
Jest w naszej ciężkiej branży kilka firm, które od wielu lat stabilnie funkcjonują, mają ugruntowany wizerunek, stabilne ceny i przewidywalną jakość. Jednak w większości przedsiębiorstw sytuacja jest zgoła odmienna. Dominują tam rządy improwizacji, a jako główne powody chaosu najczęściej słyszy się: brak zamówień, brak rąk do pracy, niskie ceny, wysokie koszty, podli pośrednicy, jeszcze gorsza konkurencja i głupi klienci. Bardzo rzadko pada pytanie: skoro nie wszyscy mają tak samo, to czy faktyczny problem mojej firmy na pewno leży w czynnikach zewnętrznych?
Z rozmów z wykonawcami wywnioskować można, że głównymi grzechami we współpracy z firmami z naszej branży są: utrudniony kontakt, niejednoznaczna nomenklatura, problemy z terminowością dostaw oraz niestabilna jakość produktów. Natomiast w opinii pracowników największym problemem jest traktowanie ich jak bezosobowych narzędzi – czyli system: pozyskać, wyeksploatować, wymienić.
Nie chodzi o wybielanie jednych i oczernianie drugich. Chodzi o zwrócenie uwagi, że jako branża z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej nie nadążamy za zmieniającym się rynkiem. Zrozumienie, że świat idzie do przodu i nikt nie zamierza na nikogo czekać – szczególnie przy produktach ogólnodostępnych – to pierwszy krok do ewolucji, a nawet rewolucji w funkcjonowaniu firmy.
Zupełnie inaczej wygląda obsługa klientów indywidualnych, współpraca z pośrednikami czy wykonawcami, a jeszcze inną bajką jest rynek zamówień publicznych. Nie chodzi o zamykanie się w sztywnych ramach, ale o świadomość tego, jak kupują poszczególne grupy i jak wpływają na firmę, nie tylko od strony pozyskiwania i realizacji zamówień, ale też pod kątem cash flow. Zrozumienie tych różnic pozwala optymalizować procesy pod konkretną grupę docelową.
Problemem samym w sobie nie jest oczekiwanie najniższej ceny. Problemem jest to, że operujemy w takim modelu, nie mając kompetencji, aby sprawnie w nim funkcjonować.
Na drugim biegunie, gdzie cena schodzi na dalszy plan, często nie jesteśmy w stanie spełnić oczekiwań klientów premium w zakresie kompleksowości oferty czy obsługi logistycznej.
Liczby w biznesie są bezwzględne. I choć czasem ich zbieranie wydaje się stratą czasu, prawda jest prosta: czego nie mierzymy, tym nie zarządzamy. W jak wielu firmach w naszej branży decyzje podejmowane są na wyczucie, na podstawie czyjejś opinii lub kalkulacji robionych na kolanie? Jak często wyceny opiera się na zasadzie „cena sąsiada minus pięć złotych”? A jeśli już zbieramy raporty, to jak wygląda ich weryfikacja? I co najważniejsze: czy wyciągamy z nich wnioski w dłuższych okresach? Często słyszy się, że w korporacjach liczą się tylko suche tabelki w Excelu. Prawda jest jednak taka, że właśnie te tabelki pozwalają przewidzieć problemy na długo przed tym, zanim uderzą w biznes.
Kolejnym elementem wpływającym na stabilność firmy jest jej funkcjonowanie od strony zasobów ludzkich. Przyjaźnie, konflikty, a czasem skomplikowany system powiązań rodzinnych potrafią wywrócić do góry nogami nawet najlepiej poukładany plan. Dlatego tak ważne jest zbudowanie sprawnego modelu pracy o zrozumiałych wymaganiach oraz klarownym systemie wynagradzania, opartym na sprawiedliwej ocenie wyników.
Ułożenie takiego systemu wymaga policzenia kilku kluczowych danych, a także czasu na wdrożenie, testy i modyfikacje. W perspektywie czasu ogranicza to jednak taką liczbę pożarów, że jest to opłacalna inwestycja. Temat pracowników jest rzeką, którą szerzej omówimy w osobnym artykule. Tutaj dodam tylko, że plagą naszych firm są rozbieżne interesy działów oraz paraliż decyzyjny wynikający z braku samodzielności pracowników lub odgórnego mikrozarządzania.
Firma od środka to jedno, ale coraz większe znaczenie ma jej wizerunek na zewnątrz. Błędne jest przekonanie, że w branży infrastruktury drogowej decyduje wyłącznie najniższa cena. Zatrzymajmy się i zastanówmy: jak naszą firmę widzi potencjalny klient? W jaki sposób ma do nas trafić? Jak nas ocenia, gdy to my docieramy do niego pierwsi?
Jako branża żyjemy w przeświadczeniu, że jeśli daliśmy niską cenę, a klient kupił gdzie indziej, to tam na pewno musiało być taniej. Pojęcie „niskiej ceny” zakorzeniło się tak głęboko, że zapominamy o kompleksowości oferty, kulturze obsługi, elastycznych warunkach płatności i wielu innych elementach, które dają odbiorcy poczucie bezpieczeństwa. W większości przypadków klient będzie gotowy zapłacić 10–15% więcej firmie, która budzi zaufanie.
Ciekawym eksperymentem jest kontakt incognito z konkurencją, jako potencjalny klient. W większości przypadków nie usłyszymy argumentów, dlaczego to oni są dobrzy, ale poznamy ogrom powodów, dlaczego my jesteśmy źli. To pokazuje, jak wiele jest do poprawy w fundamentach prowadzenia biznesu.
Przytoczę sytuację z życia: walcząc o jeden z większych kontraktów, zostaliśmy zaskoczeni wizytą delegacji wysłanej przez wykonawcę. Przyjechali wyposażeni w dokumentację techniczną oraz wydruki z naszej strony internetowej. Ich cel? Zweryfikować nasze kompetencje na żywo. Przeszliśmy po produkcji i magazynach, zrobili zdjęcia zakładu, maszyn i gotowych produktów. Jak się okazało, nasz bezpośredni konkurent stworzył o nas tak czarną opowieść, że klient postanowił przyjechać osobiście. Dzięki temu, co zobaczył na własne oczy, cały kontrakt udało się dopiąć bezpośrednio u nas.
Podstawowym i najczęściej spotykanym błędem firm jest szukanie przyczyn słabej lub niestabilnej sytuacji finansowej w czynnikach zewnętrznych. Tymczasem główne problemy niemal zawsze znajdują się wewnątrz samej struktury. Ma to jednak dobrą stronę: w takim wypadku przyszłość firmy i kierunek zmian w dużej mierze zależą od nas.
Co dalej…
Ten artykuł jest wstępem do cyklu poświęconego codzienności w najcięższej odmianie naszej „ukochanej” branży kamieniarskiej, czyli produkcji elementów struktury drogowej. Porozmawiamy o typowych problemach i sposobach na ich pokonanie, a także o rozwiązaniach, które pozwalają ustabilizować biznes i przygotować podwaliny pod dalszy rozwój. Nie zabraknie autentycznych historii z produkcji, finansów i bezwzględnej walki o zamówienia. Będą anegdoty, ale nie dla samej rozrywki, bo za każdą dobrą anegdotą zwykle stoi kosztowny błąd, bolesna lekcja albo faktura, której nikt już nie chciał oglądać. Porozmawiamy o ciężkim kamieniarstwie bez katalogowego lakieru. O tym, co nas wszystkich boli, ale o czym rzadko mówimy.
#bartoszkiewra
W kwietniu po raz pierwszy zorganizowałam plener artystyczny (rzeźbiarsko-malarski) w Carrarze. Decyzja o wyjeździe spowodowana była potrzebą zmiany otoczenia, nowych impulsów twórczych oraz możliwości spojrzenia na własną praktykę z innej perspektywy.
Kiedy myślimy o marmurze przeznaczonym do rzeźby, pierwszym skojarzeniem jest ten z Carrary. Obecnie w mieście mieszka około dwustu czynnych rzeźbiarzy, a pobliska Pietrasanta skupia liczne odlewnie, pracownie artystyczne oraz kilkadziesiąt galerii sztuki. Tak duże zagęszczenie specjalistów i instytucji tworzy wyjątkowy ekosystem sprzyjający rozwojowi twórczości.
Jako rzeźbiarka od lat obserwowałam dokonania włoskich artystów i zastanawiałam się nad różnicami pomiędzy polskim i włoskim podejściem do rzeźby w kamieniu. Włoskie realizacje imponowały mi przede wszystkim śmiałością formalną – zdawały się nieustannie przesuwać granice możliwości materiału. Misterne ażurowe konstrukcje, niezwykle cienkie elementy czy ruchome detale wykonane z jednego bloku marmuru były swoistym popisem w tym materiale. Rzeźba włoska od wieków zdawała się mówić „to nasz marmur i to my najlepiej wiemy, jak go wykorzystać”. Równocześnie zwracałam uwagę na tematykę tych prac. W przeciwieństwie do często monumentalnej i patetycznej rzeźby polskiej, włoscy artyści obecnie chętnie sięgają po motywy codzienności – marmurowe kokardki makaronu, ciasteczka z wróżbą czy inne zwyczajne przedmioty.
Włoska otwartość pod względem podejścia do sztuki zaskakuje mnie jeszcze pod innym względem. Nowe technologie – istnieje cała rzesza artystów używających w swoich realizacjach robotów rzeźbiących. Jedni robią to w tajemnicy, inni otwarcie się tym chwalą.
Zarówno dla rzeźbiarzy wykonujących swoje prace ręcznie, jak i tych tylko projektujących jest tutaj miejsce. W Pietrasancie odwiedziłam wspaniałą wystawę Raffaella Galiotta, który otwarcie przyznał, że prezentowane prace od początku do końca zostały wykonane za pomocą programu do projektowania i robota 3D. Niektóre rzeźby miały nawet pozostawioną schodkowaną powierzchnię pozostałą po użyciu tej technologii. Byłam sceptyczna co do wystawy, ale na żywo zachwyciła mnie formami, doborem kamienia i rozplanowaniem ekspozycji.
Myślę, że w Polsce o wiele bardziej interesują nas kwestie funkcjonalne: trwałość dzieła, bezpieczeństwo transportu czy odporność delikatnych elementów na uszkodzenia. Wydaje nam się, że techniczna brawura nie zawsze idzie w parze z praktycznością. Podczas pobytu w Carrarze, gdzie miałam okazję pracować i rozmawiać z artystami wykształconymi w tamtejszej Accademia di Belle Arti, okazało się, że te kwestie są dla nich drugorzędne.
Odmienne jest również tempo pracy miejscowych rzeźbiarzy. Młody artysta rozpoczynający karierę zawodową może poświęcić kilka miesięcy na wykonanie jednej, stosunkowo niewielkiej rzeźby, jednocześnie utrzymując pracownię i pokrywając koszty życia. Nie funkcjonuje pod presją nieustannego zwiększania liczby realizacji. Najważniejsza pozostaje jakość dzieła oraz precyzja wykonania każdego detalu. To właśnie te elementy przełożą się w przyszłości na jego renomę i rozpoznawalność.
Wynika to również ze specyfiki lokalnego rynku sztuki. Carrara przyciąga kolekcjonerów, galerzystów i miłośników rzeźby świadomych wartości procesu twórczego oraz ogromu pracy niezbędnej do powstania wybitnej realizacji. W efekcie artyści mogą pozwolić sobie na wielomiesięczne dopracowywanie pojedynczego dzieła, wiedząc, że najwyższa jakość znajduje uznanie i odpowiednią wartość rynkową.
Odmienna jest także organizacja dnia pracy. Choć włoscy artyści spędzają w pracowniach wiele godzin (często od rana do nocy), znaczna część tego czasu poświęcona jest rozmowom z innymi twórcami, kolekcjonerami czy oprowadzaniu odwiedzających. Sama praca przy kamieniu przeplata się z budowaniem relacji oraz uczestnictwem w życiu artystycznym. W Carrarze pracownia jest nie tylko miejscem produkcji dzieł, lecz także przestrzenią wymiany doświadczeń, prezentacji własnej twórczości i nawiązywania kontaktów. Taki model funkcjonowania sprawia, że proces twórczy nie jest podporządkowany wyłącznie wydajności, ale staje się elementem szerszej kultury artystycznej.
Kolejną różnicą są oczywiście narzędzia. Tak wysoki poziom realizacji nie byłby możliwy bez odpowiedniego zaplecza technologicznego. Już wcześniej korzystałam z włoskich frezów czy dłut pneumatycznych, jednak dopiero niedawno w Carrarze odkryłam znaczenie lokalnego ręcznego rzemiosła specjalizującego się w tworzeniu narzędzi dla rzeźbiarzy. Funkcjonują tam warsztaty wykonujące na zamówienie narzędzia diamentowe, dobierane pod konkretne realizacje. Artysta może przedstawić projekt, a rzemieślnik dobiera odpowiednią technologię do jego wykonania. Raszple o różnej gradacji nasypu diamentowego stanowią tu standardowe wyposażenie pracowni (w Polsce nie do kupienia).
Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak elastyczne narzędzia umożliwiające wycinanie ruchomych ogniw łańcucha z jednego bloku marmuru oraz rękawice pokryte diamentowym nasypem, pozwalające na precyzyjne opracowywanie trudno dostępnych powierzchni własną ręką. Wizyta w naszym studiu rzemieślnika tworzącego takie narzędzia przypominała mi filmy o Jamesie Bondzie i wyposażenie agenta 007 przez słynnego Q. Zrozumiałam, że w Carrarze istnieje infrastruktura zdolna odpowiedzieć praktycznie na każdą potrzebę rzeźbiarza. Pomimo wysokich cen narzędzi robionych ręcznie artyści wybierają właśnie te rozwiązania, często wymieniając się tymi narzędziami między sobą. Cechuje je wytrzymałość dużo większa niż fabryczna, a producent po ich stępieniu często jest gotów naprawić lub zregenerować sprzęt. W Polsce byłam przyzwyczajona do doskonałego wygładzania powierzchni rzeźb z marmuru, tak by nie było widać śladów po narzędziach. Natomiast artyści włoscy chętnie pozostawiają rysunek po użytych narzędziach na powierzchni kamienia. Chwalą się, że wykonali pracę ręcznie z poszanowaniem kilkusetletniej tradycji.
Rodzima, polska rzeźba kamienna często zachowuje bardziej surowy charakter. Widoczne ślady szpiczaka lub gradziny zamiast raszpli, wyrazista faktura oraz masywność form wynikają nie tylko z indywidualnych wyborów artystycznych i innych rodzajów kamienia, lecz także z warunków pracy. Krótszy sezon umożliwiający pracę na zewnątrz, ograniczony dostęp do wyspecjalizowanych narzędzi oraz konieczność realizowania kolejnych zleceń w stosunkowo krótkim czasie sprawiają, że wielu artystów nie może pozwolić sobie na wielomiesięczne dopracowywanie pojedynczego dzieła.
Istotną rolę odgrywa również rynek sztuki. We Włoszech rzeźba kamienna jest wysoko ceniona zarówno kulturowo, jak i ekonomicznie. Dzieła osiągają wyższe ceny, a obecność kamieniołomów, wielowiekowej tradycji oraz licznych instytucji artystycznych sprawia, że kolekcjonerzy znacznie łatwiej dostrzegają ich wartość. Bardzo dobrze pokazuje to przykład otwartego hucznie 6 czerwca 2026 roku muzeum poświęconego w całości twórczości polskiego rzeźbiarza Igora Mitoraja, który w Pietrasancie prowadził pracownię zatrudniającą 50 pracowników.
Po pobycie w Carrarze zrozumiałam, że przewaga włoskiej rzeźby nie wynika wyłącznie z jakości marmuru ani z wyjątkowych zdolności artystów. Jest efektem całego systemu – tradycji, zaplecza technologicznego, edukacji, rynku sztuki oraz społecznego szacunku dla pracy twórczej. Wydarzenia artystyczne organizowane są z rozmachem, a sami artyści traktowani są z autentycznym szacunkiem. To właśnie połączenie tych elementów pozwala powstawać dziełom, które zachwycają precyzją i odwagą formalną.
Czy więc trawa rzeczywiście jest zieleńsza tam, gdzie nas nie ma? Po mojej podróży odpowiedziałabym: tak, ponieważ jest pielęgnowana w inny sposób.
Julia Stachowska – rzeźbiarka i historyk sztuki. Autorka tekstów teoretycznych poświęconych polskiej rzeźbie, twórczości rzeźbiarzy i technologii obróbki kamienia.
Jej pracownia mieści się na Śląsku, gdzie powstają formy abstrakcyjne oraz figuratywne tworzone w kamieniu. Wybrane plenerowe prace artystki można podziwiać w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku (rzeźba pt. What if…?) oraz w kolekcji Cava Nardini w Vellano (rzeźba pt. La Gladiatora). Rzeźby Julii Stachowskiej odnaleźć można w prywatnych kolekcjach w Polsce, Belgii, Niemczech, Włoszech oraz Republice Czeskiej.
https://www.instagram.com/juliastachowska.art
www.juliastachowska.com
.
Firma Syntetyk z Buska-Zdroju powstała w 2000 roku. Już rok później nawiązała współpracę z włoską firmą Tenax, dostarczającą preparaty do pracy z kamieniem i jego pielęgnacji. Ta współpraca ma już 25 lat, a Tenax w tym roku obchodzi swoje 70-lecie. W tym czasie zmienił się rynek, materiały, technologie i wymagania wobec chemii. To dobry moment, żeby zapytać, co przez ćwierć wieku wydarzyło się na rynku kamieniarskim.
ze Zdzisławem Nowickim,
współwłaścicielem Syntetyk s.c.,
rozmawiał Paweł Szambelan
Paweł Szambelan: Kiedy zaczynaliście w 2001 roku, Tenax był już znany na świecie. W Polsce jednak trzeba było tę markę dopiero zbudować?
Zdzisław Nowicki: Była znana, ale słabo. Głównie większym firmom, które jeździły do Włoch czy Hiszpanii. Jakieś produkty były wcześniej przywożone, ale wybiórczo. My podeszliśmy do tego szerzej. Nie chodziło tylko o sprzedaż, ale też o wsparcie techniczne i technologiczne. I przez te 25 lat z marki słabo znanej w Polsce zrobiła się marka bardzo rozpoznawalna.
PS: Dziś jesteście wyłącznym przedstawicielem Tenax w Polsce. Wyłączność to bardziej przywilej czy odpowiedzialność?
ZN: Wyłączność na Polskę to przywilej, który musieliśmy wypracować. Ale wiąże się z nią też odpowiedzialność za produkty. W kontrakcie są kwestie związane z produktem, wizerunkiem firmy, z tym, jak tę markę prezentujemy na rynku. Dochodzi do tego obsługa trudnych spraw handlowych i technicznych. Zaufanie do firmy Syntetyk nie wzięło się znikąd.
PS: W rozmowach branżowych coraz częściej pojawia się temat rosnącej formalizacji rynku. To tylko więcej dokumentów wymaganych od dostawcy lub producenta, czy już realna zmiana tego, o co pytają klienci?
ZN: To są już bardzo realne zmiany. Pojawiają się na przykład zapytania o produkty z niską emisją VOC, czyli lotnych związków organicznych. Przy niektórych inwestycjach zwykłego produktu już nie zastosujesz, bo potrzebne są konkretne badania i potwierdzenia zewnętrznych instytucji. Kiedyś producent mógł zadeklarować, że produkt ma niską emisję. Teraz coraz częściej trzeba mieć na to papier.
PS: Skąd wiadomo, że coś nie jest tylko modną ciekawostką i za jakiś czas nie stanie się podstawowym wymaganiem rynku?
ZN: Właśnie niska emisja związków lotnych – VOC – jest dobrym przykładem. Najpierw pojawiają się pojedyncze pytania. Wcześniej producent po prostu deklarował niski poziom emisji, teraz coraz częściej potrzebny jest certyfikat wystawiony przez powołaną do tego instytucję. Na początku takich certyfikatów wymagają inwestycje publiczne, zwłaszcza związane ze służbą zdrowia. Potem zaczyna się tym interesować rynek usług – na przykład hotele czy gastronomia – a stąd już krok do pytań od drobnych inwestorów prywatnych. Trzeba po prostu patrzeć, o co pytają klienci, nawet jeśli na początku są to pojedyncze przypadki.
PS: Czy chemia dla kamieniarstwa się zmienia? Co napędza te zmiany?
ZN: Pewnie, że się zmienia. Są produkty, które istnieją na rynku, odkąd sięgam pamięcią. Ale zobacz, ile nowych materiałów i technologii pojawiło się przez te lata. Nie można udawać, że kamieniarstwo to wyłącznie kamień. Pojawiły się spieki, konglomeraty, ceramika. Coraz większe znaczenie mają kwarcyty, które nieraz potrzebują specyficznych środków. Zmieniają się maszyny do cięcia i polerowania, cała technologia obróbki. Czasem te zmiany są większe, czasem mniejsze, ale cały czas następują. Trzeba nadążać za tym, czego rynek potrzebuje.
Są przy tym takie produkty jak Ager, Hydrex czy Domo, które od lat działają i niewiele się zmieniają. Bo jeśli produkt jest dobry i sprawdzony, to po co zmieniać go na siłę? Obok tego pojawiają się oczywiście nowe linie i nowe rozwiązania. Dobrym przykładem są kleje poliestrowe. Część tych produktów przez lata ewoluowała i została dopasowana do nowych oczekiwań, ale nadal robi swoją robotę.
PS: Czyli z jednej strony ciągła pogoń za nowością, a z drugiej produkty, które bronią się same?
ZN: Dokładnie. Nie wszystko musi być nowe. Jedne rzeczy trzeba rozwijać, bo zmieniają się materiały i technologia, a innych nie ruszasz, bo po prostu działają.
PS: W tym roku spotykają się dwa jubileusze: 70 lat Tenax i 25 lat waszej współpracy. Główne obchody będą na Marmomac w Weronie?
ZN: Tak. Tenax będzie świętował na targach w Weronie. Będziemy tam z nimi. Dla nas to też naturalny moment, żeby spojrzeć na te 25 lat współpracy. Zapraszam więc do rozmów na wspólnym stoisku na Marmomac.
PS: Dziękuję za rozmowę.

W dniach 12–14 czerwca odbył się XXXI Walny Zjazd Polskiego Związku Kamieniarstwa. Na miejsce tegorocznego spotkania wybrano Strzegom i Wałbrzych, a więc region, w którym kamień nie jest wyłącznie przedmiotem działalności gospodarczej, lecz także ważnym elementem historii, krajobrazu i lokalnej tożsamości.
Termin i miejsce zjazdu miały dodatkowe znaczenie. Rok 2026 został ogłoszony w Strzegomiu Rokiem 200-lecia wydobycia granitu na skalę przemysłową. Jubileusz nawiązuje do założenia w 1826 roku przez Friedricha Samuela von Bartscha nowoczesnego kamieniołomu na Górze Młyńskiej, uznawanego za symboliczny początek przemysłowej eksploatacji granitu w regionie. Zjazd odbywał się pod honorowym patronatem Burmistrza Strzegomia Krzysztofa Kalinowskiego.
Pierwszy dzień przeznaczono przede wszystkim na sprawy organizacyjne i statutowe. Delegaci podsumowali działalność Polskiego Związku Kamieniarstwa w 2025 roku, zatwierdzili sprawozdania Zarządu i Komisji Rewizyjnej oraz rozmawiali o kierunkach dalszych działań organizacji. Doceniono też aktywnych członków organizacji – podziękowania za szczególne zaangażowanie w bieżącą działalność PZK otrzymali Łukasz Styrczula, Piotr Gradowski i Jerzy Zysk. Do Związku – przy burzy oklasków – przyjęto kolejnych członków, którzy mieli możliwość zaprezentowania się uczestnikom. Uroczystym punktem obrad było wręczenie medali „Zasłużony dla Kamieniarstwa RP”. Odznaczenia otrzymali Antoni Młynarski oraz Paweł Szambelan.
W części przeznaczonej dla partnerów zjazdu wystąpiły firmy Cosentino i Euro-Arss. Przedstawiciele Cosentino zaprezentowali skalę działalności przedsiębiorstwa oraz cztery główne grupy oferowanych materiałów: Dekton, Silestone, Sensa i ĒCLOS. Mówili między innymi o nowych kolekcjach, rozwiązaniach dla kuchni, łazienek i przestrzeni zewnętrznych. Była również mowa o technologii Hybriq+, która pozwoliła ograniczyć zawartość krzemionki krystalicznej w produktach – temat istotny w ostatnim czasie.
Prezentacja firmy Euro-Arss była poświęcona przede wszystkim maszynom Donatoni. Omawiano maszyny oraz oprogramowanie służące do przygotowania i zarządzania produkcją. Sporą część wystąpienia poświęcono platformie Dom Kamienia, która ma stać się giełdą branżową dla profesjonalistów.
Wieczorna kolacja zakończyła oficjalną część pierwszego dnia i – jak zwykle podczas spotkań branżowych – dała uczestnikom czas na rozmowy, wymianę doświadczeń oraz mniej formalne kontakty.
Drugi dzień upłynął w cieniu granitu. Uczestnicy zjazdu odwiedzili Strzegom. Pierwszym przystankiem była Kopalnia Strzegom – czynny kamieniołom granitu strzegomskiego. Tam branżowcy mogli przyjrzeć się kolejnym etapom wydobycia – od odspajania bloków skalnych, przez transport, po przeróbkę kamienia. Kolejnym przystankiem była hurtownia Intergranit, prezentująca szeroki wybór kamienia naturalnego, w tym bogatą ofertę granitów.
Po części zawodowej przyszedł czas na poznanie samego Strzegomia. Podczas wizyty w browarze Strigovia uczestnicy wysłuchali opowieści o lokalnym rzemiośle piwowarskim, a następnie zwiedzili miasto z przewodnikiem, dr. Markiem Żubrydem. Historia miasta została przedstawiona przede wszystkim przez pryzmat jego zabytków oraz wielowiekowych związków z kamieniarstwem.
Dzień zakończyło ognisko w nieczynnym kamieniołomie bazaltu. Dzięki gościnności Aleksandry Skolak z Granitowej Galerii uczestnicy mogli spotkać się w miejscu, które trudno byłoby zastąpić zwykłą salą bankietową. Ognisko podkreśliło symboliczny charakter regionu, w którym kamień od wieków kształtuje krajobraz i tożsamość lokalnej społeczności, a jednocześnie stało się naturalnym dopełnieniem programu Zjazdu.
Niedziela przyniosła jeszcze jedną niespodziankę. Burmistrz Strzegomia nadał Polskiemu Związkowi Kamieniarstwa Honorowy Tytuł „Zasłużony dla Ziemi Strzegomskiej” i wręczył go w czasie niedzielnej gali. To wyraz docenienia wieloletniego wkładu członków PZK w pielęgnowanie i rozwój polskiego kamieniarstwa: „Dzięki ich pracy, pasji i profesjonalizmowi dziedzictwo kamieniarskie Strzegomia pozostaje żywe, dynamiczne i rozpoznawalne w całym kraju”.
Połączenie części merytorycznej, uroczystej i terenowej stworzyło wydarzenie, które w pełni oddaje ducha polskiego kamieniarstwa – opartego na tradycji, profesjonalizmie i współpracy. A frekwencja potwierdziła, że branża chce się spotykać, pozostaje aktywna i jest gotowa do wspólnego działania.
Więcej zdjęć: fb/KurierKamieniarski
Przeczytaj również: Dlaczego przyjachaliśmy na zjad PZK? - Karol Czernij, AMG Granit

Magemar Polska działa w Polsce już 27 lat. Za nami naprawdę wiele doświadczeń, wiele zdarzeń i setki tysięcy ton bloków granitowych dostarczonych do Polski. Przez te wszystkie lata rynek bardzo się zmienił, zmieniła się logistyka, zmienił się transport morski i zmienili się sami klienci.
Po ostatnich rozmowach z kamieniarzami wyraźnie widzę, że wszystkich interesuje przede wszystkim jedno: stawki. Ile kosztuje fracht, jak długo obecne ceny się utrzymają, czy będą rosły, czy może zaczną spadać. Czyli wszystko to, co bezpośrednio wpływa na opłacalność importu.
Największym błędem jest myślenie, że transport kończy się w chwili załadunku kontenera
W czerwcu dostawa kontenera z Indii do Trójmiasta kosztowała w granicach 3000 dolarów – dziś to już ok. 4000 dolarów. Przy blokach granitowych do jednego kontenera pakujemy około siedmiu metrów sześciennych materiału. Kamieniarz przelicza sobie później kubiki na metry kwadratowe, dolicza koszt frachtu, cięcia, polerowania i okazuje się, że cały biznes zaczyna być coraz mniej opłacalny.
To samo dotyczy płyt. Tutaj oczywiście koszt rozkłada się od razu na metry kwadratowe, ale mechanizm jest identyczny. Sam materiał może nie być tani, później dochodzi fracht, pozostałe koszty transportu, marża i nagle cena końcowa robi się taka, że może być problem ze sprzedażą.

Tym bardziej że firm importujących kamień nie ubywa. Wręcz przeciwnie – cały czas pojawiają się nowe. Jednocześnie przerób kamienia w Polsce powoli się zwija. Dotyczy to zwłaszcza mniejszych zakładów, które przespały moment rozwoju i zostały przy tej jednej „pile żywicielce”, jak się o tym mówi w branży. Dzisiaj z samych nagrobków bardzo trudno jest wyżyć. Jeżeli zakład nie wszedł również w budowlankę, nie zainwestował w sprzęt i nie rozszerzył swojej działalności, jego sytuacja może być coraz trudniejsza.
W tej sytuacji wszyscy próbują przewidzieć, co stanie się z frachtem. Tyle że to jest trochę wróżenie z fusów. Nikt tak naprawdę nie wie, jaka będzie sytuacja na świecie.
Dobrym przykładem jest cieśnina Ormuz. Z Zatoki Perskiej pochodzi 20% światowych dostaw ropy. Problemy w tym rejonie przełożyły się między innymi na niedobory paliwa na Dalekim Wschodzie, w tym tzw. bunkru, czyli paliwa dla statków. To z kolei spowodowało wycofywanie niektórych statków kontenerowych z tras. Obserwowaliśmy bardzo gwałtowny wzrost stawek frachtowych. W pierwszej połowie roku były tygodnie, gdy pojawiły się podwyżki rzędu 600–700 dolarów. Czyli wzrosty sięgające 25–30 procent. Przewoźnicy wprowadzali dodatki wojenne, niektórzy wprowadzili je nawet na liniach europejskich.
Mówiąc „cena kontenera”, mamy na myśli cenę frachtu, a fracht to koszt udostępnienia kontenera i transportu pomiędzy portem załadunku a portem docelowym. Jeżeli ten koszt – fracht – rośnie nagle z 2000 do 3000, a nawet do 4000 dolarów, importer musi dołożyć kolejne tysiące dolarów do kosztu sprowadzenia tego samego towaru. Przy kamieniu to są duże pieniądze.
Co Magemar Polska może w takiej sytuacji zaproponować? Możemy kontrolować rynek i informować klienta: ceny spadają, być może właśnie teraz jest moment, żeby ładować. Ale trzeba pamiętać, że dzisiaj dominują ceny spotowe. Oznacza to, że praktycznie każde kolejne wyjście statku z portu dalekowschodniego może mieć inną cenę. Czyli może się zdarzyć, że informujemy klienta o dobrej cenie, rozpoczyna się organizacja transportu, a rynek w tym czasie rośnie. Jeżeli jednak mamy już potwierdzony booking od armatora – a tak staramy się pracować – stawka frachtowa jest utrzymywana.
Nie oznacza to też, że w czasie transportu nie mogą pojawić się dodatkowe koszty. Dodatki wojenne czy inne dopłaty mogą zostać doliczone nawet wtedy, gdy kontener znajduje się już bardzo blisko portu docelowego, ale nadal jest w drodze. Tak było z kontenerami, które wypłynęły jeszcze zanim wiadomo było o wojnie w rejonie Zatoki Perskiej. Kiedy były już w drodze, pojawiły się dodatki wojenne.
I właśnie tutaj zaczyna się rola firmy spedycyjnej
Kamieniarz zazwyczaj nie ma bezpośredniego dostępu do dużych armatorów, takich jak MSC, Maersk czy Hapag-Lloyd. Ale może pracować z zaufaną firmą spedycyjną. I mieć – mówiąc najprościej – święty spokój. W Magemar Polska podchodzimy do tego kompleksowo, zapewniamy pełną logistykę „door-to-door”. Opiekujemy się kontenerem od momentu przyjęcia zlecenia transportowego: od podstawienia kontenera gdzieś na świecie, przez transport do portu załadunku, przewóz morski do Polski, odprawę celną po rozpakowanie kontenera. Możemy także dostarczyć pełny kontener bezpośrednio do klienta. Ale wtedy trzeba oczywiście uwzględnić koszt transportu lądowego kontenera w dwie strony.
Wszystkim klientom powtarzam jedno: zawsze ubezpieczaj towar w kontenerze. Zawsze!
Firmy kamieniarskie czasem organizują takie transporty samodzielnie. Większość chwali sobie ten model działania. Zwłaszcza gdy po drodze nic się nie wydarzy. W transporcie zdarzają się jednak przypadki losowe, uszkodzenia i szkody. Skoro ubezpieczamy dom, firmę i samochód, to i transport wart kilka tysięcy dolarów też warto ubezpieczyć.
Ubezpieczenie naprawdę nie jest dużym kosztem. Przykładowo to trzy promile od łącznej wartości towaru i frachtu. Jeżeli towar na fakturze ma wartość 20 000 dolarów, a fracht kosztuje 3000 dolarów, podstawą jest 23 000 dolarów. To 69 dolarów. W porównaniu z wartością towaru i potencjalnymi kosztami szkody są to niewielkie pieniądze.
Kamień jest bardzo specyficznym ładunkiem. Źle zamocowany blok może uszkodzić podłogę albo ścianę kontenera. Wtedy koszty zaczynają iść w tysiące euro. Jeżeli pojawia się konieczność przeładowania towaru w zagranicznym porcie, koszty samego przeładunku potrafią być czterokrotnie wyższe niż w Polsce. A jeżeli taki blok wyładowywany jest na przykład w Niemczech, to Niemcy się nie patyczkują. Nie robią tego na przekładkach, tylko budują specjalne drewniane łoże, na którym blok jest wsuwany do kontenera. Koszt konstrukcji i koszt operacji przenoszone są na właściciela towaru. Czy warto więc oszczędzać na ubezpieczeniu?
Nie każdy zdaje sobie sprawę, jak wygląda transport morski od strony prawnej i finansowej
Jest jeszcze coś, z czego bardzo wielu importerów w ogóle nie zdaje sobie sprawy – awaria wspólna. Tłumaczę to czasami w bardzo obrazowy sposób. Statek wypływający w morze staje się czymś w rodzaju wielkiej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Każdy, kto ma na tym statku swój towar w kontenerze, jest w pewnym sensie udziałowcem tej spółki. Jeżeli dochodzi do poważnego zdarzenia i trzeba ratować statek oraz ładunek, część kosztów pokrywa właściciel statku, a pozostała część zostaje rozdzielona pomiędzy właścicieli ładunków. Ratowanie statku oznacza bowiem również ratowanie ich towarów. Może się więc okazać, że ktoś otrzymuje informację o udziale w kosztach szkody wynoszącym na przykład 30 000 dolarów, mimo że jego własny kontener z towarem wart jest 15 000 czy 20 000 dolarów. Jeżeli nie ma ubezpieczenia, sytuacja robi się naprawdę poważna.
Ładunek może zostać zatrzymany do czasu uregulowania należności. Roszczenia są dochodzone bardzo konsekwentnie. Do dziś, z tego, co wiem, toczą się sprawy dotyczące osób, które nie miały ubezpieczonych towarów przewożonych kontenerowcem Ever Given, który zablokował Kanał Sueski w 2021 roku. Część sporów nadal rozgrywa się w sądach w Londynie. Ludzie mówią: nie ubezpieczyłem kontenera, ale dlaczego mam zapłacić 100 000 dolarów, skoro mój towar był wart 20 000? Tyle że właśnie tak skonstruowane jest prawo morskie.
Oczywiście nawet polisa nie rozwiązuje wszystkich problemów. Jeżeli statek zatonie, a kamieniarz ma do wykonania kontrakt, to pieniędzmi nie zastąpi materiału. Następna partia może być dostępna za pół roku, klient może naliczać kary czy odsetki. Ale przynajmniej można odzyskać pieniądze zainwestowane w towar i nie zostać dodatkowo obciążonym skutkami szkody. Bez ubezpieczenia może się okazać, że zamiast planowanego zysku zostaje ogromna strata.
Czym wyróżnia się Magemar Polska?
Przede wszystkim mamy własną agencję celną. Jeżeli firma spedycyjna nie ma własnej agencji celnej, musi przekazać część procesu kolejnemu podmiotowi. Dochodzą następne osoby, kolejne koszty, czasem dodatkowe zabezpieczenia czy wyższe opłaty za odprawę. Nie korzystamy z zewnętrznych agencji. Dla klienta oznacza to mniej pośredników, a jednocześnie wyższy poziom bezpieczeństwa informacji i ochrony tajemnicy handlowej. U nas proces realizowany jest od A do Z.
Dzielimy się własną wiedzą. Chcemy, by nasi klienci byli świadomi, czym jest każdy element układanki zwanej importem i eksportem. Nie ukrywamy kosztów, nie obiecujemy tego, na co nie mamy wpływu. Reagujemy szybko na zmienne sytuacje w transporcie, bo mamy przedstawicieli oraz agentów na całym świecie. Przez 27 lat zdobyliśmy ogromne doświadczenie, które jest dziś naszą najważniejszą wartością.