Posiłkując się słownikiem języka hiszpańskiego: wyraz manana tłumaczyć można jako: rano, poranek, jutro, przyszłość. Wyraz ten zaistniał również w slangu kolegów noszących ubrania sportowe o niezliczonej ilości pasków —wiele razy słyszałem z ich ust coś o „odp...niu maniany”. Owi koledzy, często kończą/-yli z takim bądź innym paragrafem w miejscu odosobnienia zwanym więzieniem. Nie wiem, czy zawiodło ich tam robienie maniany, ale mam nadzieję, że ktoś kiedyś trafi tam za robienie jej w naszej branży.
W Warszawie dzieje się kamieniarsko sporo, zarówno w zakresie robót małych jak i dużych. Wystarczy choćby wspomnieć o Bulwarach Wiślanych i metrze. Dzieje się, więc sporo również samozwańców —speców od wszystkiego i niczego, którzy po pytaniu klienta na temat kamienia, okazują się kamieniarzami z dziada pradziada z co najmniej dwudziestoletnim stażem. I tu pojawia się „odstawianie maniany”, czyli klasycznej fuszerki niewiele z dobrze zrobioną robotą mającej wspólnego.
Możecie wierzyć lub nie, ale wszystkie wymienione poniżej przypadki, to zderzenie z rzeczywistością w przeciągu niepełnych dwóch tygodni.
Mistrzowie schodów —montażyści
Zadzwonił do mnie dwa dni temu kolega z pytaniem, czy wiem na co można zamontować schody zewnętrzne. Demontował je u klienta, ponieważ zaczęły odpadać podstopnie. Przy okazji zajrzał więc również pod trepy. Nie zgadłem. Ktoś zamontował je na wysoko rozprężną piankę montażową. Nie, nie uzupełnił (co i tak wskazywałoby na specyficzne poczucie humoru) —oprócz pianki nie było tam nic innego. Nawet nie można przypuszczać, że zaprawy były, ale zostały wypłukane, ponieważ montaż odbył się niedawno.
Mistrzowie elewacji x2
Ten sam kolega, tego samego dnia zapytał mnie, jaki mam pomysł odnośnie zamontowania „dzikówki” z piaskowca na ścianie. Powiedział, że to pomysł jeszcze grubszy niż schody. Nawet nie próbowałem, poddałem się od razu. Okazało się, iż część ze ścian przyklejona została na... farbę.
Parę dni wcześniej i mojej firmie trafił się demontaż na obiekcie państwowym. W naszym przypadku mistrzowie elewacji zamontowali ściany przy pomocy, uwaga:
—dwóch bombek kleju na płytę,
—pianki wysoko rozprężnej (SIC!),
—malutkiego aluminiowego podparapetnika na górze i dole płyty, który został zamontowany do ściany przy pomocy dwóch kołków rozporowych „szóstek” —do płyty podparapetników zamocowali takim samym jednym kołkiem rozporowym.
Dodam tylko, że płyta z piaskowca miała wymiar 140 x 50 x 4 cm, na każdą z płyt przypadły dwa kołki (jeden góra, drugi dół), płyty były odstawione od ściany o dwa centymetry —— przemyślcie Państwo jak genialną rolę odgrywała tu wpuszczona między płytę a ścianę pianka! Tylko część płyt udało się zagruntować, malowanej ściany już nie. Ach, zapomniano również o jakichkolwiek, lichych choćby, odciągach na samej górze ściany (kołeczka nie było również). ...więc płyta z samej góry postanowiła spaść. Na szczęście zaklinowała się, dzięki podwieszonemu sufitowi.
Mistrzowie brukarze
Centrum miasta. Kostka, Strzegom, 4/6. Brukarz przez olbrzymie „be”, z młotkiem ślusarskim dobija jedną kostkę trzema uderzeniami wyprowadzonymi z wysokości około 10 do 15 cm znad poziomu kostki. Uciekłem.
Nie mam lęków, w zasadzie nawet lubię chodzić do dentysty (choć lekarzy staram się omijać szerokim łukiem —pójdzie człek zdrowy, a oni coś zawsze znajdą). Może jest to spowodowane tym, że po poszukiwaniach trafiłem na dobrego fachowca. Zawsze jednak, kiedy siedzę u niego w poczekalni, zastanawiam się, że kiedyś mogę nie mieć farta i trafić na takiego dentystę/lekarza, na jakich kamieniarzy ludzie często trafiają. Strach się bać, drodzy Państwo, jaką manianę mi na zębie, albo i nerce, odstawi...
Każdy z nas (siebie również wybielać nie mam zamiaru) w życiu zawodowym poszedł na skróty i tytułową manianę odstawił. Ciężki klient, zmęczenie, chęć szybszego zakończenia pracy albo presja obniżenia kosztów lub, co gorsza, kar umownych. Sam się człowiek przed samym sobą wybielił i postarał o niej zapomnieć. Niestety, można również przekroczyć granicę między manianą, a kryminałem.
I wtedy mogą zacząć się problemy. Na początku jak człowiek obejrzy taką robotę lub o niej posłucha, jest może przez chwilę śmiesznie. Ale już za chwilę wieje grozą: o ile jeszcze chodzi jedynie o pieniądze (klient musi wykonać coś ponownie), pal go sześć! Choć za to również oczywiście powinno się odpowiedzieć. Gorzej, gdy w grę wchodzi życie ludzkie, a komuś na głowę spadnie płyta elewacyjna, ponieważ ktoś zamontował ją nie w zgodzie ze sztuką, normami i zdrowym rozsądkiem.
Szanujmy się i piętnujmy głupotę. Łapmy idiotów za ręce i pokazujmy ich palcami, aby nikomu krzywdy nie mogli zrobić. Nie tylko tych kamieniarskich, ale wszystkich. Może wtedy nie będziemy się musieli zastanawiać i bać, że skoro zepsuliśmy taras dentyście, dentysta w ramach zemsty wyrwie nam kilka zdrowych zębów.
Jak zawsze sobie i wszystkim tego życzę.
Jak wybrać skuteczną koncepcję marketingową?
Marketing jako nauka jest nieco inny niż całe spektrum nauk. Inność polega na tym, że wywodzi się z praktyki. Dlatego często dziwię się, że jest przez wielu ludzi traktowany jak kolejna nauka teoretyczna nie mająca wiele wspólnego z praktyką. Myślę, że wynika to z faktu, iż wiele osób wykształconych w tej dziedzinie nie potrafi przenosić wiedzy teoretycznej na praktyczne działania.
Chcę w kolejnych artykułach pokazać takie praktyczne stosowanie teorii marketingu, więc, tytułem wstępu, zaczynam od podstaw.
Definicji marketingu jest tyle, ilu jest specjalistów w tej dziedzinie. Co więcej —definicja zmienia się od kiedy powstała. Początkowo uznawano, że jest to zespół działań wspierających sprzedaż wyrobów i usług. Obecnie uważa się marketing za system zarządzania przedsiębiorstwem dążący do zaspokojenia partnera wymiany. Guru Marketingu —Philip Kotler (autor najważniejszego chyba podręcznika marketingu), na pytanie czym jest współczesny marketing odpowiedział, że „to nauka i sztuka badania, tworzenia i oferowania z zyskiem produktów posiadających wartość dla klienta w celu zaspokojenia potrzeb rynku docelowego”.
Jedno jest pewne —marketing, obejmuje szereg zagadnień i niektóre z nich spróbuję omówić.
Zacznijmy może od różnych typów działań marketingowych jakie mogą realizować firmy działające na rynku.
Dość często realizowaną koncepcją jest koncepcja produkcji. To jedna z najstarszych filozofii funkcjonowania na rynku —według niej klienci faworyzują te produkty, które są szeroko dostępne i mają niską cenę. Szefowie firm zorientowanych na produkcję starają się osiągnąć wysoką wydajność produkcji i szeroką dystrybucję. Wtedy mogą zaspokoić oczekiwanie klientów w zakresie kryterium niskiej ceny.
Takie przypadki w naszej branży są dość częste. Istnieje na rynku szereg firm produkujących dużą ilość nagrobków, walczących o osiągnięcie jak
najniższych kosztów poprzez skalę produkcji. W takich zakładach zwykle dość mocno rozbudowuje się sieć dystrybucyjną poprzez tworzenie kolejnych „wystawek” w lokalnych zakładach kamieniarsko-montażowych lub na samodzielnie dzierżawionych placach. Zgodnie z teorią są tylko dwa przypadki, które współcześnie uzasadniają takie podejście. Pierwszy z nich to sytuacja, w której popyt na oferowany towar przewyższa jego podaż. Drugą sytuacją uzasadniającą stosowanie koncepcji produkcji jest sytuacja, w której koszty produkcji są wysokie i trzeba je zredukować przez wyższą wydajność. Pierwszy przypadek w przypadku nagrobków nie ma miejsca, gdyż zapotrzebowanie rynku jest ograniczone do mniej więcej stałych ilości zarówno w kategoriach ogólnokrajowych jak i lokalnych, a firm wykonujących nagrobki jest ogromna ilość.
Drugi —w kamieniarstwie, koszty utrzymywania „wystawek” są wysokie. Łatwo policzyć jaki kapitał musi zostać zamrożony na kilku wystawkach. Przykładowo jeśli firma X posiada pięć punktów sprzedaży i na każdym stoi 20 nagrobków, to zamrożenie kapitału, zakładając wartość nagrobka na poziomie tylko 3.000 zł, wynosi 300.000 zł. Zakładając koszt kredytu na poziomie 15%, to rocznie 45.000 zł możemy dopisać po stronie kosztów. Ktoś może powiedzieć: „Ja nie brałem na to kredytu”. Owszem, ale kredyt został wzięty na inne cele, na które można było wnioskować o kwotę niższą o wyżej wspomniane przykładowe 300.000 zł. Do tego należy doliczyć stały koszt dzierżawy placu i zatrudnienie pracownika. Oczywiście „wystawki” sprawdzają się, ale ich ilość i wielkość trzeba stale kontrolować sprawdzając ich rentowność. Znam bowiem przypadki, w których tworzenie kolejnych punktów doprowadzało firmy do problemów finansowych.
W kosztach wyprodukowania nagrobka podstawowym elementem jest koszt materiału. W związku z tym redukowanie kosztów produkcyjnych, nie wpływa zauważalnie na rentowność działalności. Dlaczego zatem ta koncepcja istnieje w części zakładów nagrobkarskich?
Według mnie to wpływ uwarunkowań historycznych. W czasach określanych przez wielu branżystów jako „złote”, faktycznie popyt bywał wyższy niż podaż. Na realizację nagrobka klient często musiał czekać. Wtedy też w wielu zakładach walczono o zwiększanie produkcji, bowiem odczuwano, że można by sprzedawać więcej nagrobków —są tylko problemy z ich wyprodukowaniem. Ale w tamtym czasie trudno było w zakładach spotkać nowoczesne maszyny o wysokiej wydajności będącej dziś standardem. W wielu zakładach koncepcja nie zmieniła się, chociaż czasy są inne i ten typ ukierunkowania firmy nie sprawdza się.
Drugim sposobem rozumowania jest koncepcja produktu, opierająca się na założeniu, że klienci preferują oferty najwyższej jakości lub innowacyjne. Szefowie takich firm koncentrują się na tworzeniu produktów o wyjątkowych cechach i ciągłym ich udoskonalaniu.
Dość często produkty powstają bez udziału (lub przy minimalny udziale) klienta. Okazuje się jednak, że klient rzadko podziela entuzjazm dla przedstawionej oferty.
Czy takie podejście funkcjonuje w naszej branży? Okazuje się, że tak. W swoim czasie odwiedziłem firmę, która usilnie stara się sprzedawać na naszym rynku typowe wzory z rynku zachodnioeuropejskiego. Kamieniarstwo nagrobkowe to jednak dość specyficzna branża i tradycja dla klientów ma znaczenie podstawowe. Wszelkie nowatorskie rozwiązania, nie znajdują dużej liczby klientów. Widząc sytuację firma próbowała wzory typu niemieckiego połączyć z typowym wzorem polskim. Niestety kolumna napisowa umiejscowiona w klasycznym obramowaniu wyglądała dość nietypowo i też nie zyskała aprobaty ze strony klientów.
Powyższe rozważanie nie powinny jednak wpłynąć na całkowitą rezygnację z szukania nowych form. Warto jednak robić to bardzo ostrożnie i w kontakcie z klientem. Dość sensowne wydaje się tworzenie rysunków takich koncepcji i pokazywanie ich klientom. Może któraś z koncepcji okaże się trafiona i znajdzie nabywców? Ukierunkowanie firmy na produkt, było też zauważalne w okresie, kiedy po ograniczonej ofercie materiałowej cechującej Polskę minionej epoki systemowej, mocno ruszył import. Firmy prześcigały się w oferowaniu nagrobków z materiałów kolorowych z Indii czy Brazylii. Wydawało się, że tą metodą osiągną przewagę konkurencyjną. Łatwo jednak było przewidzieć, że w krótkim czasie kolorowe materiały będą mieli wszyscy. Natomiast po krótkim okresie zwiększania się sprzedaży nagrobków z kolorowych materiałów, rynek powraca znów do czerni i szarości.
Kolejny bardzo popularnym systemem jest koncepcja sprzedaży. Sprowadza się ona do twierdzenia, że klienci pozostawieni sami sobie nie kupią produktów jakie oferujemy. Firma podejmuje więc agresywną sprzedaż i działania promocyjne. Przy takim podejściu klient jest często dosłownie osaczany, kiedy znajdzie się w firmie. W warunkach sprzedaży nagrobka dość często handlowiec stosuje chwyty tego rodzaju, jak na przykład: „Ten nagrobek jest już w zasadzie sprzedany, ale klient miał być godzinę temu, więc jeśli podejmie pan decyzję już, to jest pana/pani”. Albo przy dyskusji o cenie: „Mogę dać dodatkowy rabat, tylko muszę zapytać szefa” i handlowiec znika w sąsiednim pomieszczeniu. Po powrocie z naciskiem oświadcza: „Szef niechętnie, ale w drodze wyjątku zgodził się”.
Teoretycy zauważają, że przy takim rozumieniu, marketing jest często utożsamiany z agresywną sprzedażą i reklamą. W sumie sprowadza się to do koncepcji sprzedaży tego co firma wyprodukowała, a nie produkcji tego, co chce rynek. Stworzona „wystawka” z jednoosobową obsługą sprzedażową, zawsze będzie skutkowała chęcią sprzedaży tego, co stoi na placu. Taki sprzedawca nie będzie starał się odczytać potrzeby klienta, tylko przekonać go do kupna któregoś z wystawionych nagrobków.
Chcąc rozpocząć skuteczną sprzedaż na nowym terenie pewne działania marketingowe należy przeprowadzić dużo wcześniej. Trzeba oszacować wielkość rynku i preferencje klientów. Wbrew po-zorom popularność wzorów nagrobków w różnych regionach kraju jest różna (np. na wschodzie Polski zauważalna jest tendencja do stawiania większych pomników). Przed powołaniem nowego punktu dobrą metodą byłoby dokładne obejrzenia cmentarzy w regionie i zrobienie choćby banalnej tabelki z kolorami —jaka część nagrobków jest z kolorów, jaka czarnych, jaka szarych. Do kolejnych tabelek można zebrać dane o wielkości pomników, udział nagrobków zrobionych według indywidualnych projektów w stosunku do pomników typowych, zestawienie mogił rzadziej odwiedzanych i regularnie pielęgnowanych, szacunkową liczbę pomników z lastriko, które wkrótce mogą wymagać wymiany. Na podstawie takiej tabelki można by lepiej przygotować ofertę w tym konkretnym punkcie sprzedaży.
I tak doszliśmy do koncepcji marketingowej. Ta koncepcja skrystalizowała się już w połowie lat 50-tych i opiera się na założeniu, że klucz do osiągnięcia sukcesu leży w określeniu potrzeb i wymagań rynku docelowego oraz dostarczenie zadowolenia klientowi w sposób bardziej wydajny i skuteczny niż konkurencja. Tak, zadowolenia! Bo, jeśli się nad tym troszkę zastanowić, to dojdziemy do wniosków, że klient tak naprawdę nie kupuje produktu —klient kupuje dobre samopoczucie i zadowolenie z podjętych przez siebie decyzji.
Porównać koncepcje sprzedażyi marketingową najłatwiej na schemacie:
Koncepcja sprzedaży:
Fabryka —produkty —sprzedaż i promocja —— zysk przez realizację sprzedaży
Koncepcja marketingowa:
Rynek docelowy —potrzeby klienta —— marketing skoordynowany —zyski przez zadowolenie klienta

Po czasie intensywnej pracy w sezonie wiele zakładów kamieniarskich wykorzystuje okres zimowy na przeglądy i naprawy swoich maszyn. To dobra praktyka i dobry termin. Choćby ze względu na mniejszą ilość zamówień oraz pogodę niesprzyjającą prowadzeniu produkcji. Jeśli maszyny nie będą używane przez dłuższy okres, to ważne jest także prawidłowe zabezpieczenie maszyn na czas przestoju. Długi postój także może być dla maszyn niebezpieczny, na przykład z powodu braku smarowania jakie odbywa się w trakcie pracy. A odpowiednie utrzymanie maszyny ma przecież wpływ na jej niezawodność i jakość produkcji.
Każda maszyna powinna posiadać dokumentację techniczną, gdzie jej producent podaje informacje o przeglądach. W jakich odstępach czasu, jakie podzespoły i w jaki sposób sprawdzać, jakich środków czyszczących i smarnych używać. Podczas napraw i konserwacji maszyn należy stosować się to tych instrukcji. Są jednak ogólne zasady, które odnoszą się do wszystkich maszyn dowolnego producenta.
Oto zestaw najważniejszych czynności jakie warto wykonać przy dłuższym zatrzymaniu maszyny na zimę
(pobierz listę w postaci arkusza do wydrukowania):
1. Odłączyć zasilanie maszyny od wody i opróżnić układ wodny —przede wszystkim zapobiegnie to uszkodzeniom układu przez zamarzającą wodę pozostawioną wewnątrz rur, węży, elektrozaworów. Cały układ można przedmuchać sprężonym powietrzem.
2. Strumieniem wody dokładnie oczyścić maszynę z osadów powstałych podczas obróbki kamienia —dobrze jest wykonywać tę czynność regularnie, gdyż szlam osadzony na maszynach zasycha i staje się trudny do usunięcia. Podczas mycia maszyn należy pamiętać, aby nie kierować strumienia wody bezpośrednio na silniki, podzespoły elektryczne i szafę sterowniczą.
3. Zabezpieczyć elementy stalowe maszyny w miejscach powstawania ognisk rdzy —trzeba je oczyścić i pomalować odpowiednią farbą.
4. Sprawdzić, czy nie ma wycieków oleju z przekładni redukcyjnych, układu hydraulicznego —w razie potrzeby należy uszczelnić wyciek i uzupełnić lub wymienić olej.
5. Sprawdzić stan filtrów w układzie hydraulicznym i w razie potrzeby wymienić.
6. Sprawdzić stan węży i przewodów zasilających —czy widoczne przewody elektryczne, hydrauliczne lub sprężonego powietrza zasilające lub na maszynie nie są uszkodzone lub popękane. W razie potrzeby należy je wymienić.
7. Sprawdzić, czy osłony, bariery maszyny są dobrze zamocowane —w razie potrzeby należy je dokręcić lub poprawić.
8. Sprawdzić stan oleju lub smaru na prowadnicach lub rolkach suportów, śrubach napędowych —w razie potrzeby usunąć stary smar, zanieczyszczenia i nasmarować na nowo używając odpowiedniego środka smarnego zalecanego przez producenta.
9. W razie potrzeby wymienić drewnianą okładzinę na stole roboczym maszyny.
10. Sprawdzić dokręcenie śrub w elementach konstrukcyjnych maszyny —w razie potrzeby należy je dokręcić.
11. Sprawdzić elementy obrotowe —sprawdzić stan łożysk w kołach wózków oraz kołach prowadzących i w przypadku stwierdzenia nadmiernych luzów wymienić łożyska.
12. Sprawdzić stan zębatek napędowych i listew zębatych do napędu poszczególnych ruchów maszyny oraz stan torowisk. Zużyte zębatki, listwy zębate lub torowiska należy wymienić.
13. Sprawdzić stan i naprężenie pasów napędowych (klinowych, zębatych) w maszynie. W razie potrzeby naciągnąć lub wymienić pas.
14. Sprawdzić stan instalacji elektrycznej maszyny —czy przewody elektryczne nie są uszkodzone, stan izolacji, przełączniki, przyciski i wtyczki na szafie elektrycznej lub kasecie sterującej, wyłączniki krańcowe na maszynie —elementy zużyte lub uszkodzone wymienić.
15. W przypadku maszyn z liną diamentową należy sprawdzić stan okładzin kół zamachowych i prowadzących linę —w przypadku ich zużycia należy je wymienić.
16. W przypadku maszyn z pasem transportującym płyty kamienne (boczkarki, linie polerskie) należy sprawdzić stan pasa —w przypadku nadmiernego zużycia, pęknięć lub naderwań należy go wymienić.
17. W przypadku urządzeń dźwigowych należy sprawdzić stan lin, zawiesi i pasów do podnoszenia —w przypadku zużycia, pęknięć lub naderwań należy je wymienić.
18. Sprawdzić przyssawki podciśnieniowe używane do podnoszenia lub mocowania płyt kamiennych —czy ich uszczelki lub oringi nie są uszkodzone. W przypadku zużycia, pęknięć lub naderwań należy je wymienić.
19. Skontrolować stan instalacji sprężonego powietrza w zakładzie —czy nie występują wycieki w przewodach, czy w zbiorniku ciśnieniowym lub odwadniaczu nie znajduje się woda, która w razie zamarznięcia może uszkodzić układ, w razie potrzeby oczyścić zbiornik.
(pobierz listę w postaci arkusza do wydrukowania)
Obecnie wiele maszyn posiada układ centralnego smarowania wymagający zastosowania specjalnych smarów. Zastosowanie zwykłego smaru może powodować zatykanie przewodów i problemy w pracy układu. Latem można stosować smary bardziej gęste, zaś przy niższych temperaturach zalecane są rzadsze. Należy regularnie kontrolować poziom smaru w zbiorniku i w razie potrzeby uzupełniać go.
Stan techniczny maszyny ma duży wpływ na jakość i precyzję obróbki wytwarzanego przez nią produktu finalnego, dlatego zakłady chcące produkować wyrób wysokiej jakości muszą utrzymywać swój park maszynowy w dobrym stanie technicznym. Poza tym jest oczywiste dla wszystkich, że niesprawne maszyny mogą być przyczyną wypadków podczas pracy. Dobry stan maszyn jest podstawą dla zapewnienia bezpieczeństwa ich operatorów.
Odpowiednie przygotowanie i przeglądy maszyn zimą —w porze mniej intensywnej pracy po prostu się zakładom opłaca. Lepiej jest wydać nieco pieniędzy wcześniej, na planowe przeglądy i naprawy, niż potem dużo większe sumy na naprawy awarii. Zwłaszcza, że przestoje w sezonie bywają bardziej kosztowne.

Miesiąc w drodze. Jestem we Francji, choć myślami jeszcze w Hiszpanii. Z przyjemnością wspominam ostatnie dni —poznanych ludzi, odwiedzone miejsca, skosztowane potrawy. Teraz to już z górki. Można powiedzieć wracam do domu.
Kolejnym i zarazem ostatnim punktem na mojej trasie było francuskie Bordeaux, w którym mieszka moja ciocia, którą chciałem odwiedzić.
Wyjazd z Madrytu przyniósł trochę trudności, ale po dwóch „stopach” i 50 kilometrach poszło już łatwo. Zabrały mnie dwie Hiszpanki i podwiozły 300 km. Na następnej stacji dość szybko znalazłem Polaka, który mógł mnie wziąć na obwodnicę Bordeuax, ale dopiero o 5:00 rano. Była godzina 20:00, więc miałem przed sobą dużo czasu wolnego. Padający nieprzerwanie niewielki deszcz i panujący chłód skłoniły mnie do rozbicia namiotu. Ot, uroki życia na szlaku.
Trasa około 350 kilometrów zajęła mi i Pawłowi, kierowcy, około 6 godzin. Złożyły się na to: limit prędkości do 90 km/h, którą mają wszystkie ciężarówki, górzysty teren, a także fakt, że Paweł musiał w trakcie jazdy zaliczyć krótką pauzę. Gdy wysiadłem na stacji tuż przy Bordeaux i zajrzałem do mapy zauważyłem, że wysiadłem o jedną stację za daleko. Znajdowałem się obecnie na północnym-wschodzie miasta, podczas gdy moja ciocia mieszka na południowym jego krańcu. Próbowałem dostać się autostopem do centrum miasta, ale bezskutecznie. Gdy stałem przy wyjeździe, zawołał mnie jeden z kierowców ciężarówek. Mówił tylko po francusku, ale jakimś cudem zrozumiałem, co chce mi przekazać. Podpowiedział mi, że jeśli wejdę pod górkę obok stacji, to trafię już do samego miasta. Skorzystałem z jego rady.
Gdy tylko napisałem cioci smsa z wiadomością gdzie jestem i że jeszcze trochę mnie nie będzie, otrzymałem odpowiedź „Jezus Maria, gdzie Ciebie tam wywiało?!”. Wszystko jednak ma swój plusy —w trakcie spaceru przekonałem się, że Bordeaux jest ładniejszym miastem, niż się wcześniej spodziewałem.
Późniejsze zwiedzanie tylko to potwierdziło. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Place de la Bourse, ze wspaniałym lustrem wodnym, w którym odbiją się otaczające go budynki. Na Starym Mieście znajduje się też majestatyczna Katedra Saint-André. Wrażenie robi również rwąca rzeka Garonna, która przedziela miasto na dwie części, połączone kilkoma mostami. Najpiękniejszym z nich jest Pont de Pierre o długości prawie 500 metrów —przechodziłem przez niego, kiedy pokonywałem całe miasto.
Przez kilka dni w Bordeaux, po czterech tygodniach podróży, wreszcie czułem się jak w domu. Po naładowaniu wewnętrznej baterii tą rodzinną atmosferą, czas było wracać już do siebie do domu. Bordeaux żegnało mnie deszczem. Dość szybko dostałem się pod sam Paryż, gdzie jednak utknąłem na wiele godzin. Do stolicy Francji nie chciałem już jechać, głównie ze względu na goniące mnie terminy. Poza tym dwukrotnie już tam byłem. Niestety, ze stacji na której stałem, niemal wszyscy jechali właśnie do Paryża. I dopiero po 8 godzinach stania, gdy już było ciemno i zimno, a ja zastanawiałem się, gdzie się przespać tej nocy, przypadkiem szczęście się do mnie uśmiechnęło. Na stację zjechał kierowca busa z Polski, który jechał akurat do Belgii. Zabrał mnie ze sobą i nad ranem byłem za Brukselą.
Bez snu jechałem dalej i kilka godzin później już byłem na stacji pod Köln.
Tam po raz pierwszy od dawna spotkałem innych autostopowiczów. Trójkę Niemców, którzy jechali na północ kraju. Im szybciej udało się wydostać ze stacji, więc po jakiejś godzinie zostałem sam. Stamtąd zabrał mnie Paweł —redaktor Kuriera Kamieniarskiego. Mimo ogromnego zmęczenia, które mnie dopadło, zdołałem bez błędów zapisać kontakt do siebie, dzięki czemu mogę się z Wami podzielić swoją przygodą. Na stacji, na której mnie wysadził, nie bardzo wiedziałem, w którym kierunku powinienem się udać. Kierowcy poradzili mi, abym mostem przeszedł na drugą stronę, bo tam prędzej znajdę kogoś do Polski… Z drugiej strony mostu natomiast powiedzieli, żebym wracał, bo tutaj nic nie jedzie w stronę naszego kraju. Idąc powoli w stronę mostu, zobaczyłem tankującego Polaka. Jechał na załadunek kawałek wstecz do Frankfurtu, po czym ruszał pod samą Norymbergę. Tak więc ostatecznie po drugiej stronie złapałem stopa w stronę z pierwszej.
Na kolejnej stacji poznałem dwójkę autostopowiczów z Polski, którzy jechali do Pragi, czyli dokładnie w kierunku wschodnim. Akurat oni mieli do Czech prostą drogę, ja musiałem liczyć na duże szczęście. Stałem na stacji na północnym-zachodzie miasta, przy drodze która nijak nie prowadziła do Polski. Było już ciemno, gdy znalazłem ciężarówkę jadącą do Pragi. Zawołałem chłopaków, którzy wsiedli do kabiny i po chwili ruszyli do stolicy Czech. Co ciekawe, jednego z nich spotkałem kilka miesięcy później w centrum handlowym w Warszawie. Ja natomiast zostałem sam aż do następnego dnia. Wtedy, wiedząc już, że nie mam szans jechać bezpośrednio do Polski, postanowiłem udać się na południe na drogę do Monachium. Tam chciałem tylko przeskoczyć na drugą stronę drogi, na tę prowadzącą do Polski, gdzie powinno być dużo łatwiej. Do Monachium dostałem się dopiero po godzinie 13:00. Miałem szczęście, że pod autostradą było przejście na stację po drugiej stronie, więc nie musiałem kombinować jak przebiec przez autostradę. I wtedy, zgodnie z przewidywaniami, poszło już z górki. Dwie ciężarówki i jedna przesiadka później byłem już w miejscu, z którego rozpocząłem swoją podróż —na Bielanach Wrocławskich. Było już ciemno, kiedy wsiadałem do ostatnie autobusu, który zawiózł mnie na dworzec. Znów miałem szczęście i zdążyłem na ostatni tego dnia pociąg w kierunku Szczecina.
Moja podróż trwała dokładnie pięć tygodni i jeden dzień. W tym czasie podwiozło mnie 52 kierowców, przejechałem prawie 7.000 km. Udało mi się poznać fantastycznych ludzi, z którymi kontakt utrzymuję do dzisiaj. I chyba się uzależniłem, bo już wracając do Polski planowałem, gdzie pojadę następnym razem.

Kiedy stolarz bierze się za kamieniarstwo...
Kolejny grzech polskiego kamieniarstwa —tak nagminny, że trudno znaleźć równie często popełniany błąd. Łączenie elementów kamiennych na narożnikach poprzez przycięcie pod kątem 45 stopni na tzw. szregę.
Moda na takie łączenie elementów narożnych przyszła do nas z Niemiec i jest przeniesieniem wprost metod stolarskich. Jednak dla każdego człowieka, który przepracował w życiu choćby kilka godzin z kamieniem, jest oczywiste, że w takim miejscu na pewno powstanie uszczerbek —narożnik ukruszy się. Dotyczy to równie często elementów nakrywowych jak i schodów. Przy czym na schodach występuje to zjawisko zwykle szybciej. Więc zasadnicze pytanie nie brzmi „czy się ukruszy?”, tylko „jak dużo się ukruszy i jak brzydko będzie wyglądać?”
Zadając tytułowe pytanie można zastanawiać się, co było przyczyną wyboru takiego sposobu łączenia. Można przypuszczać, że pewnie wygodnictwo. Takie elementy zwykle przygotowuje się ze spadkiem, który ułatwia spływanie wody. Cięcie na szregę łatwo i szybko kończy temat. Po co łączyć elementy pod kątem prostym i przez dodatkową obróbkę powierzchni uzyskiwać odpowiednie spadki? Przecież to wymaga dodatkowej pracy i dodatkowego czasu. A to generuje dodatkowe koszty i może przysporzyć dodatkowych kłopotów montażowych...
A przecież dzisiejsze możliwości technologiczne są nieporównanie większe od tych, jakimi dysponowali budowniczowie schodów przed wielu laty —schody przetrwały wieki i są prawdziwym synonimem trwałości kamienia.
Czy w podobnych słowach potomni określą realizacje widoczne na sąsiednich zdjęciach? Czy tym sposobem tworzymy pozytywny obraz produktu, dzięki któremu istnieją nasze firmy? Czy tak wygląda synonim trwałości?
Prezentowane zdjęcia pochodzą z Płocka (elementy granitowe) i z Buska-Zdroju (mur piaskowca). Ale podobne miejsca można spotkać w każdym mieście, miasteczku i mieścinie.... Wszędzie tam, gdzie są kamienne schody lub kamienne nakrywy. I znów pytam: dlaczego tak?
