Reklama


Felietony

Srebrny medal

Autor: Chivas   |   Data publikacji: środa, 04 listopada 2015 09:18

ch1.jpg

Pan zajął się dzwonieniem, więc mogę położyć łapy na klawiaturze. Kiedy byłem młody, Pan zorganizował ciekawy wyjazd dla mnie.
Byłem na wystawie psów. Było fantastycznie. Na dużym stadionie było pełno psów, które zasadniczo głównie czekały na swoją kolejkę, aby zaprezentować się sędziom. No i tym... zwiedzającym. Podczas tego czekania mogłem sobie pogadać z różnymi kolegami – niektórzy na wystawy jeździli po całej Europie. Inni, tak jak ja, tylko okazjonalnie.

O wystawie z młodości przypomniałem sobie ostatnio, kiedy Pan sporo rozmawiał przez telefon o targach kamieniarskich i oglądał zdjęcia z targów. Z tego co mówił i ze zdjęć wynika, że to trochę podobne imprezy – na wystawach psów prezentują się moi koledzy ze swoimi panami, a na targach kamieniarskich, firmy które chcą pokazać co potrafią.

Problem zaczyna się wtedy, gdy uczestnik wystawy nie bardzo wie co zrobić, żeby dobrze wypaść. Z rozmów Pana zrozumiałem, że chociaż te targi kamienia mają już swoją tradycję, to wystawcy i tak nie wiedzą, że do takiej imprezy trzeba się przygotować.
Nie tylko „wykąpać się i uczesać”, ale zobaczyć jak wyglądają inni, zaprosić jakiś ulubionych gości i przygotować dla nich jakąś specjalną sztuczkę, która zatrzyma ich przy moim kojcu. O przepraszam, na targach to się nazywa stoisko.

W przypadku mojego udziału to owszem byłem wykąpany i wyszczotkowany, ale nie nauczyli mnie, że trzeba chodzić dostojnie i dobrze prezentować swoją sylwetkę. A ten gość, co mi zaglądał w zęby, niekoniecznie chciał, żeby go lizać po twarzy. No i ja, zamiast dumnie się zaprezentować, najpierw usiłowałem zmusić panią, która mnie prowadziła, do ganiania za kolegami (jak się okazało moimi konkurentami), a potem chciałem pokazać temu gościowi, co go Pan nazywał sędzia, że go lubię (przez lizanie po łysinie). W rezultacie nie wygrałem – dostałem srebrny medal. Wygrał mój brat bliźniak – ten to wiedział, co trzeba robić. W sumie to była jego kolejna wystawa i dlatego wiedział o co chodzi.

W kamieniarstwie to chyba wszyscy powinni wiedzieć, bo debiutantów, takich jak ja, jest niewielu. Niestety, słuchając tego, co mówią do Pana, mam wrażenie, że nie wiedzą.
Najczęściej wydają mnóstwo pieniędzy na stoisko, na jakieś jedzenie, na wielkie ilości gadżetów... A to jest jak moja próba okazania sympatii sędziemu przez lizanie łysiny. Chyba lepiej by było przygotować jakieś specjalne oferty dla odwiedzających.
Podobno już niedługo znów będą dwie imprezy targowe w jednym miesiącu. Najpierw we Wrocławiu blisko Strzegomia – Granitowego Serca Polski (tam byłem), a potem w Poznaniu. Ale w okolicy Poznania jest tyle firm kamieniarskich, co na jednej ulicy Strzegomia. To tak jakby wystawę psów zorganizować w Egipcie, gdzie, jak Pan opowiadał, psy tradycyjnie uważa się za zwierzęta gorszej kategorii i jest ich mało.

Co z tego, że hala wystawowa byłaby rewelacyjna, skoro zainteresowanie zwiedzających marne. Pewnie w kolejnej edycji takiej wystawy, połączono by ją z wystawą kotów, bo te mają w Egipcie specjalne prawa. Ale cztery łapy i ogon, to jeszcze nie pies (na samą myśl wspólnej wystawy z kotami wyobrażam sobie co tam się będzie działo, kiedy moi koledzy zwęszą kota). Zanim populacja psów w Egipcie będzie taka, jak w Europie, to do kotów trzeba będzie jeszcze dorzucić króliki i tchórzofretki – no i wystawa zrobi się wielka.

Podobno tak będzie w Poznaniu, bo do
kamienia dołączono targi szkła – przyjadą więc miłośnicy „kotów”.

Te wspomnienia z wystawy trochę mnie rozrzewniły. Pogadam z Panem, żeby zabrał mnie na jakąś wystawę. Na to konto pozwolę się nawet wykąpać i uczesać – jak zachowywać się już wiem.
Byle nie do Egiptu!

przeczytaj cały artykuł

Wartość papieru

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: środa, 04 listopada 2015 09:05

Duża budowa i realizacja na niej rządzi się swoimi prawami, wiadomo: WZ-ki, protokoły i cała zabawa z tym związana. Wszystko na papierkach, duży odbiorca, odpowiedzialność  rozmyta, nawet jak jeden kierownik podpisze, drugi za chwilę może stwierdzić, że absolutnie roboty nie wykonaliśmy i nawet protokołu z milionem wpisanych weń usterek nam nie podpisze. Bez podpisanych dziesiątków papierków i przystawionych doń pieczątek zginiemy.

Czasem się człowiek rozpędzi, chce dobrze

A potem przychodzi mała budowa: łazienka do wykonania, posadzka w holu bądź cokolwiek innego o podobnej wartości zamówienia. Ustalenia wejściowe, potem, jak się to często zdarza, korekty. Tu coś odeszło, tam coś doszło, przeważnie tak to wygląda, że na naszą niekorzyść kasową. Oczywiście, klient nie widzi problemu, na końcu się kwotę odpowiednio zmodyfikuje, ustalamy koszt na gębę. Machamy ręką, robimy. Potem znowu pojawia się jakiś wątek dodatkowy – kolejne machnięcie ręką. Kilka takich machnięć i zbiera się kilka stów, a później tysięcy...

Nadchodzi dzień sądny

Rozliczenie. Kosztorys po modyfikacjach zaakcep- towanych machnięciem ręki, trochę się zmienił. Klient, któremu do tej pory wszystko pasowało, patrzy spode łba i pyta czemu koszty zwiększyły się o dwadzieścia procent. Pojawiają się chmury, szykuje się burza. Chciał człowiek dobrze, a jak mawia przysłowie, dobrymi chęciami wybrukowali piekło.

Czasem to nawet nie zła wola,

po prostu ludzie nie zdają sobie sprawy, ile tych małych korekt ostatecznej kwoty po drodze się zbiera, na koniec zaś w swoim mniemaniu czują się oszukani. Burza się rozkręca, a kulturalne do tej pory rozmowy zaczynają się zmieniać w utarczki. Zaczyna się poszukiwanie problemów i oglądanie naszej

roboty przez przysłowiową lupę. Uszczypany narożnik i delikatny sztrab, do tej pory akceptowalny, nagle uzyskują rozmiary na miarę Chińskiego Muru. A na koniec tej burzy z gradobiciem sakramentalne pytanie: urywamy coś, czy będzie Pan poprawiał?

Odpowiedź

Nam, kolokwialnie mówiąc, skacze gula, klient robi się czerwony, jak kameleon dostosowując się do naszego koloru twarzy. W większości wypadków odpowiadamy pytaniem na zadane pytanie: ile? Negocjacje czas zacząć. Niestety, są to negocjacje w których z góry jesteśmy skazani na porażkę.

Papiery, papiery i jeszcze raz papiery!

Może niekoniecznie, idąc tropem sprytnych zwierzątek, musimy zakładać podsłuchy i wszystko, i wszystkich nagrywać, choć czasem wypadałoby jednego i drugiego delikwenta nagrać, w celu późniejszego odtworzenia, co chciał, aby w jego lub domu jego klienta nawyprawiać i czym to argumentował, a z czego na samym końcu przy płatnościach zgrabnie i nie po angielsku próbuje się wycofać. Na pewno jednak musimy, wbrew zasadom brzytwy Ockhama, tworzyć zbędne byty w postaci dziesiątków papierków. Niestety, rzeczy- wistość jest taka jaka jest i jest ona smutna – quod non est in actis, non est in mundo – czego nie ma na papierze, nie istnieje. I choć podpisywanie tych aneksów i aneksików może doprowadzać klienta do szału, to podpisywać je należy, aby problemów unikać, a niestety założyć musimy, że to właśnie my trafiamy na klienta - sklerotyka, który nie wie na co po drodze się zgodził i jakie kwoty z nami za to coś ustalił.

Jak wiadomo z teorii chaosu, drobne zmiany w układzie potrafią wywoływać potężne skutki – w tym wypadku machnięcie skrzydeł motylka o postaci kilkuset złotych doprowadza do stanu mocnego zdenerwowania nas i klienta. Skutkiem tego, mimo dobrze wykonanej roboty, brak
polecenia nas innym klientom, ponieważ w wersji klienta kręcimy na kasie. Nici, z bardzo skutecznej w naszej branży, reklamy szeptanej.

Morał więc na dziś: twórzmy papierki, kupujmy spokój – nieekologiczne to, ale jakoś bronić się trzeba! I tak, aż do momentu, w którym umowa ustna będzie mieć znaczenie nie tylko w kodeksie prawa, ale również i w życiu codziennym.

przeczytaj cały artykuł

Zróbmy sobie „selfie”

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 04 listopada 2015 09:00

Od pewnego czasu panuje moda na robienie sobie zdjęć popularnie nazywanych „selfie”. To nic innego jak robienie zdjęć samemu sobie z wyciągniętej ręki. Szczerze mówiąc, nie do końca rozumiem tę modę. W końcu, jeśli chcę siebie zobaczyć, to wystarczy, że spojrzę w lustro. Uwiecznianie dla potomnych takiego odbicia, to, jakby na to nie patrzeć, objaw egocentryzmu.

Chyba ciekawsze jest zobaczenie własnej podobizny, zrobionej przez kogoś innego. Można wtedy dopatrywać się w gotowym zdjęciu tego, jak nas widzą inni. Dlaczego? Bo kiedy decydują się nacisnąć spust migawki, to zasadniczo robią to zwykle w momencie , w którym uznają , że wyglądamy prawdziwie. „Selfie” ludzie zwykle powtarzają wielokrotnie – dopóki nie uznają, że wyglądają dobrze.
Jeśli już robić „selfie”, to tylko jeden raz – bez powtórzeń i szukania wersji niczym rozkapryszony(a) model(ka). Wtedy jest szansa zobaczyć swoje prawdziwe odbicie.

„Selfie” przyszło mi na myśl, gdy uświadomiłem sobie zbliżający się koniec roku. Czas, który sprzyja przyglądaniu się własnym działaniom, czyli podsumowaniom i wyciąganiu wniosków. Ot, takie wielowymiarowe „selfie”.

Niestety, wiele osób działających w branży chce swoje dokonania widzieć jak dobrze wybrane „selfie” – trzeba znaleźć te, na którym według siebie wyglądam najlepiej. Przykładów nie brakuje.
Kiedy zrobiliśmy niezbyt trafioną inwestycję – na przykład zakup waterjeta, na którym przez pół roku wycięliśmy dwa koniki (jeden dla marudnego klienta, drugi dla teścia), koniczynkę (dla teściowej) oraz fikuśną półeczkę (do własnego garażu) – oceniamy ją jako doskonałą, bo wzrósł nam potencjał produkcyjny.

Gdy zwolniliśmy pracownika, który najwięcej kosztował, cieszymy się z obniżenia wydatków. Przy okazji zapominamy, że zwolniony pracownik potrafił najwięcej i ostatnie zlecenie zrealizowaliśmy po terminie, a kara umowna stanowiła równowartość półrocznej pensji tego pracownika.

Okazyjnie kupiona używana boczkarka, w rozliczeniu dokonań roku, oczywiście będzie sukcesem – chociaż serwis wzywaliśmy kilkanaście razy i pracowała połowę czasu, jaki mogłaby pracować nowa.
Inny przykład to zrealizowane prace. Na zdjęciach wyglądają rewelacyjnie, a nawet prestiżowo – więc zaliczamy je do sukcesów, chociaż wykonaliśmy je po kosztach i w kieszeni nie zostało nic.

Tak oceniając kolejne składowe dochodzimy jednak do brutalnego podsumowania księgowego– zysk za poprzedni okres był o połowę niższy, niż w poprzednim roku.Nie szkodzi. W poszukiwaniu najlepszego „selfie”, kiepskimi efektami obarczamy rynek, konkurencję, która zaniża ceny i rosnące koszty zakupów materiałów i narzędzi. I tak z własnej próżności, nie zauważamy tego, co można poprawić i jak pokierować firmę lepiej niż dotychczas.

Na szczęście czasem ktoś nam zrobi prawdziwe zdjęcie. Na przykład przez przypadek usłyszymy rozmowę pracowników, któr zy nieparlamentarnie ocenią zakup waterjeta czy boczkarki oraz wspomną zdolnego kolegę, który teraz pracuje u konkurencji.

Namawiam do robienia „selfie” ze swoich dokonań, ale niech ono będzie takie z głupią miną i zezem – jak się mu dobrze przyjrzymy, to może, na co dzień zrezygnujemy z głupich grymasów na twarzy i patrzeć będziemy na wprost. A może za rok, kiedy znów przyjdzie czas podsumowań, przypadkiem „strzelone selfie” da nam powody do zadowolenia, bo będziemy na nim wyglądać jak James Bond biznesu.

przeczytaj cały artykuł

Czekając na Ghandiego

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: środa, 26 sierpnia 2015 07:38

Opowieść   zasłyszana   od   dobrego   znajomego na ostatnim spotkaniu: klient, u którego pracuje, odkrył, że  architekt,   który  zaprojektował   wszystkie   wnętrza, postanowił  dodać  sobie  300%  do  wartości  kamienia. Z innymi elementami wykończeniowymi było podobnie... Niedawno  – jak  bumerang  – po  raz  sto  pięćdziesiąty pojawił się na jednej z budów człowiek, który oszukał pół Warszawy i okolic oraz doprowadził do zamknięcia dwóch firm.  Krąży  również  plotka,  że  doprowadził   jednego ze  swoich  kontrahentów  do  samobójstwa.  Oczywiście, udało mu się „złapać” kolejny kontrakt.

Good friends we have, good friends we've lost, along the way

Większości z nas zdarzyło się potknąć – te kilka osób, którym się to nie przytrafiło, to zapewne chodzące ideały. Klient mógł być regularnym wariatem, hurtownia zawaliła, zawalił dostawca kotew bądź ktokolwiek inny z nami na czele. Jak to mawiają anglojęzyczni: „sh*t happens”. Ktoś mógł się przez nas poczuć oszukany. Przypadek przypadkiem. Gorzej kiedy jest to w pełni świadome i to ze wszech stron otaczające nas „przewalanie”, które wejdzie w krew i stanie się sposobem na zarabianie pieniędzy. Najgorzej zaś, gdy taki
„kolega” z branży stanie na naszej drodze i zdarzy nam się z nim zrobić biznes życia.

W pewien sposób jest to fascynujące

...jak tego właśnie typu ludzie radzą sobie w naszej budowlanej rzeczywistości. Pierwsza robota zrobiona jako tako, później druga, w trzeciej też coś nie zagrało, a przy okazji czwartej po wzięciu zaliczki, przytrafiło mu się zniknąć. Mija rok, może troszkę więcej, człowiek pojawia się pod nowym szyldem, często z nowym wspólnikiem (bądź też szefem) i historia się powtarza.
Tyle, że tym razem w pokonanym polu pozostaje z klientem (finalnym, bądź też jakimś generalnym wykonawcą) człowiek, który robił z naszą gwiazdą interes życia. A potem kolejna budowa i kolejny szefowspólnik. I tak
„ad infinitum, ad absurdum...”

Transakcja typu „win – win”

Choć nazwa wydaje się podejrzana, istnieje coś takiego! Najkrócej i najłatwiej opisać możemy ją jako transakcję, z której wszyscy wychodzimy szczęśliwi i usatysfakcjonowani. Jest to pojęcie zupełnie obce istocie przywoływanej przeze mnie powyżej. W jego działaniach zwycięzca może być tylko jeden.

Przetarg państwowy

Wartość prac – według większości, która złożyła oferty – około 1,5 miliona złotych. Jeden szaleniec daje cenę sześćset tysięcy złotych. Robota niemożliwa do zrealizowania, koszty są większe. Pal diabli, jak się pomylił. Wtedy po prostu kolejna istota nie radząca sobie z liczeniem wróci na łono ludzi bez kasy i pracy. Często jednak cena taka jest dawana świadomie, a wygrywa kontrakt krętacz, który w punkcie wyjścia zakłada: nie zapłacę dostawcy, firmie od rusztowań, ludziom etc. Albo wszystkim.

Do jednego razu sztuka

Przekręt powinien być sztuką do jednego razu, nie trzech. Po tej przysłowiowej próbie, nakarmienia się przy pomocy chochli, powinny zarówno wystąpić objawy przejedzenia (z wymiotami włącznie), jak i odstawienie od stołu na lat kilkanaście (w sytuacji idealnej – na zawsze). Miejmy nadzieję , że przyjdzie taki czas, gdy problemy będą się przytrafiać, a nie będą stałym elementem firmowej egzystencji. Niestety, dopóki rządzić będzie tylko cena, a szeroko rozumiani klienci przystawać będą na ceny z założenia nierealne – jak w przytoczonym przeze mnie przykładzie – o zmiany będzie ciężko.

„Bądź zmianą, której pragniesz w świecie”

Na początek trzeba będzie pewnie zacząć od siebie i próbować podążać za wyżej powołanymi słowami Mahatmy Ghandiego. Może , jak wsłuchamy się w nie wszyscy i zaczniemy tępić pewne postępowania, coś z tego wyjdzie.

Wracając do fascynacji

Jak wspomniałem, fascynuje mnie w pewien sposób to jak ci „biznesmeni” radzą sobie w naszym budowlanym świecie. Ale jeszcze bardziej fascynuje mnie fakt, że nikt im nigdy, tak po prostu, odruchowo, zwyczajnie i po ludzku nie dał w mordę.
Choć z tego Ghandi zapewne nie byłby dumny...

przeczytaj cały artykuł

Na czterech łapach

Autor: Chivas   |   Data publikacji: środa, 26 sierpnia 2015 07:28

chivas1

Nazywam się Chivas, a dokładnie Chivas Make Me Strong. Jestem psem rasy Bearded Collie i od dzieciństwa w moim życiu obecne jest kamieniarstwo. To za sprawą mojego Pana, pana Darka, który całymi dniami siedzi przed komputerem lub rozmawia przez telefon. Leżę obok i patrzę na obrazki w komputerze. Zwykle to jakieś budynki, nagrobki lub kolorowe wzorki. Te ostatnie, jak się połapałem, to zdjęcia kamieni – nawet ładne niektóre.

Jak dla mnie kamienie są ciekawe, zwłaszcza teraz, kiedy są upały. Można na takim poleżeć – i chociaż twardo, to chłodzi przyjemnie. Dla Pana to coś więcej, bo strasznie się ekscytuje jak dostanie od kogoś zdjęcie jakiegoś nowego kamienia. Ostatnio mówił, że jakoś mniej tych zdjęć dostaje. Podobno firmy boją się ryzykować importu nowości – wolą tylko sprawdzone kamienie, które wszyscy już znają.
Po mojemu to źle myślą. Jak ja nauczyłem się podawać łapę, to miałem większe od kumpli powodzenie na podwórku. Więcej ludzi chciało mnie głaskać, a jeden nawet dał mi kawałek kiełbasy. Może gdyby ktoś miał nowości, to też dostałby jakiś kawałek kiełbasy?

Niektórzy związani z branżą kamieniarską mieli mnie okazję poznać – byłem z Panem na Dniach Granitu Strzegomskiego. Było fajnie, bo sporo ludzi chciało mnie głaskać, a ja to lubię. Były jakieś biegi – nawet też chciałem pobiec, ale podobno nie wolno. Spacerowałem z Panem i trochę dziwiło mnie, że Pan mówił, że Strzegom to stolica kamieniarstwa, a przecież tych namiotów z kamieniami nie było zbyt dużo. Za to taki jeden – gdzie pachniało kiełbasą – był oblężony. To pewnie ci, co przyszli zobaczyć kamienie, ale – jak ja – obeszli wszystko szybko i – tak, jak mnie – węch zaprowadził pod ten namiot. Zresztą namiotów bez kamieni było więcej – może to stolica nie kamieniarstwa, tylko kiełbasy? Jeśli tak, to chcę być na każdym święcie granitu.

Dla mnie cała ta sprawa kamieniarstwa ma też inny wymiar. Chodzę na spacery po mieście i widzę, chyba lepiej od ludzi, jak ułożona jest kostka. Niestety równo to nie jest – zaczepiam łapami i już nie raz złamałem pazur. A chyba można lepiej, bo czasem taki plac wyłożony granitową kostką aż zaprasza do pobiegania.

W Strzegomiu poznałem jedną fajną suczkę,owczarzycę. Powiedziała, że pracuje w zakładzie kamieniarskim – pilnuje zakładu. Narzekała, że strasznie dużo kurzu wylatuje z hali. Ale pracownicy nie mają ochrony i pracują, to nie łudzi się, żeby jej mogło być lepiej. Poza tym narzekała na bałagan i śmiała się, że mi krzywa kostka brukowa przeszkadza. U niej w pracy wszędzie złom i gruz. Opowiadała, że w zeszłym miesiącu ktoś się chciał włamać i jak go goniła, to skręciła łapę na połamanym slabie, który leżał na środku placu.

Ja też z Panem niedawno byłem w takim zakładzie. Mnie gospodarz dał michę z wodą, ale widziałem, że pracownicy misek z wodą nie mieli. Nawet jeden poszedł do sklepu, żeby kupić. Reszta, zamiast pracować, stała tam gdzie ja – w cieniu hali – i coś głośno mówiła na szefa. Chyba brzydko. Ja osobiście nie gryzę – ale tym ludziom niewiele brakuje.
W zakładzie poza pracownikami byli klienci. To też ciekawe – chodzili po placu i oglądali kamienie. W końcu stwierdzili, że wszystkie brudne i nie można zobaczyć jak wyglądają naprawdę. Pojechali więc gdzie indziej.

Jak znowu uda mi się dorwać do komputera to założę sobie konto na Facebooku. Podpatrywałem – wygląda ciekawie. Można się sporo dowiedzieć, a – jak mówi Pan – nie wszyscy doceniają taką komunikację. Jak poszczekam na podwórku, to usłyszy mnie tylko paru znajomych – jak na Facebooku pokażę nową sztuczkę, to polubi mnie kilka tysięcy osób. Może ktoś wyśle mi jakiś smakołyk?

Kamieniarzy zapraszam na profil facebookowy Kuriera Kamieniarskiego – to moi znajomi i bardzo życzliwi goście. Obiecali, że jak tylko założę swój profil, to oni go podlinkują. Nie wiem, co to znaczy, ale chyba chodziło im o to, że zrobią dla mnie taką specjalną smycz, na końcu której ja będę.

chivas2.jpg 

Ja na rynku w Strzegomiu :)

 

przeczytaj cały artykuł
Strona 24 z 27
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Domeny na sprzedaż
2026-08-26 00:00:00
DOMENY NA SPRZEDAŻ spiekikwarcowe.com.pl, marmur-granit.com ZAPROPONUJ SWOJĄ OFERTĘ malwinawyrwiak@sole.pl, tel. 510 047 890

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.