić ile dni siedzą chłopaki w RPA!

Niestety była jeszcze jedna zmienna, o której zapomniałem. Głupia. Ba! Bardzo głupia. Ja pilnowałem podczas wjazdów do RPA, żeby celnik mi wpisał „bussines visitor”, a nie „tourist visitor”. To zmienia wszystko. Mietek i Zenek zostali potraktowani jak przestępcy, bo byli tam jako „turyści”, więc nielegalnie przebywali na terenie zakładu pracy. Powiecie, że to przecież firma Zenka, a Mietek ma pełnomocnictwo do reprezentowania firmy w RPA. Jednak zależy, jak prawo jest interpretowane i kto je chce interpretować.

Nasz GM lubił grać w tenisa. To go nawet wysoko zaprowadziło, bo trenował ludzi prezydenta, a kiedy między nami zaczęło się psuć, zaczął szukać sposobności eliminacji nas. Zadacie pytanie: jak można sr...ć do własnego gniazda? Uwierzcie mi, nasz GM zmienił się nie do poznania: z osoby, która była bezkonfliktowa, do typa, który jest w stanie spalić wszystkie mosty za sobą!

Zanim skończę historię z grudnia 2020 roku, muszę się cofnąć jeszcze do roku 2018. We trójkę – ja, Mietek i Zenek – byliśmy skupieni na robocie w RPA, nawet nam przez głowę nie przeszło, że w tym czasie GM już działał przeciwko nam. Jak wspomniałem, nasz GM grał w tenisa rekreacyjnie, ale też był trenerem. Przez 40 lat zaprocentowało to znajomością wielu ludzi. Między innymi miał dobre kontakty z ambasadą polską, gdzie trenował naszą konsul (bez nazwisk). Dzięki tym kontaktom udało mu się wkręcić do świty prezydenta (do października 2018 był to Jacob Zuma, a do dzisiaj Cyril Ramaphosa). W czasie, kiedy trenował w Pretorii ludzi prezydenta, otaczał się różnymi osobami. Wśród nich byli i przedstawiciele urzędu imigracyjnego – kto dokładnie, nie wiem, ale w 2021 roku dostałem informację, że naciski, żeby zamknąć Zenka i Mietka w 2020 roku, przyszły z góry.

Wyobraźcie sobie, jaka musiała w nim buzować nienawiść do nas, do ludzi którzy każdego 25-tego dawali mu wypłatę. Wtedy już musiał knuć plan, co zrobić, żeby pozbyć się nas z RPA. Apogeum tego była jednak historia z grudnia 2020. Pamiętam jak dzisiaj, że kiedy dowiedziałem się, że jadą na posterunek w eskorcie policji, ścięło mnie z nóg. Co mam zrobić? Kupić bilet, wsiadać do samolotu i lecieć tam? Tylko zanim dotrę na miejsce, minie dwa do trzech dni. Podjąłem decyzję, że nikt o niczym nie będzie wiedział, a ja zamknę się w biurze i ruszę swoje kontakty w RPA.

Żeby Zenka i Mietka wyciągnąć z więzienia, potrzebowałem jednego dnia. Ściągnąłem z Kapsztadu naszego wspólnika Adriana. Choć to bardzo dobry przyjaciel GM – w sumie znają się przeszło 30 lat i znamy go dzięki GM – jego zachowanie było w pełni profesjonalne i bardzo mnie zaskoczyło. Powiedział mi wtedy: „Jacek, nie martw się. Jestem tu po to, by wam pomóc. Zenkowi i Mietkowi włos z głowy nie spadnie i wszystko będzie dobrze”. Jak powiedział, tak się stało. Do Brits dotarł po 8 godzinach. Jego znajomości i sposób funkcjonowania w RPA był godny podziwu. Jak się okazało, urząd imigracyjny przyznał, że dostał informację (wtedy nie powiedzieli od kogo) że dwóch Polaków nielegalnie pracuje na terenie kopalni w Brits. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy funkcjonariusze powiedzieli, że wiedzieli gdzie szukać tych Polaków. Mieli podane dwa adresy: domu i kopalni. To nie była rutynowa kontrola tylko świadome działanie kogoś, kto wiedział, gdzie są chłopaki.

Skończyło się na tym, że zabrano im paszporty, wystawiono mandat za nielegalną pracę i wydano zakaz wjazdu na teren kopalni. Tak, zakaz wjazdu do firmy jej właścicielowi. Kto nie zna Zenka, nie zrozumie jak wielka złość w nim kipiała, że ktoś coś mu nakazuje i to jeszcze w jego firmie. Musieli jednak to uszanować. Wtedy ja z Adrianem miałem czas, żeby wszystko odkręcić. Chłopaki zostali w Brits do 20 grudnia. Paszporty mogli odebrać dopiero na 5 godzin przed odlotem.

Ciężko to zrozumieć, dopóki człowiek nie znajdzie się w takiej sytuacji. Jedynym dokumentem tożsamości dla obcokrajowca – oczywiście poza Unią Europejską – jest paszport. Oni ich nie mieli. Mieli „kserówkę”, która niby mówiła, że paszport został im zabrany. Każde zatrzymanie wiązało się z godzinnymi tłumaczeniami dlaczego, po co, na co. Zenek i Mietek są pracoholikami, a musieli de facto przez tydzień siedzieć w domu. Najbliżej do firmy mogli podjechać pod szlaban odgradzający kopalnie od „bezpiecznej ziemi” – wiedzieli jakie konsekwencje mogą nastąpić, jeżeli pokusiliby się wjechać na kopalnie i ktoś by udowodnił, że tam byli. Najbardziej komiczne z tej całej opowieści jest to, że nasz GM – który od tej pory dostał ksywę Szczur – siedział na kopalni i nawet palcem nie kiwnął. Kiedy urząd imigracyjny i policja zjawiła się w kopalni, wsiadł w auto i pojechał przed siebie, jakby go ta sprawa w ogóle nie dotyczyła. Jego znieczulica i brak zainteresowania tym, co się dzieje z chłopakami, była porażająca do tego stopnia, że mieszkał dalej w domu, którego właścicielem był Zenon. Nawet nie wzruszył ramionami, kiedy chłopaki wrócili na noc do domu. A następnego dnia nasz Szczur, jak gdyby nigdy nic, wsiadł do auta i pojechał na kopalnie „pracować”.

Powiecie: „za takie coś na kopach bym wyrzucił tego gościa z domu i firmy”. Dokładnie tak chcieliśmy zrobić. Jednak to, co później nastąpiło i jaka była sekwencja zdarzeń do lipca 2021 przeszło wszelkie wyobrażenia. Zaczęło się od próby eksmisji z domu, która się nie udała, przez nakaz jego powrotu do domu (tak, nakaz sądowy powrotu do naszego domu) po dyscyplinarkę. Ale to zostawmy na kolejną opowieść o naszym GM aka Szczur.
TIA!

TIA – This is Africa – to najczęściej powtarzany przeze mnie zwrot w odniesieniu do RPA. Przez ostatnie 10 lat powtórzyłem go tysiące razy. Na głos i w myślach.

przeczytaj cały artykuł

Schody Potiomkinowskie

Autor: Anna Skolak   |   Data publikacji: poniedziałek, 14 marca 2022 01:00

_сходи_11.jpg

Spośród internetowych rankingów „10 najpiękniejszych...” dziś na tapet weźmiemy najpiękniejsze schody świata. W zdecydowanej większości tych zestawień natkniemy się na te z przepięknej, malowniczej, nadmorskiej Odessy.

To symboliczne wejście do ukraińskiego miasta od czasu ich powstania w XIX wieku nosiło już wiele imion. Początkowo były nazwane „Gigantycznymi schodami”, następnie „Schodami przymorskimi”, „Ryszeliowskimi”, „Bulwarowymi” i wreszcie od 1955 roku znane są jako „Schody Potiomkinowskie”. Ich powstanie zawdzięczamy włoskiemu architektowi z XIX wieku Francesco Boffo oraz pomocy Abrahama Mielnikowa i Pottiera.

Pierwotna nazwa “Gigantyczne” miała swoje uzasadnienie – liczą one 192 stopnie, mają długość 132 metrów, a różnica poziomów wynosi 27 metrów. Początkowo zbudowane z piaskowca zastąpione zostały w 1933 roku stopniami wykonanymi z granitu z Podola. Rozszerzająca się ku dołowi konstrukcja schodów sprawia, że patrząc na nie z góry odnosi się wrażenie, jakby stopnie były tej samej szerokości. W rzeczywistości jednak najniższy stopień ma ok. 21,5 metra, najwyższy zaś 12,5 metra. Dodatkowo patrząc z góry, nie zobaczymy schodów, jedynie podesty. Z dołu natomiast efekt będzie odwrotny – zobaczymy jedynie schody.

116potiom.jpg

Zdjęcia:
z lewej: Schody w Odessie (Ukraina) – widok z dołu (źródło: www.traveliger.pl)
z prawej: Schody w Odessie (Ukraina) – widok z góry (źródło: www.youtube.com, profil: Sylwia K_Podróże, kadr z filmu ODESSA SCHODY POTIOMKINOWSKIE)

Prócz wywołującej złudzenie optyczne konstrukcji, schody kryją jeszcze kilka tajemnic i ciekawostek. Początkowo stopni było 200, podczas renowacji zredukowano ich liczbę do obecnej. Mieszkańcy twierdzą jednak, że ta ósemka nie została usunięta, a jedynie zakopana i do dziś znajduje się pod jezdnią ulicy Nadmorskiej.

Pełnią one również ważną rolę w życiu kulturalnym mieszkańców. Służąc jako trybuny umożliwiają organizację koncertów, pokazów, festiwali. Raz w roku organizowane są również zawody w bieganiu po schodach w górę, a obecny rekord wynosi 22,8 sekundy!

Jeżeli nigdy nie byliście w Odessie i nie przeglądaliście list topowych schodów, a w głowie pojawiła się myśl „gdzieś je już widziałem”, bardzo możliwe, że stoi za tym film Siergieja Eisensteina “Pancernik Potiomkin” (1925 r.). Ta prawie już stuletnia produkcja zdecydowanie przyczyniła się do ich rozsławienia. Schody zagrały też w filmie Juliusza Machulskiego pt. “Déjà vu” (1989 r.).

Dodatkowo były inspiracją dla tych znajdujących się w Polsce przy Operze i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku oraz w Parku Marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza w Warszawie. Mogliście więc spotkać w naszym kraju ich zmniejszone i lekko różniące się wersje.

 

Zdj. Przykład złudzenia optycznego – najniższy stopień jest około 1 m szerszy niż najwyższy (IKEA, Wrocław)

przeczytaj cały artykuł

Geologia wciąga

Autor: Jerzy Jędrychowski   |   Data publikacji: poniedziałek, 14 marca 2022 01:00

116_S58_1.jpg

W dniu 21 października 2021 w budynku Geonatura Kielce odbyło się uroczyste otwarcie wystawy zatytułowanej „Mistrz i Uczeń – sztafeta geopokoleń”.

Na wystawie zaprezentowano okazy geologiczne ze zbiorów Jerzego Jędrychowskiego – kolekcję drewna skrzemieniałego oraz kolekcję minerałów Antosia Kaszni. W skład tej ostatniej wchodzą minerały pochodzące zarówno z terenów Polski, jaki iświata. Młody pasjonat, mimo swoich 11 lat, zdołał zebrać pokaźną kolekcję, w której szczególny nacisk kładzie na minerały pochodzące z naszego świętokrzyskiego podwórka. Ciekawie zaprezentowane okazy wzbudziły ogromne zainteresowanie wśród osób zgromadzonych na otwarciu, a także wśród zwiedzających wystawę turystów.

Podczas otwarcia wystawy nastąpiło symboliczne przekazanie pałeczki w sztafecie geopokoleń. Kielecki kolekcjoner iregionalista – Jerzy Jędrychowski przekazał na ręce Antosia – przedstawiciela młodego pokolenia miłośników geologii, własnoręcznie wykonany młotek geologiczny.

Przypomnijmy historię świętokrzyskiego ruchu kolekcjonerskiego. Wszystko zaczęło się 17 lutego 1986 roku, kiedy to wKielcach powstała „Szkółka zbieracko - szlifierska” założona przez Polskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk o Ziemi – Oddział Świętokrzyski. Była to w tym okresie pierwsza wPolsce organizacja skupiająca geo-zapaleńców. Założycielem i prowadzącym był Jerzy Jędrychowski. Wszkółce uczono podstaw geologii regionalnej, gemmologii, złotnictwa i obróbki kamieni ozdobnych. Uczestnicy mieli do dyspozycji dość dobrze wyposażoną szlifiernię. W tym samym roku, 5 października, odbyła się I Kielecka Giełda Skał i Minerałów. Odtej pory kieleckie giełdy były przez szereg lat miejscem spotkań kolekcjonerów z całego kraju.

 Bardzo wyraźne zainteresowanie kolekcjonerskie wśród mieszkańców regionu nasunęło pomysł utworzenia profesjonalnego klubu zrzeszającego miłośników – kolekcjonerów. Pomysłodawcy przedsięwzięcia, Barbara i Jerzy Jędrychowscy, otrzymali duże wsparcie od ówczesnego dyrektora Geoparku Kielce – pana Andrzeja Mochonia. Dyrektorskie decyzje zaowocowały powstaniem w strukturach Geoparku, Klubu Miłośników Geologii. Klub, który początkowo miał siedzibę w Kieleckim Centrum Kultury, rozpoczął swoją działalność w styczniu 2005 roku. Po wybudowaniu w 2012 roku Centrum Geoedukacji, klub przeniesiono do nowej siedziby, gdzie znajduje się do dziś.

Przez 16 lat działalności w zajęciach i spotkaniach terenowych Klubu Miłośników Geologii wzięło udział kilkaset osób. Ogromną dumą prowadzących jest fakt uczestniczenia w zajęciach sporej grupy młodzieży, wśród której dochowano się 8 studentów geologii. W ostatnich latach, w grupie młodszej, wyraźnie wyróżnia się 11-letni klubowicz Antoś Kasznia, który, mimo młodego wieku, posiada ogromną wiedzę i bogate zbiory. To właśnie jego wybrano jako przedstawiciela młodego pokolenia świętokrzyskich kolekcjonerów, przekazując na jego ręce przysłowiową pałeczkę w sztafecie geopokoleń.

Pragnę w tym momencie wszystkich potencjalnych kolekcjonerów ostrzec – geologia wciąga!

 

 

przeczytaj cały artykuł

Skok po kasę

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 14 marca 2022 01:00

116felieton.png

Prawie wszyscy pasjonujemy się sportem. Dyscypliny lubimy różne, ale zwykle którąś z nich śledzimy. Jedna z nich gromadzi szczególnie wielu pasjonatów, chociaż to sport raczej niszowy. Mówię tu o skokach narciarskich. Pewnie to za sprawą sukcesów, jakie polscy skoczkowie odnosili na przestrzeni kilkunastu lat.

Też oglądam skoki, ale coś, co mnie od jakiegoś czasu drażni, to wypowiedzi aktualnych polskich reprezentantów, podkreślających, że to praca i starają się ją wykonywać dobrze.
To prawda, że współczesny sport jest zawodowy. To znaczy, że zawodnicy utrzymują się ze swojego w nim udziału. Tyle, że dla mnie – a myślę, że dla wielu innych osób również – to coś więcej niż praca. Brakuje jeszcze tylko stwierdzeń: „ to były dobre zawody – zarobiłem 50 tysięcy euro”. A gdzie idea Pierre’a de Coubertina, duch rywalizacji, chęć bycia najlepszym?

Jakoś trudno mi zestawić dyscypliny sportowe z hasłem praca, i bez wewnętrznego zgrzytu napisać zawód tenisista, alpinista, biegacz. Dla mnie to jednak sportowcy, nie pracownicy. Moje dywagacje o sportowcach dotyczą również naszego kamieniarskiego podwórka. Konkretnie rzeźby.

Rzeźbiarz to w powszechnym odbiorze artysta. Lepszy lub gorszy, ale jednak artysta. Tu podobnie jak w przypadku sportowców działalność jest zawodowa. Za określone dzieło artyście należy się gratyfikacja. Trzymajmy się tego określenia – gratyfikacja, nie wynagrodzenie.
Niestety, część rzeźbiarzy chce być uznawana, zgodnie z odbiorem powszechnym, za artystów, ale ich „dzieła” bliższe są krasnalom ogrodowym niż Wenus z Milo.

Rozmawiam z wieloma rzeźbiarzami i część z nich, nawet wykonując zlecenie dotyczące rzeźby nagrobnej, pochyla się nad tym, co ma zrobić i dla kogo. Stara się dowiedzieć, kim była osoba, której nagrobek ma wzbogacić rzeźba. Jakoś nie wyobrażam sobie rzeźby pucołowatego aniołka na nagrobku muzyka rockowego czy wilka morskiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że zleceniodawca ma decydujący głos, ale przecież można mu coś zasugerować, do czegoś przekonać.

Nie tylko w rzeźbie nagrobnej można zobaczyć dziwne koncepcje. Są przecież inne zlecenia. Te pozyskane od fundacji czy zarządzających miastami, zwykle mają kogoś lub coś upamiętnić. Takie zlecenia kończą się zwykle na realizacji jakiegoś popiersia lub postaci na cokole. Łatwo prześledzić to korzystając z sieci – wpiszcie w wyszukiwarkę choćby „pomnik Sienkiewicza”. Trudno odnaleźć realizację inną niż postać na cokole czy popiersie. Niestety króluje lepsza lub gorsza dosłowność.

Inny temat to zlecenia od Kościoła. Tu już dochodzi do szaleństwa. Ilość pomników Jana Pawła II czy Kardynała Wyszyńskiego jest absurdalna. Jakość większości tych pomników przyprawia o ból głowy. Oczywiście w tych pracach też dosłowność jest podstawą.
Zawsze nurtuje mnie pytanie, co rzeźbiarz – artysta miał na myśli, rzeźbiąc lepszą lub gorszą podobiznę. Niestety podejrzewam, że wyłącznie zarobek. Kiedyś w rozmowie z jednym z rzeźbiarzy usłyszałem, że rok był dobry – postawił dziewięć pomników Jana Pawła II i trzech Wyszyńskich. Trudno po takim oświadczeniu mówić o rzeźbiarzu – artyście.
To rzeźbiarz-rzemieślnik. I to nie taki, który ma to coś, co było nazywane honorem rzemieślnika. Prawdziwy rzemieślnik, jak ja to rozumiem, nie kopiuje – nawet samego siebie. Niestety, jak zauważamy w ostatnich czasach, rzemieślników z honorem jest coraz mniej, a na przykład kopiowanie nagrobków stało się powszechną praktyką.

I tak jak sportowcy, którzy nie współzawodniczą, tylko wykonują pracę, tak artyści czy rzemieślnicy, często nie prezentują siebie w swojej aktywności, tylko zarabiają pieniądze.

przeczytaj cały artykuł
Strona 70 z 241
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Sprzedam automat polerski
2026-08-18 10:16:19
Sprzedam tanio automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.