Reklama


Felietony

Lubię to!

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 25 sierpnia 2014 01:00

like.jpg

 

Codziennością w mojej pozazawodowej pasji - nurkowaniu - jest konieczność posługiwania się specyficzną formą komunikacji. Pod wodą trudno rozmawiać w sposób tradycyjny - pozostają tylko ręce. W tym zakresie na całym świecie przyjęto pewien podstawowy zestaw gestów. Może nie jest to zaawansowana forma wymiany informacji, ale, przy założeniu z popularnego skeczu kabaretowego, „nie gadamy, nurkujemy” - wystarcza. Nurkowanie, nawet najdłuższe, kończy się po 60-70 minutach. I wtedy, po wyjściu z wody, wszyscy rozmawiają dzieląc się uwagami i omawiając nurkowanie.

Jestem gadułą. Nie chciałbym, aby w życiu i w codziennej pracy ludzie używający (mam nadzieję) wyróżniającego nas w świecie organicznym organu - zwanego mózgiem - zamieniali skomplikowane procesy jakie w nim zachodzą na proste gesty w stylu: „mam problem”, „nie mam powietrza”, „do góry”, „wolniej” itp. Obawiam się, że upowszechnienie takiej komunikacji, po 2-3 pokoleniach spowoduje, że same procesy myślowe będą w formie podobne do sms-a. Trudno będzie wtedy znaleźć wśród całej populacji następców Einsteina.
Niestety łatwo zauważyć, że takie skrócone systemy komunikacyjne opanowują nasze życie i pracę.

Moim zdaniem wszystko zaczęło się od telefonów komórkowych, a dokładnie ich specjalnej funkcjonalności jaką są sms-y. Pisanie na małej klawiaturze nie jest ani łatwe, ani szybkie, dlatego trudno się dziwić, że informacje przekazywane tą drogą są mało rozbudowane.
Swoją drogą obecna popularność sms-ów jest zadziwiająca. Wprawdzie pierwszy sms został wysłany przez pracownika Vodafonu w grudniu 1992 roku i były to życzenia świąteczne dla kolegów, ale z założenia sms-y miały służyć operatorom sieci komórkowych do przesyłania klientom komunikatów.
Potem pojawił się Facebook i słynne „Lubię to” - na dodatek sprowadzone do piktogramu.

Ciekawe, że na potrzeby internetu i sms-ów powstał zestaw symboli często mających przekazać odbiorcy emocje (emotikony) - tyle że jest ich może 100, a może 200. A porównując to do znanej oceny, że aby komunikować się w obcym języku trzeba znać minimum 2000 słów - można wpaść w przerażenie w jakim kierunku zmierza cywilizacja.
Te myśli naszły mnie, gdy odwiedzając kiedyś zakład kamieniarski widziałem, że jego szef (młody człowiek z pokolenia Facebook’a) nie tolerował żadnych dyskusji z pracownikami. W zasadzie oczekiwał tylko komunikatu typu „Lubię to”. Brak tolerowania szerszej komunikacji to niestety prosta droga do strat.
W przytoczonym przykładzie pracownik chciał powiedzieć, że zauważył w materiale sztych i jak będzie go ciął tak jak kazał szef, to płyta pewnie pęknie, ale zgodnie z zaleceniem powiedział „tak jest” (lubię to) no i ... płyta trzasnęła. Szkoda, bo gdyby wykorzystać ją do wycięcia mniejszych elementów nie byłoby strat.

Dyktatorskie zapędy i blokowanie dyskusji z pracownikami to w gruncie rzeczy blokowanie rozwoju firmy. Nawet jeśli jesteśmy super-fachowcami, to czasem się mylimy i wysłuchiwanie opinii innych może uchronić nas przed wieloma błędami.
W zasadzie w tym modelu można by zgodnie z zasadami bhp wyposażyć pracowników w kaski z zieloną lampką (oznaczającą „lubię to”) i nawet pominąć słowny komunikat „tak jest”. W wersji rozbudowanej: 3 lampki —dodatkowo żółta (później, bo mam inną robotę) i czerwona (”sie-nie-da”).

Okrojona komunikacja bywa czasem zabawna - kiedyś pewien człowiek chciał dać w gazecie ogłoszenie o śmierci teściowej - ale tanio. Usłyszał, że najtaniej to będzie 6 słów. Przemyślał i kazał napisać - „Jagna Kwiatek nie żyje”. Przyjmujący zamówienie podpowiedział, że ma 6 słów, a to są tylko 4. Po przemyśleniu podał treść ogłoszenia: „Jagna Kwiatek nie żyje. Sprzedam Opla.”
Po prawdzie to lubię Facebook’a i wysyłam sms-y, ale staram się nie ograniczać komunikacji z ludźmi do obrazka z uniesionym kciukiem i uśmiechniętej buźki, czego i Wam życzę.

przeczytaj cały artykuł

Kamieniarz czyli ostatni ciągnący za rzepkę

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: niedziela, 30 marca 2014 21:00

Zima chyba postanowiła być normalna i pozwoli na rozpoczęcie sezonu wcześniej. Końca Kryzysu, pisanego przez duże K, wciąż nie ogłoszono, ale nadstawiając ucho w różnych miejscach da się słyszeć, że bieżący rok ma być dla całej branży budowlanej nieco łaskawszy i zaoferować nam nieco więcej pracy. Mam również nadzieję, że oprócz ilości zleceń, poprawią się również budżety budów (i planowanie), na których przyjdzie nam pracować. A wielkie założenia, stanowiące podstawy naszych wycen, będą realizowane, nie tylko w kratkach arkuszy kalkulacyjnych.

Tak zwana wykończeniówka, do której szerokiego spektrum należymy, potrafi być frustrująca i wykańczająca. Już taki nasz los. Powodów wiele – palców, by je wymienić, nie starczy. Ale wszystkie kończą się brakiem tego co nas kręci i podnieca, a znajduje się w kasie. Ustawiamy się więc grzecznie, jak w wierszu Tuwima, w kolejce za babcią, dziadkiem i wszystkimi innymi i grzecznie ciągniemy rzepkę razem z nimi – dla słusznej sprawy – licząc, że jak ją wyciągniemy, to jakiś kawałek, choćby niewielki, nam też przypadnie.

Początki
Często są piękne (choć w budowlance to nie reguła – kataklizmy potrafią się wydarzyć zanim rozpoczną się prace – do tragedii wystarczy dobry projekt): budżet, pompa, kamienie węgielne i wielkie planów arkusze. Potem małe, zielone listki uciekają z kasy na tony stali, betonu i setki innych rzeczy i działań, często równie sensownych jak wizyta naszego premiera w Nigerii bądź Peru. Kilka miesięcy później, budowa powoli ma się ku końcowi, przychodzi czas na kamieniarzy (oczywiście nie tylko – nie jesteśmy jedynymi Tantalami budowlanki): posadzki, elewacje, gzymsy i inne cuda z kamienia. Kasa pustawa, zaczyna się oszczędzanie! Wygląd rzepki staje się coraz mniej atrakcyjny – bulwa jakoś murszeje i kurczy się...

Oszczędzamy, oszczędzamy i... oszczędzamy!
Wycena pół roku wcześniej: kashmiry, gabra z Indii, Giallo Veneziano – rodzajów obróbek nie wymieniam. Teraz realia budowy: G603 (pod jakąś wdzięczną nazwą) lub G682 (pod nazwą jeszcze bardziej wdzięczną). Gdzieś trzeba ciąć koszty – czemu więc nie zaoszczędzić na kamieniu? Zaczynają się cięcia budżetowe godne rządzących naszym krajem.Niestety, tak jak i w ministerialnych gabinetach, cięcia nie dotyczą użytkowników gabinetów, lecz raczej maluczkich z samego końca. Na budowie podobnie: lepiej będzie jeśli po głowie dostanie końcówka kolejki ciągnącej za rzepkę. A końcówka, to między innymi dostawca i/lub montażysta kamienia.

Przydałby się jeszcze ktoś na przyczepkę!
Architekt jakoś to przełknął – układamy „chińczyka”. Trzeba było „przygiąć z krzyża”, pieniędzy za dużo nie było, ale jakoś damy radę. Niestety, przeważnie oczekiwania zamawiającego są niewspółmierne do ceny. Zaczynają się problemy: tu plamka, tam wyszczypek, tam zaś sztrabik. Protokół usterkowy ma grubość co najmniej pierwszej części „Potopu”. Rzepki, zza pleców przed nami stojącego, widać coraz mniej, choć i tak była licha. Na dodatek wygląda, jakby ktoś przyłączył się do ciągnięcia, wciskając się kilka osób przed nami. Prawdopodobnie przyjdzie obejść się smakiem...

Pobożne życzenia
Wiem, że to niemożliwe, ale życzę wszystkim, żeby pojawiło się rzetelne planowanie, a generalni wykonawcy nie byli permanentnie zaskoczeni kosztami na budowie, niczym drogowcy atakiem zimy. Mam nadzieję, że kiedyś to nasze wyciąganie rzepy, jeśli robimy to uczciwie i w tym kierunku co wszyscy, będzie przynosiło nam nie tylko godne pieniądze, ale i satysfakcję wykonanej pracy, która była ciekawa i unikalna. Nie zaś problemy i podziwianie rzepki z odległej perspektywy – w dodatku w momencie kiedy jest konsumowana przez innych. Tego życzę!

Nie życzę zaś...
Ciągniemy razem ze wszystkimi, ale ci wszyscy przed nami jak szarpną, to się wywalą. Na nas. A tego ani Wam, ani sobie nie życzę...

przeczytaj cały artykuł

Łaciate z jednej strony

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: niedziela, 30 marca 2014 20:56

Dawno temu, kiedy byłem na studiach, był taki przedmiot, na którym metodami analityczno-rachunkowymi projektowaliśmy organizację placu budowy. Chodziło o optymalizację lokalizacji obiektów na placu. W zasadzie system rachunkowo-analityczny się sprawdzał i lokalizacje dźwigu, placu składowego, czy szatni i toalety, wyglądały sensowne. Zmieniając warianty lokalizacje się zmieniały, ale nadal wyglądały rozsądnie. Z jednym wyjątkiem: „buda” kierownika budowy zawsze wychodziła koło składowiska śmieci i odpadów. Nawet kiedy, jako założenie podstawowe, umiejscawialiśmy kierownika koło dźwigu – to i tak wychodziło, że tuż obok ma być śmietnik.

W sumie uznaliśmy (co potwierdził wykładowca), że system obliczeniowy jest bardzo dobry, ale w warunkach rzeczywistych należy go weryfikować w oparciu o logiczne myślenie i praktykę.

Jestem przykładem typowego „ścisłowca” – miłośnikiem matematyki i informatyki, ale może właśnie dlatego wiem, że każdy system obliczeniowy, to również błędy założeń i nieświadome pominięcie niektórych parametrów. Wyniki jakie otrzymujemy, mimo że wyliczone, wcale nie muszą okazać się słuszne. Mamy w firmach komputery, a w nich programy do tworzenia arkuszy kalkulacyjnych. Nie są to trudne programy i wiele osób z nich korzysta. I tu powstaje problem – myślę czasem, że zbyt łatwo stworzyć taki arkusz i przez to stajemy się niewolnikami tabelek i kratek, a w zasadzie wyników jakie uzyskujemy.

Decydenci korzystający z wyliczeń wynikających z arkuszy zapominają, że ów system liczy w oparciu o podane założenia. Co ciekawe: im bardziej skomplikowany jest algorytm obliczeniowy, im więcej zmiennych potrzebuje do działania, tym większe zaufanie wzbudza uzyskany wynik.

Przykładowo: jedna z zaprzyjaźnionych firm planowała inwestycję w postaci zakupu maszyny za bardzo konkretne pieniądze. Stworzono skomplikowany arkusz, w kratkach którego wpisywano szereg parametrów, takich jak cena produktu wyprodukowanego przy pomocy kupowanej maszyny, wielkość planowanej sprzedaży, koszty pracy i szkoleń, koszty kredytu itd. W sumie parametrów wprowadzono kilkadziesiąt. Arkusz policzył i wyszło, że zakup jest opłacalny.

Zapatrzony w tabelkę z wynikiem właściciel firmy miał nawet odruch sprawdzenia założeń, ale żeby było jeszcze optymistyczniej zwiększył założoną wielkość sprzedaży. Wynik końcowy był teraz bardzo optymistyczny, więc decyzja zapadła i maszyna stanęła w zakładowej hali. Rezultaty były tragiczne – życie i rynek okazały się znacznie mniej optymistyczne. Po dwóch miesiącach, kiedy obyty z arkuszem właściciel sprawdził uzyskiwane wyniki i porównał je z wynikami z kratki, okazało się, że rozbieżności są ogromne. Zaczął dochodzić powodów i dopatrzył się kilku błędnych założeń – cena wyrobów była zawyżona, gdyż konkurencja sprzedawała taniej, a poziom zapotrzebowania na rynku był bardziej życzeniem niż faktem. Dodatkowo w obliczeniach nie ujęto wzrostu zużycia energii spowodowanego przyłączeniem dodatkowej maszyny, a przesunięcie jednego pracownika do pracy na nowej maszynie, zmniejszyło wolumen produkcji pozostałych, dotychczas wytwarzanych produktów.

Innym przykładem, gdy wyliczenia prowadzą na manowce, jest zakładanie poziomu sprzedaży w oparciu o dane statystyczne. Oczywiście tu też nieuwzględnione w analizie parametry mogą doprowadzić do nierealnych wyników, ale dochodzi często jeszcze jeden istotny czynnik. Statystyka to kapitalna sprawa pod warunkiem, że dotyczy dostatecznie wielu danych wejściowych. Przykładowo: jeśli firma ma 50 handlowców, a każdy z nich ma do czynienia z kilkuset klientami, z którymi realizuje rocznie kilka tysięcy transakcji, można przyjąć, że statystyczny handlowiec, w określonej sytuacji rynkowej, ma obrót roczny czy miesięczny na wyliczonym poziomie.

Rozmawiałem ostatnio z producentem nagrobków, który próbował używać danych statystycznych do planowania sprzedaży – tyle że miał dwóch handlowców, a każdy z nich współpracował z 15 zakładami nagrobkowymi. W takim przypadku liczenie statystycznych parametrów typu średnia sprzedaż jednego handlowca, czy średni obrót z jednym klientem ma taką wartość, jak to, że rzucając dwa razy monetą raz wypadnie orzeł, a raz reszka. Spróbujcie – za każdą próbą szansa na taki rozkład wynosi 50%

Oczywiście należy korzystać ze statystyki i planować, ale tylko na poziomie maksymalnego uogólnienia i na przestrzeni wystarczająco długiego okresu czasu. Zakładanie, że jeśli konkretny klient przez 3 miesiące z rzędu zamawiał po 5 nagrobków, to do końca roku też będzie zamawiał po 5 ma małe szanse na realizację. Korzystajmy z arkuszy kalkulacyjnych, ale niech nam kratki, w które wpisujemy dane, nie zastępują realnej oceny rzeczywistości i uwarunkowań rynkowych – bo kiedy podczas podróży pociągiem zobaczymy 3 łaciate krowy możemy nabrać przekonania, że pomiędzy Warszawą a Gdańskiem pogłowie rogacizny to trzy sztuki. A wszystkie łaciate – przynajmniej z jednej strony.

 

 

 

 

 

 

przeczytaj cały artykuł
Strona 27 z 27
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

noimage
2026-08-18 10:17:04
Z powodu przejścia na emeryturę WYPRZEDAŻ czynnego sklepu kamieniarskiego: artykuły pozłotnicze, szlifierki oraz części zamienne, głowice szlifierskie wahliwe, folie do piaskowania piły, grawerki, narzędzia do rzeźbienia, chemia kamieniarska, akcesoria elektryczne, galanteria nagrobna, artykuły BHP, ściernice diamentowe, segmenty diamentowe i koraliki diamentowe na linkę. Przy zakupie osobistym Okazyjne Ceny! Parkowanie przy sklepie. Możliwość zakupu wraz z lokalem (ok. 50 m2). Kontakt: Strzegom, ul. Św. Anny 13, tel. 691 379 901, diamboz.pl diamboz@o2.pl.

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.