Reklama


Artykuły

Targowe zamieszanie co? gdzie? kiedy?

Autor: Paweł Szambelan   |   Data publikacji: niedziela, 30 marca 2014 20:10

Nieustannie spotykam się z pytaniami, które pozwalają sądzić, że informacje o tegorocznych targach kamieniarskich w Polsce są zagmatwane i niejednoznaczne. Pozwolę sobie zatem na usystematyzowanie. Targów KAMIEŃ-STONE już nie będzie. Umowa współpracy pomiędzy Geoservice-Christi i Międzynarodowymi Targami Poznańskimi w tym zakresie została wypowiedziana przez MTP jesienią 2013 roku.

Już za kilka dni rozpoczyna się Jarmark Kamieniarski – rodzinna impreza handlowo-wystawiennicza w ostatni marcowy weekend we Wrocławiu (str. 8-11). To nowa oferta dla branży na początek sezonu – nowa formuła jest odpowiedzią na malejące zainteresowanie targami w starych ramach. Taki termin został wybrany z powodu luki w kalendarzu targowym – kielecki Interkamień przestał istnieć – oraz braku tego typu spotkania umożliwiającego rozeznanie na polskim rynku na początku nowego sezonu. Jarmark jest więc przede wszystkim okazją do uzupełnienia zaopatrzenia na początku sezonu, a jego formuła i planowane atrakcje zapewnią rozrywkę nie tylko kamieniarzowi, ale również całej jego rodzinie.

Jesienią Dolny Śląsk zaprasza na targi KAMIEŃ (str. 3). Znana impreza w nowym wydaniu wraca do Wrocławia. Organizatorzy pracują nad nową, atrakcyjną formułą tych targów – o czym będziemy informować na łamach Kuriera. Targi odbędą się w dniach 5-8 listopada 2014 r. Na pewno będzie to impreza, która będzie promować kamień naturalny i umożliwiać spotkanie całej branży. Oczywiste jest też, że powrót imprezy z tradycjami będzie wymagał nowego spojrzenia na targi – targi, które znamy z ostatnich lat nie są już atrakcyjne ani dla wystawców ani dla zwiedzających i było to wielokrotnie krytykowane w komentarzach do jesiennych spotkań w minionych latach. Nie wiadomo jeszcze czy targi powrócą do dawnej nazwy w pełnym brzmieniu – Międzynarodowe Targi Kamienia i Maszyn Kamieniarskich – i co będzie motywem przewodnim najbliższej edycji, ale jedno jest pewne: będzie to impreza z klimatem, który wszyscy z rozrzewnieniem wspominali od czasu ostatniej edycji targów KAMIEŃ w 2008 roku.

Trzy tygodnie później MTP samodzielnie organizują Targi Branży Kamieniarskiej STONE, które terminem są połączone z Sakraliami i targami funeralnymi (Targi Wyposażenia Kościołów, Przedmiotów Liturgicznych i Dewocjonaliów SAKRALIA oraz Targi Funeralne MEMENTO).

I na koniec jeden fakt. Organizacja Jarmarku Kamieniarskiego nie jest skutkiem zakończenia współpracy pomiędzy Jarmark jest więc przede wszystkim okazją do uzupełnienia zaopatrzenia na początku sezonu, a jego formuła i planowane atrakcje zapewnią rozrywkę nie tylko kamieniarzowi, ale również całej jego rodzinie. Na pewno będzie to impreza, która będzie promować kamień naturalny i umożliwiać spotkanie całej branży. Oczywiste jest też, że powrót imprezy z tradycjami będzie wymagał nowego spojrzenia na targi – targi, które znamy z ostatnich lat nie są już atrakcyjne ani dla wystawców ani dla zwiedzających i było to wielokrotnie krytykowane w komentarzach do jesiennych spotkań w minionych latach. Nie wiadomo jeszcze czy targi powrócą do dawnej nazwy w pełnym brzmieniu – Międzynarodowe Targi Kamienia i Maszyn Kamieniarskich – i co będzie motywem przewodnim najbliższej edycji, ale jedno jest pewne: będzie to impreza z klimatem, który wszyscy z rozrzewnieniem wspominali od czasu ostatniej edycji targów KAMIEŃ w 2008 roku. Geoservice-Christi a MTP. Pierwsza zapowiedź Jarmarku pojawiła się w prasie we wrześniu 2013 roku, czyli kilka miesięcy przed wypowiedzeniem umowy przed MTP. Wynikiem zakończenia współpracy jest natomiast powrót targów KAMIEŃ do Wrocławia i wkrótce można się spodziewać kolejnych szczegółów na ich temat.

przeczytaj cały artykuł

Kwiatki z SST

Autor: Michał Firlej   |   Data publikacji: niedziela, 30 marca 2014 19:58

Każdy kamieniarz, który miał do czynienia ze zleceniami oficjalnymi, natrafił na różnego rodzaju dokumentacje techniczne. Najczęściej kryją się one pod skrótem SST – Szczegółowa Specyfikacja Techniczna. Z założenia powinny one przekazywać ścisłe informacje związane z wykonaniem i dostawą potrzebnych materiałów. Niestety, okazuje się, że czytając kolejne strony coraz trudniej zgadnąć co właściwie powinno zostać zabudowane.

Okazuje się często, iż problem z interpretacją specyfikacji mają nie tylko dostawcy i montujący wyroby, a również osoby odpowiedzialne za sprawdzenie zgodności wykonania zadania budowlanego z projektem. Zrozumienie SST staje się więc kluczowe dla dostarczenia odpowiedniego dla konkretnego zadania wyrobu. Jakie zapisy w dokumentacji powinniśmy otrzymać, a jakie otrzymujemy?

W pierwszej kolejności powinniśmy dostać informację związaną z klasyfikacją wyrobu, czyli przyporządkowaniem go do odpowiedniej normy. Odwiecznym problemem dla kamieniarzy są zapisy powołujące się na normy archiwalne. Okazuje się jednak, iż projektantowi wolno odnosić się do tych przepisów. Jednak należy mieć świadomość, że stwarza to wiele dodatkowych kłopotów. Choćby wynikających z konieczności zlecenia dodatkowych badań surowca i w rezultacie poniesienia dodatkowych kosztów.

Tylko w ostatnim czasie spotkałem się, że w trzech kolejnych SST dotyczących kostki brukowej powoływano się na trzy różne normy: PN-B-11100:1960P (norma wycofana w 2005 roku), PN-EN 1342:2003P (norma wycofana w 2013 roku) i PN-EN 1342:2013-05E (norma aktualna). Każda z tych norm wskazuje na nieco odmienne metody badania kamienia, czyli chcąc bardzo restrykcyjnie przestrzegać zapisów w SST dla jednego produktu potrzebowalibyśmy wyniki badań przeprowadzone według trzech różnych metodologii badawczych.

Sytuacje wielokrotnie komplikuje także błędne klasyfikowanie wyrobów budowlanych. W pewnej specyfikacji natrafiłem na ściek przykrawężnikowy, który miałby by być zgodny z normą PN-B-11205:1996 „Materiały kamienne. Elementy kamienne – stopnie monolityczne i okładzina stopni.” Jakim sposobem wykonać wyrób brukarski zgodnie z normą „schodową” ?

Rys. 1. Czy wskazany element ulicy może zostać uznany za stopień blokowy?

Kolejną sprawą jest informacja związana z doborem surowca. Niestety, rzadko spotyka się Szczegółowe Specyfikacje Techniczne z opisami barwy, wyglądu, uziarnienia, tekstury, czy struktury skały. A przecież dla każdego kamieniarza będą jasne i czytelne, a przede wszystkim pomocne, określenia typu „granit szary, drobnoziarnisty” albo „piaskowiec czerwony gruboziarnisty”. W wielu sytuacjach te kilka słów pozwoliłyby uniknąć mnóstwa kłopotów i nieporozumień. Co więcej: ostatnio analizowałem kilka SST, w których był zapis: „Surowcem do wyrobu kostki kamiennej są skały magmowe, osadowe i przeobrażone”. Czyli, generalnie, można użyć każdego kamienia i zawsze będzie on zgodny z tą SST.

Bardzo często również widzimy takie oto tabelki: .

Są to tabelki wprost przepisane z norm wycofanych. Oczywiście autor SST ma prawo żądać w zasadzie wszystkiego, a wykonawca może lub nie musi się na to zgodzić. Dlaczego jednak sugerować wykonanie badania wytrzymałości na ściskanie wg wycofanej metody opisanej w PN- 63/B-04110, a nie według aktualnej EN 1926? Czy to jest absolutnie konieczne, aby producent wykonywał dodatkowe badania?

 

Kolejnym, wielokrotnie napotykanym problemem jest brak jednoznacznego określenia wielkości wyrobu, rodzaju obróbki oraz jakości pod względem jego geometrii. Najwyraźniej to widać w przypadku kostki. Nierzadko projektanci mieszają pojęcia: kostka regularna i rzędowa – traktują jako synonimy. Powołując się na normę PN-B-11100 projektant powinien znać różnice pomiędzy tymi dwoma rodzajami kostek i wiedzieć, iż kostki występują w określonych rozmiarach: 12, 14, 16 i 18 cm. istnieje taka hybryda, jak kostka rzędowa gr. 10 cm, albo, ostatnio przeze mnie spotkana, kostka rzędowa 16/18.

Wymiar kostki można przecież podać w postaci 240 x 120 x 120 mm, określić, że będzie układana rzędowo lub w łuki, wskazać sposób wykończenia powierzchni i narzucić wymagania dotyczące dokładności wykonania. Na pewno będzie to bardziej jednoznaczne, a opis nie będzie zajmował więcej niż trzy zdania.

Zasygnalizowane wyżej problemy komplikują życie wielu kamieniarzom. Niejasno sformułowane wskazania i niedokładne opisy powodują niemożliwość jakiejkolwiek interpretacji. W zasadzie po samej lekturze większości SST nikt nie jest w stanie zrozumieć o jaki produkt chodzi. Dlatego w tym miejscu apeluję do projektantów: przyłóżcie się bardziej do przygotowywania dokumentacji i nie powielajcie bezrefleksyjnie zdezaktualizowanych, choć nadal istniejących, specyfikacji.

 

#michalfirlej

przeczytaj cały artykuł

Porady i konsultacje – normy i atesty

Autor: Michał Firlej   |   Data publikacji: niedziela, 30 marca 2014 19:49

6 października 2012 roku CEN – europejski odpowiednik Polskiego Komitetu Normalizacyjnego – zaakceptował nowe edycje norm związanych z brukarskimi wyrobami budowlanymi z kamienia naturalnego

 

W poprzednim numerze zamieściliśmy odpowiedzi na pytania, które padały najczęściej w punkcie bezpłatnych porad w trakcie jesiennych targów kamieniarskich na stoisku Kuriera. W związku z dużym zainteresowaniem kontynuujemy ten cykl.

 

1. Czy to prawda, że normy są obowiązkowe?.

Stosowanie norm nie jest obowiązkiem, ale są sytuacje, w których koniecznym jest powołanie się na nie. Z taką sytuacją zetkniemy się, gdy mamy do czynienia z wyrobami budowlanymi. W trakcie wprowadzania na rynek wyrobów budowlanych istnieje obowiązek odpowiedniego oznakowania wyrobów. Oznakowanie wyrobów musi być zgodne z normami, co de facto sprawia, że stosowanie części norm staje się obowiązkiem.

2. Odbiorca poprosił mnie o atest na antypoślizgowość kamienia. Co to takiego?

Obecnie przy produkcji elementów budowlanych z kamienia naturalnego sprawdza się właściwości cierne materiału za pomocą urządzenia wahadłowego do badania tarcia. Normy związane z produkcją elementów przeznaczonych dla ruchu pieszego wskazują, iż badania należy wykonać wedle zaleceń opisanych w EN 14231.

Normy nie wskazują wysokości parametrów, jedynie podają konieczność przeprowadzenia badań. Nie przewiduje się jednocześnie sporządzania dodatkowego atestu, certyfikatu itp.

Zalecane wartości odporności na poślizg określone przez brytyjską grupę ds. antypoślizgowości dla pieszych niepełnosprawnych wyglądają następująco:

Wartość testu wahadła
SRV  Możliwość poślizgnięcia
66+     bardzo niska
36-65  niska
26-35  średnia
0-25    wysoka

Przy badaniu nawierzchni kamiennych uznaje się, że odpowiadają one bezpiecznym powierzchniom użytkowym (o nachyleniu do 6%), jeśli wartość testu wahadła SRV dla nawierzchni mokrej jest nie mniejsza niż 36 (por. norma EN 1341 4.6.1.). Powierzchnie o nierówności powierzchni większej niż 1,0 mm uznaje się za bezpieczne i nie ma potrzeby deklarowania wartości SRV

3. Po co właściwie robić analizę petrograficzną, skoro jej wyniki nie mają znaczenia dla zastosowania wyrobu?

Analiza petrograficzna to badanie składu skał oraz określenie ich właściwości fizycznych i chemicznych. Polega na określeniu składu mineralnego, tekstury i struktury, a także innych cech takich jak: barwa, obecność żyłek, skamieniałości, nieciągłości struktury itp. Badanie to jest istotne nie tylko ze względu na potrzebę klasyfikacji petrograficznej. Dzięki niemu można poznać właściwości mające bezpośredni wpływ na zachowanie się kamienia w różnych warunkach właśnie dzięki poznaniu jego cech fizykomechanicznych i chemicznych. Analiza może okazać się bardzo przydatna przy doborze materiału w przypadku odnawiania zabytków. Badanie składa się z 2 etapów: badania makroskopowego i mikroskopowego.

4. Dostarczyłem klientowi parapety. Żąda on teraz obniżenia ceny, bo uznał, że kolor jest niezgodny z zamówionym. Jak się przed tym ustrzec?

Kamień powstaje w trakcie naturalnych procesów, więc na jego barwę kamieniarz nie ma wpływu. Natomiast ma wpływ na prezentację surowca klientowi w trakcie zamawiania oraz ma wpływ na odpowiednią selekcję materiału w trakcie produkcji. Teoretycznie wykonawca winien zaprezentować klientowi tzw. próbki odniesienia, czyli próbki najbardziej reprezentatywne dla danego materiału z uwzględnieniem najczęstszych elementów wpływających na niejednorodność surowca. Po akceptacji obie strony podpisują próbki odniesienia, które stają się wzorcami w ewentualnych późniejszych sporach.

To jest oczywiście teoria. Trudno sobie wyobrazić analizę próbek odniesienia z każdym indywidualnym klientem, bo zwyczajnie byłoby to nieprawdopodobnie czasochłonne. Całe jednak rozważanie prowadzi do wniosku o potrzebie doinformowania klienta. Zwykło się przedstawiać poglądowe wzorniki kamieni z bardzo jednolitymi, „ładnymi” kawałkami kamieni. Oczywiście jest to jak najbardziej logiczne z punktu widzenia skuteczności pozyskania zamówienia. Jednak w sytuacjach konfliktowych może się to okazać zgubne.

Dla własnego spokoju przedstawiajmy zatem klientom próbki ze skazami takimi, jakie mogą wystąpić na dostarczonym elemencie kamiennym.


Michał Firlej, autor tekstu, jest doradcą w zakresie oznakowania CE wyrobów z kamienia naturalnego oraz biegłym sądowy z zakresu kamieniarstwa.
Jest również współwłaścicielem firmy Stone Consulting zajmującej się m.in. doradztwem dla firm kamieniarskich, kamieniołomów i kopalń oraz dla architektów i firm budowlanych w szerokim zakresie pracy z kamieniem naturalnym.

Kontakt do autora:
e-mail: firlej@stoneconsulting.pl
tel. 695 164 288
www.stoneconsulting.pl

 

 

#michalfirlej

przeczytaj cały artykuł

Podróż za jeden uśmiech- cz.2

Autor: Jakub Matuszewski   |   Data publikacji: niedziela, 30 marca 2014 19:41

Jestem w drodze od dziewięciu dni. Cztery spędziłem w Barcelonie, ostatnią przegadałem na stacji pod Barceloną z trójką autostopowiczów z Niemiec. Pora ruszać dalej – wszak głównym celem mojej autostopowej wyprawy jest Gibraltar. Przede mną przejazd wschodnim i południowym wybrzeżem Hiszpanii, a po drodze m. in. Walencja i Cartagena. Wszystko wskazuje na to, że dalszą podróż będę kontynuował samotnie.

Ostatniej nocy mało spałem, więc dzień zacząłem od napoju energetycznego. Nadine z koleżanką dość szybko wsiadły do jednej z ciężarówek i ruszyły w swoją stronę. Na stacji zostało nas czworo – Sergiej, ja, Mateusz i Dagmara – para z Polski, która noc spędziła też na tej stacji. Ruchu nie było niemal wcale. Po jakiś trzech godzinach zabrały nas trzy lawety z polskimi numerami rejestracyjnymi na kolejną stację pod Tarragoną – 100 km w kierunku Walencji. Stacja nie robiła dobrego wrażenia. Była mniejsza niż nasz poprzedni przystanek. Jednak jeszcze zanim wysiadłem z auta, spostrzegłem stojącą na parkingu ciężarówkę na polskich numerach. I miałem szczęście, bowiem pan Stanisław, kierowca, 20 minut później ruszał w kierunku Walencji i zgodził się mnie zabrać! Pożegnałem się z Dagmarą i Mateuszem i wsiadłem do kabiny.

Podczas dłuższych podróży z jednym kierowcą jest parę niebezpiecznych tematów, których lepiej nie poruszać, a zwłaszcza nie zajmować skrajnie odmiennego od kierowcy stanowiska. Oczywiście nie jest to normą, ale jeśli intuicja podpowiada milczenie i przytakiwanie, to lepiej jej posłuchać. Ze Stanisławem nasze poglądy polityczne nieco się różniły, ale dość szybko jednak odkryłem, że mamy bardzo zbliżone gusta muzyczne, więc skierowałem rozmowę w tę stronę. Kiedy kończyliśmy rozmowę, byliśmy już o krok od Walencji.

Zgłodniałem. Przed zdobyciem Walencji postanowiłem przyrządzić sobie jakże „pełną wartości odżywczych” zupkę chińską, podstawowy prowiant autostopowiczów. Mój sprzęt – kuchenka turystyczna i butla z gazem – wzbudził zainteresowanie kilku zgromadzonych na stacji osób, w tym dwójki młodych ludzi, którzy zaproponowali mi podwózkę do… Madrytu. Po chwili wahania odmówiłem, chcąc wcześniej zwiedzić to, co pierwotnie zaplanowałem, czyli zachwalaną przez innych podróżników Walencję. Po posiłku stanąłem na końcu stacji z kciukiem wyciągniętym w górę, bo nie mogłem znaleźć kartonu do napisania nazwy miejscowości – teoretycznie lepszego sposobu łapania stopa, jeśli jedzie się w konkretne miejsce. Po kilkunastu minutach zatrzymał się samochód, a kierowca powiedział, że mogę się z nim zabrać do… tak, Madrytu. Gdy odmówiłem, a kierowca zniknął mi z oczu, zacząłem żałować. Palące słońce i mała ilość samochodów nie zwiastowała przyjemnych chwil spędzonych na stacji. Szczęście jednak mnie nie opuściło. Po kilkunastunastu minutach zatrzymał się koło mnie bus.

Jego kierowcą był Manuel z Ameryki Południowej, który jechał do samego centrum Walencji. Podczas dość krótkiej jazdy, okazało się, że Manuel jest kibicem Levante. Drużyny z Walencji, którą moja Barcelona ograła parę dni wcześniej 7:0. Gdy pokazałem mu bilet na mecz, zaczął się serdecznie śmiać. Niedługo później, w samym środku dnia, wylądowałem w turystycznym centrum trzeciego co do liczby mieszkańców miasta Hiszpanii.

Opcje na nocleg miałem dwie. Pierwszą z nich, tą łatwiejszą, było zameldowanie się w jednym z hosteli w centrum miasta. Drugą było udanie się na zaplanowane akurat tego dnia, cotygodniowe spotkania couchsurferów.

Couchsurfing to ogólnoświatowy program, w którym zwykli ludzie oferują za darmo miejsce noclegowe w swoim mieszkaniu podróżnikom. Czasami jest to miejsce na podłodze na rozłożenie karimaty, a czasami całe mieszkanie do dyspozycji. Ideą couchsurfingu jest wymiana kultur, poznawanie się i nauka od siebie nawzajem. Wspólne zwiedzanie miasta, gotowanie czy imprezowanie to codzienność dla jego uczestników. Jest to świetny sposób na nocleg dla osób, które nie tyle chcą zaoszczędzić na noclegu, co chcą poznać nowe, wspaniałe, otwarte na świat osoby. Couchsurferzy z niemal każdego miasta organizują cotygodniowe spotkania zarówno dla mieszkańców danej miejscowości, jak i dla podróżników akurat tam przebywających.

Niestety, spotkania couchsurferów nie udało mi się znaleźć, więc zameldowałem się na trzy noce w hostelu. Takie tanie hostele też mają swój urok. I zazwyczaj są one pełne młodych ludzi. We wspólnym pokoju, do którego trafiłem, była prawdziwa mieszanka towarzyska: grupka przyjaciół z Niemiec, para z Francji, a także osoby z Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, Kanady i innych państw z całego świata. Oczywiście spotkałem też Polaka. W takim towarzystwie, przy kuflu piwa czy szklance wina, spędzałem każdy wieczór.

Samo miasto niezwykle mnie urzekło. Jadąc do Walencji nie spodziewałem się, że wywrze na mnie tak pozytywne wrażenie. Po multikulturowej Barcelonie, w Walencji mogłem spokojnie powiedzieć, że wreszcie poczułem hiszpański klimat. Wąskie uliczki z mnóstwem barów, w których przeważały te z bardzo popularnymi w Hiszpanii tapas. Najprościej rzecz ujmując, tapas, to typowe przekąski, popijane piwem czy winem. Nieraz są to po prostu oliwki czy kanapeczka z szynką, a czasami tapas przybierają zaskakujące połączenia różnych potraw i przekąsek. Gdy zapytałem jednego z Hiszpanów, czym właściwie są tapas, odpowiedział, że mogą być wszystkim, tylko w zminiaturyzowanej formie. Potwierdził także, że polskim tapas mógłby być np. mały kotlet schabowy.

Najsławniejszym bodaj zabytkiem Walencji jest Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wzniesiona w miejscu meczetu. Jest ona uznana za symbol miasta, a swoją sławę zawdzięcza głównie temu, że znajduje się w niej kaplica Świętego Kielicha – według wierzeń właśnie tam znajduje się Święty Grall. W pobliżu katedry znajduje się dzielnica El Carmen, będąca swoistym połączeniem przeszłości z teraźniejszością. Jest to miejsce pełne ciasnych uliczek i starych budowli, które w weekendy staje się imprezowym centrum miasta. Innym popularnym miejscem, jest tzw. „dzielnica przyszłości”, czyli Miasteczko Sztuki i Nauki. To niezwykle ciekawe miejsce, w którym znajduje się między innymi planetarium, muzeum nauki czy największe w Europie oceanarium.

Po paru wspaniałych dniach przyszedł czas, aby ruszyć dalej na południe w kierunku Cartageny. W południe udałem się więc na stacją benzynową na obrzeżach miasta i próbowałem zatrzymać samochód jadący w stronę Alicante, jednego z większych miast na mojej drodze do Kartageny. Po około dwóch godzinach bezskutecznego stania, zatrzymał się koło mnie pochodzący z Senegalu Abdoulaye, który zgodził się zabrać mnie ze sobą. W trakcie jazdy dowiedziałem się, że jego bliski przyjacielem jest Baba, piłkarz pierwsze drużyny Levante. W trakcie jazdy kolejny raz przekonałem się o fantastycznej bezinteresowności osób, które zabierają autostopowiczów. Tym razem Abdoulaye zafundował mi na jednej z przydrożnych stacji przekąskę. Co więcej, okazało się, że Senegalczyk nie jechał tylko do Alicante, ale do Puerto de Mazarron, które od Kartageny oddalone jest tylko o 30 kilometrów!

Kilkugodzinna jazda z przesympatycznym Senegalczykiem upłynęła szybko, a ja udałem się na drogę wyjazdową z Puerto de Mazarron. Niestety, tutaj pierwszy raz zawiodłem się na swojej mapie. Pokazała ona, że aby z tej miejscowości pojechać w kierunku wschodnim (czyli do Kartageny), należy ustawić się na zachodnim jej końcu. Stałem już długo, gdy minęło mnie uprawiające jogging małżeństwo. Gdy wracali po 1,5-godzinnym treninugu, a ja nadal stałem w gęstniejących ciemnościach, zabrali mnie ze sobą, wsadzili w samochód i zawieźli na stację benzynową na wschodnim końcu miasta. Była noc, zacząłem szukać miejsca do spania i wtedy spotkałem jednego z najwspanialszych ludzi na trasie – ochroniarza ze stacji benzynowej.

Antonio pilnował stacji i okolicy w godzinach jej zamknięcia, czyli od 22:00 do 6:00. Mimo, że nie mówił po angielsku, udało nam się porozumieć. Słysząc skąd i jak przybyłem, ochroniarz uznał, że mogę tu się położyć na odpoczynek, a on będzie co jakiś czas sprawdzał, czy u mnie wszystko w porządku.

Następnego dnia dojechałem do Kartageny. Kiedy wjechałem do centrum miasta dwa razy pytałem moją dobrodziejkę, która mnie podwoziła, czy aby na pewno jesteśmy w centrum. Kompletnie nie tak sobie wyobrażałem Kartagenę. Była aż nazbyt szara i nijaka. Szukając biura informacji tur ystycznej spotkałem Mohamada z Jordanii, który do Kartageny dotarł statkiem parę dni wcześniej. Powiedział mi to, czego się obawiałem: nie ma tu nic specjalnie ciekawego i nie warto na dłużej zostawać.

Uzbrojony w mapę z biura turystycznego szybko obejrzałem kilka najważniejszych obiektów w mieście i po trzech godzinach postanowiłem opuścić miasto. W tym celu skorzystałem z Hitchwiki – internetowaj encyklopedii autostopowicza, w której są zawarte wskazówki jak wydostać się z danego miasta w konkretnym kierunku, gdzie są dobre miejsca do łapania stopa, a także ogólne informacje na temat podróżowania po kraju. Hitchwiki jest uaktualniania przez autostopowiczów z całego świata, toteż informacje tam zawarte są z reguły aktualne. Niestety, Hitchwiki była bezradna wobec mojej lokalizacji. Wróciłem więc na drogę, którą tu przyjechałem, i szedłem z uniesionym kciukiem będąc obrócony plecami do nadjeżdżajacych samochodów. Zdziwiłem się, kiedy po 20 minutach jeden z nich zatrzymał się przede mną. Jechał nim Carlos, który wziął mnie ze sobą i wysadził na stacji, na której – nomen omen – spędziłem poprzednią noc.

Znajdowałem się dokładnie na południowym wschodzie Hiszpanii i aby dotrzeć na Gibraltar, musiałem przemierzyć jeszcze 500 km południowego wybrzeża. Tego dnia chciałem dotrzeć do Almerii oddalonej o niecałe 200 km na zachód, w kierunku Gibraltaru.

c.d.n.

przeczytaj cały artykuł

Podróż za jeden uśmiech

Autor: Jakub Matuszewski   |   Data publikacji: środa, 08 stycznia 2014 23:41

Pierwszą w życiu podróż „za jeden uśmiech” odbyłem ledwie parę miesięcy wcześniej. Był to zorganizowany z okazji długiego majowego weekendu wyścig autostopowy z Wrocławia do Dubrownika. To była jedna z tych rzeczy, po zrobieniu której wiedziałem już, że będę to powtarzał przy każdej nadarzającej się okazji. I już w drodze powrotnej zacząłem planować kolejną wyprawę. Od razu wybrałem punkt docelowy – Gibraltar – bo chyba dalej w Europie dojechać się nie da. A po drodze jest przecież Barcelona, Madryt, Sewilla... Jednak najbardziej chciałem przeżyć przygodę życia. Po prostu.

Samotny wyjazd na taką wyprawę nie jest dobrym pomysłem – we dwójkę raźniej, bezpieczniej i weselej. Doświadczenie podpowiadało też, że parze mieszanej łatwiej „złapać stopa”. Niestety, żadna ze znajomych mi osób nie zdecydowała się na taką wyprawę, dlatego towarzyszki szukałem na facebookowej grupie „Autostopowicze czyli MY”. Ostatecznie wyruszyłem z Patrycją, której, z racji dzielącej nas odległości, nie mogłem poznać przed startem. To okazało się nienajlepszym rozwiązaniem, ale o tym nieco później.

Podróż swojego życia zacząłem 14 sierpnia we Wrocławiu. Kiedy razem z Patrycją zameldowaliśmy się na stacji benzynowej na autostradzie na Bielanach była już około godziny 15:00. Późno, jednak nas to nie zrażało i wytrwale próbowaliśmy złapać naszego premierowego stopa. Udało się i tak, krok po kroku, dotarliśmy wieczorem do stacji benzynowej niedaleko Lipska. Właśnie, z ciężkim sercem, zrezygnowaliśmy z jazdy do Holandii – to nie był nasz kierunek – i siedząc na ławce zastanawialiśmy się co dalej. Szczęście nam dopisało. Akurat niedaleko nas zatrzymał się Polak wysadzający innych autostopowiczów i zgodził się zabrać nas w kierunku Hiszpanii.

Po zachodniej Europie autostopem podróżuje się niemal wyłącznie po autostradach. Jest to oczywiście wygodne, bo podróżuje się szybko i łatwo można znaleźć kolejną „okazję”, ale ma jedną zasadniczą niedogodność: na autostradach nie wolno „łapać stopa”. Jeśli na poboczu autostopowicza zabierze policja, może nałożyć karę w wysokości nawet paruset euro. Dlatego trzeba jeździć od stacji do stacji. Podczas jazdy z naszym następnym kierowcą nauczyliśmy się, żeby zawsze sprawdzać na mapie gdzie są kolejne stacje nawet, gdy kierujący jest tego pewien. W tym przypadku, mimo zapewnień kierowcy, stacji nie było. Szczęśliwie kierujący nie zostawił nas w środku nocy na pustkowiu i odwiózł na najbliższy parking. Niestety, na tym parkingu nie było gdzie rozbić namiotu, więc zimną noc spędziliśmy na ławce owinięci we wszystko, co się do tego nadawało. Nad ranem dość szybko zlitowało się nad nami niemieckie małżeństwo, które nie dość, że zabrało nas 100 km dalej, to pozwoliło się wygrzać i przespać.

Kolejny przystanek i kolejny moment zwątpienia – więcej niemieckich pograniczników, niż samochodów osobowych. I tym razem uratowali nas Niemcy. I to jak! Z przemiłym małżeństwem przejechaliśmy ponad 500 km, od Karlsruhe, aż po Chambery we Francji. Mimo zmęczenia ciężko było odkleić nos od okna, kiedy mijaliśmy tak wspaniałe widoki. Panorama szwajcarskich Alp to zdecydowanie najpiękniejsza rzecz, którą widziałem po drodze do Hiszpanii.

Na kolejnej stacji zaczęliśmy się przekonywać, że Francuzi, wbrew obiegowej opinii, naprawdę dobrze radzą sobie z językiem angielskim. Mimo powoli zachodzącego słońca i niewielkiego ruchu z uroczej stacji z cudownym widokiem na francuskie góry przejechaliśmy jeszcze 100 km – pod sam Lyon, opodal autostrady prowadzącej do Barcelony. Remy, nasz ciekawy świata kierowca, dowiedział się m.in. że typowym polskim jedzeniem jest bigos i schabowy, a trunkiem… wódka. Nasze obawy, czy czasem czegoś nie pomyliliśmy, rozwiały się już następnego dnia. Po luksusowym wręcz noclegu (namiot w krzakach przy stacji) w dalszą drogę pojechaliśmy z dwiema siostrami z Francji. W trakcie podróży dowiedzieliśmy się, że jedna z nich była w Polsce i doskonale pamięta smak Żubrówki.

Wielka stacja z dużym parkingiem i restauracją oraz dziesiątki samochodów – tym krótkim zdaniem mógłbym opisać idealne miejsce do łapania „okazji” na autostradzie. I taki był właśnie nasz następny przystanek pod Nimes. Niestety, utknęliśmy na kilka godzin. Dobrze że choć wygrzaliśmy się w słońcu. Kiedy wreszcie znalazłem polskie busy jadące za 10 godzin prosto do Barcelony, zadzwoniła Patrycja z drugiego końca parkingu. Jedziemy! Wprawdzie nie do miasta Gaudiego, ale już pod samą hiszpańską granicę. Do dziś zastanawiam się, czy nie popełniłem błędu odpuszczając prośbę o autograf – córka kierowcy była początkującą śpiewaczką jazzową. Podpisu może i nie mam, ale mamy wspólne zdjęcie, więc może kiedyś rozpoznam ją gdzieś na scenie ;).

Wylądowaliśmy pod Perpignan. Nasze telefony już od wielu godzin dopominały się o ładowanie. Z radością więc skoczyliśmy do znajdujących się na stacji gniazdek. W jeszcze lepsze nastroje wprowadziło nas darmowe wi-fi i pierwszy od początku wyjazdu kontakt z cyfrowym światem. By nie marnować czasu zostawiłem Patrycję przy telefonach i poszedłem na spacer po ogromnym parkingu. Na samiuteńkim końcu placu zobaczyłem trzy ciężarówki na polskich numerach. Bardzo mnie to ucieszyło, bowiem znałem już zasadę, że wśród Europejczyków Polacy za kółkiem są chyba najbardziej przyjaźni autostopowiczom, zwłaszcza dla rodaków. Po krótkiej rozmowie z kierowcami okazało się, że jeden z nich jedzie do Barcelony o czwartej rano i może nas zabrać. Będziemy w Katalonii rano!

To był jeden z tych wieczorów, dla których się podróżuje autostopem – prysznic w „toi-toiu” (poważnie, są takie!), śląska kiełbasa od kierowców, wymiana historii z życia i nocleg w kabinie tir-a. Rano, po paru godzinach jazdy byliśmy już na stacji pod Barceloną. Stąd holenderskie małżeństwo zabrało nas prosto do centrum stolicy Katalonii. Po prysznicu i krótkim odpoczynku, zaczęliśmy zwiedzać Barcelonę.

Od wielu lat jestem kibicem klubu piłkarskiego FC Barcelona, nie mogłem więc przepuścić okazji zobaczenia na żywo moich piłkarskich idoli. Tego dnia, na stadionie Camp Nou, odbywał się mecz inauguracyjny sezonu – popularna Duma Katalonii grała z Levante. W podróży autostopem fundusze to ważna rzecz, ale nie żałuję pieniędzy wydanych na bilet, bo moja drużyna wygrała 7:0.

Jeszcze pierwszego dnia w Barcelonie przypomnieliśmy sobie, że na autostopowej grupie facebookowej jeden z użytkowników, napisał, że jest w stolicy Katalonii. Skontaktowałem się z nim i wkrótce dołączył do nas. Mateusz – tak miał na imię – przebywał w mieście Gaudiego już od paru tygodni i dzięki niemu znaleźliśmy bezpłatne miejsce do spania na kilka dni. To było interesujące przeżycie: nocleg „ na dziko” w towarzystwie przyjaznych „współlokatorów” z różnych zakątków świata w parku przy porcie, długie wieczorne rozmowy i specyficzne poczucie bezpieczeństwa nieświadomie ofiarowane przez przejeżdżające co chwile patrole policji.

Barcelona to wspaniałe miejsce. Podczas tych kilku dni udało się zobaczyć ekipę trenera Gerardo Martino w akcji, wypić sangrię na plaży, wykąpać w Morzu Śródziemnym, zobaczyć wiecznie niedokończony kościół Sagrada Famila wieczorową porą i, mimo gorączki na dworze, wdrapać na Tibidabo – górę z niesamowitym widokiem na niemal całe miasto, na której piękny kościół Najświętszego Serca sąsiaduje z... wesołym miasteczkiem! Dla mnie był to już czwarty raz w sercu Katalonii i wiem, że będę tam wracał kiedy tylko będę miał możliwość.

Po pięciu nocach w Barcelonie trzeba było ruszyć dalej. Było nas czworo – dołączyła do nas Ania, która pracowała w Barcelonie i chciała wykorzystać kilka dni wolnego na dołączenie do naszej wyprawy. Niestety mieliśmy różne wizje dalszej jazdy. Ja chciałem zgodnie z planem jechać w stronę Walencji, reszta wolała odwiedzić jakieś małe nadmorskie miasteczko. Dalej ruszyłem sam.

Byłem na stacji benzynowej na wylocie z Barcelony. Postanowiłem podładować telefon i skorzystać z dostępu do internetu, by uzupełnić zaniedbywany od kilku dni dziennik podróży. Później postanowiłem zostać tu na noc. Duża stacja to doskonałe miejsce na nocleg – jest gdzie rozłożyć namiot (lub choćby śpiwór) i jest bezpiecznie. A że w tej chwili bardzo mi się nie spieszyło, nie chciałem zamieniać tych luksusów na nieznaną przyszłość. Nie żałowałem tej decyzji ponieważ wieczorem poznałem trójkę Niemców: Nadine jadącą z koleżanką do Murcii do rodziny oraz Sergeja, który jechał do swojej dziewczyny pracującej w małej miejscowości na południu Hiszpanii. I tak we czwórkę spędziliśmy całą noc rozmawiając o naszych podróżach, o narodach, o planach na przyszłość i o rzeczach dużo bardziej banalnych. Natomiast nad ranem przygoda rozpoczęła się na nowo!

c.d.n.

przeczytaj cały artykuł
Strona 220 z 241
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Sprzedam automat polerski
2026-08-18 10:16:19
Sprzedam tanio automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.