Przyjmijmy, że pierwszy krok jest za nami. Staliśmy się dumnymi posiadaczami samochodu
z napędem 4x4. Stoimy patrząc na nasze cudo i ... zastanawiamy się od czego zacząć. Ponieważ, nie
czarujmy się, większość z nas kupuje tzw. „używki” (czyli samochody używane), należy zacząć
od gruntownego przeglądu.
pełniać powinien dwa podstawowe wymogi. Po pierwsze mechanik musi mieć doświadczenie w naprawie samochodów terenowych, a po drugie rachunek za przegląd i ewentualną naprawę nie może świeżo upieczonego off- -roadowca przyprawić o zawał. Punkt pierwszy stosunkowo łatwo można zweryfikować. Jeśli nasz mechanik sam posiada samochód 4x4 (najlepiej nienajmłodszy), jeśli sam wyprawia się w teren, można założyć, że faktycznie zna się na swoim fachu. Punkt drugi nastręczać już może pewnych problemów, gdyż biorąc samochód „na warsztat”, nigdy tak do końca nie wiadomo, co znajdzie się w jego wnętrzu, zaś niegroźne z pozoru usterki często okazują się być początkiem remontu kapitalnego. Jeśli nasz portfel jest wystarczająco zasobny, warto oczywiście udać się do autoryzowanego serwisu. Jednak prawda jest taka, że skoro wybieramy używany, kilku- / kilkunastoletni samochód, to pewnie nie zależy nam na cenach jak z autoryzowanego serwisu. Należy zatem dokładnie rozeznać rynek mechaniki samochodowej. Do tego celu warto wykorzystać fora miłośników off road, np. www.forum.opole4x4.pl , a następnie wyszukać temat poświęcony polecanym warsztatom. Jeśli na takim forum przeczytamy informacje, że mechanik jest polecany przez użytkowników, sam jeździ autem terenowym, klienci po zapłaceniu rachunku nie zostali wyrzuceni z domu przez swoje żony/partnerki (tudzież mężów/ partnerów), oznacza to, że znaleźliśmy warsztat, jeśli nie idealny, to na pewno bliski ideałowi.
Zaznaczam, nie jest to zadanie łatwe i czasem trzeba zwiedzić kilka warsztatów, zanim znajdziemy ten, o którym będziemy mogli powiedzieć, że mamy do niego zaufanie. Jednak warto poświęcić trochę czasu oraz pieniędzy na znalezienie odpowiedniego „SPA” dla naszego nowego przyjaciela. Przecież kupujemy samochód, aby nim jeździć, nie zaś trzymać go miesiącami u mechanika, który będzie błądził po omacku lub starał się zedrzeć z nas ostatnią koszulę wymyślając coraz to nowe awarie.
Pragnę przy tym obalić pewien mit dotyczący kosztów naprawy oraz części samochodów terenowych. Kiedyś, dawno temu, wydawało mi się, jak zapewne większości, że części do tego rodzaju pojazdów są horrendalnie drogie, a naprawa przekracza możliwości finansowe osoby zarabiającej poniżej kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie. I faktycznie, kiedy po pierwszej w moim życiu stłuczce Jeepem, po której trzeba było wymienić tylną klapę, udałam się do salonu autoryzowanego tej marki, usłyszałam cenę, od której zmiękły mi kolana. Podziękowałam grzecznie za informację, po czym pobiegłam do zaprzyjaźnionego mechanika, który orzekł, że cena klapy będzie wynosiła 1/20 podanej przez serwis.
Tak więc stwierdzam z pełną odpowiedzialnością, że ceny części samochodów terenowych i „zwykłych” nie różnią się aż tak bardzo. Nawet jeśli są droższe, to nieznacznie. A wrażenia z jazdy są przecież nieporównywalne! Zatem przebrnęliśmy przez pierwszy etap – – posiadamy sprawny(!) samochód terenowy oraz wiadomości, gdzie należy się udać, kiedy coś zacznie szwankować. Kolejnym krokiem jest wyposażenie auta w odpowiednie opony. Mamy do wyboru szeroką gamę ogumienia. Najbardziej podstawowa klasyfikacja to: „Apeki”, czyli opony drogowe AP (All Position), przeznaczone do samochodów terenowych poruszających się głównie po drogach i czasami po łatwym terenie; „Ateki”, czyli opony AT (All Terrain), przeznaczone do jazdy w łagodnym terenie i po drogach. Drobniejsza rzeźba bieżnika sprawia, że są cichsze na asfalcie, ale np. łatwo się zaklejają. „Emteki”, czyli opony MT (Mud Terrain), przeznaczone do jazdy w trudnym terenie, błocie i kamieniach. Na drodze czesto zbyt głośne z uwagi na gruby bieżnik. Należą do tej kategorii również opony extremalne.
W kwestii opon granice cenowe zależne są od tego, czy kupujemy nowe, czy używane. Trzeba też pamiętać, że opona oponie nierówna i bywają całoroczne „ateki”, które doskonale poradzą sobie nawet w trudniejszym, błotnistym terenie oraz zimą, ale też „emteki”, na których „wkleimy” w pierwszym lepszym marcowym błotku. Jeśli samochód nie został „zrobiony”, czyli przystosowany do jazdy terenowej, przez poprzedniego właściciela, przychodzi w tym momecie czas na skompletowanie niezbędnego oprzyrządowania. Ale o tym już w następnym odcinku naszych spotkań z przygodą zwaną „off road”
Historia firmy KRZEMEX sięga końca lat sześćdziesiątych
XX wieku. Narzędzia diamentowe były w tym
czasie mało znane i był to trudny okres do prowadzenia
działalności gospodarczej w Polsce.
W takich warunkach Jan Gustyński, ojciec obecnych właścicieli firmy, opracował technologię produkcji tarcz ściernych na spoiwie bakelitowym i w 1969 roku rozpoczął produkcję pił do cięcia kamienia. Zastępowały one piły z nakładkami magnetyzowym i odznaczały się dużą wytrzymałością oraz dobrymi właściwościami ściernymi. Następnie wprowadził na rynek ściernice do szlifierek ręcznych typu Bosch czy Celma. Wtedy ściernice produkowane były wyłącznie na zamówienie rządowe, a rozprowadzaniem w kraju mogła zajmować się tylko państwowa centrala techniczna Centroszlif.
W 1991 roku synowie Jana, Wojciech i Grzegorz Gustyńscy, założyli firmę KRZEMEX, która była kontynuacją i rozszerzeniem dzieła ojca. KRZEMEX rozpoczął produkcję ściernic na spoiwie magnetyzowym i syntetycznym oraz „parapitów”. Obecnie oferta obejmuje szeroki wachlarz segmentów do wszystkich typów maszyn używanych w zakładach kamieniarskich. Największa część produkcji to jednak ściernice do automatów szlifierskich z głowicami wahliwymi typu Breton itp. Ofertę firmy rozszerzają ściernice na spoiwie mieszanym hiszpańskiej firmy Abressa, której KRZEMEX jest wyłącznym przedstawicielem w Polsce, a uzupełnieniem są narzędzia diamentowe oraz chemia do kamienia. Narzędzia diamentowe produkowane są w kooperacji z firmami japońskimi i koreańskimi, m.in.: piły, frezy, wagoniki diamentowe (tzw. rzepki), itd.
Oferowane wyroby wytwarzane są z surowców renomowanych dostawców. Jakość wyrobów przewyższa w wielu wypadkach produkty zagraniczne, a cena nadal pozostaje atrakcyjna w polskich realiach. KRZEMEX posiada też własną sieć dystrybucji zapewniającą dostawy bezpośrednio do klienta.
Rozwiązania stosowane w produkcji ściernic są unikatowe i chronione patentami. M.in. bezklejowy i, w najwyższym stopniu bezawaryjny, sposób połączenia ściernicy z uchwytem. Ściernice na spoiwie bakelitowym mogą pracować na sucho lub na mokro. Uniwersalność spoiwa, jak również niepowtarzalne parametry ścierne segmentów produkowanych w firmie KRZEMEX znalazły uznanie na rynku zarówno kamieniarskim jak i w budownictwie. Jakością i atrakcyjną ceną zapewniły producentowi ugruntowaną pozycję na rynku krajowym i zagranicznym.
Właściciele firmy podkreślają, że główną dewizą KRZEMEX-u jest jak najszybsze dostarczenie towaru o wysokiej jakości i w dobrej cenie
Off road, 4x4, samochód terenowy, wysokie zawieszenie. Jeszcze kilka lat temu były to dla mnie jedynie hasła,
które przewijały się przez moją głowę jako nieosiągalne marzenia. Bo przecież samochody terenowe to zabawki
dla starych chłopczyków. W sumie nie dla „zwykłych” ludzi. Dziś moje opinie nieco się zmieniły.
antazji. Są dla ludzi, którzy nie boją się wyzwania, wysiłku fizycznego i błota na ubraniu. A także na rękach, włosach, twarzy... Samochody terenowe są dla ludzi, dla których samochód jest czymś więcej niż środkiem lokomocji, czymś więcej niż kawałkiem lśniącej karoserii. Bo i też lśniącej karoserii prawdziwy samochód terenowy nie posiada. Ba! Posiadać nie powinien! Bo czyż nie pięknie wygląda ubłocony po dach terenowiec stojący przed 5-cio gwiazdkowym hotelem? I oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że na naszych drogach pojawiło się ostatnimi czasy mnóstwo samochodów z napędem 4x4, pięknie błyszczących nowością lakieru. Cóż z tego, że według ulotki handlowej możliwości techniczne tych aut są imponujące? Jednak znakomita większość z nich nigdy nie zazna przygody w terenie, gdyż ich właściciele nie narażą swojej zabawki na zarysowania lakieru, czy, o zgrozo, urwanie wystającej części w czasie szaleństwa na poligonie, w lesie czy w starym wyrobisku. Dla miłośnika off roadu nie jest istotne, aby jego (lub jej!) samochód posiadał nieskazitelną prezencję. Nie jest też ważne jakie ma przyspieszenie i jaką szybkość rozwinie na asfaltowej drodze. Dla miłośnika off road ważne jest przede wszystkim to, jak samochód radzi sobie poza asfaltem, jak pokonuje mniejsze i większe wykroty, jak wspina się na wzniesienia.
Mój żywioł to stare kamieniołomy, piaskownie czy żwirownie. Miejsca, które idealnie nadają się na trasy offroadowe ze względu na różnorodność ukształtowania terenu, liczne wzniesienia, nie wypełnione wodą, błotniste rowy i duże zróżnicowanie trudności przejazdu. A ponieważ najczęściej tereny te nie są wykorzystywane w żaden inny sposób, przeznaczenie ich na tory offroadowe wydaje się być doskonałym pomysłem. Zwłaszcza, że sami offroadowcy mówią, że wolą jeździć w tego typu terenie niż rozjeżdżać lasy. A biorąc pod uwagę, iż dzikich terenów z pagórkami, dziurami i błotem mamy coraz mniej, stare wyrobiska, tereny pokopalniane oraz kamieniołomy mogą stać się wkrótce prawdziwą Mekką wielbicieli jazdy terenowej. Świetnym przykładem może być wykorzystanie wyrobiska starej piaskowni Biskupice, zamkniętej w 2001 roku. Już kilka lat temu Klub Motorowy PTTK „OFF-ROAD” Częstochowa stworzył tam największy tor offroadowy w tej części Europy liczący sobie 10 tras o różnej skali trudności i łącznej długości 30 km. Amatorskie uprawianie off roadu, w zależności od posiadanych środków, fantazji, predyspozycji i możliwości, ze ścieżek turystycznych zaprowadzić może do miejsc takich jak na przykład kamieniołomy Wysoka albo Niegowonice w gminie Łazy, gdzie od 2 lat odbywają się Jurajskie Mistrzostwa Off-Road.
Imprezy offroadowe są organizowane w całym kraju. Zaletą takich imprez jest to, że organizator cały czas czuwa nad bezpieczeństwem uczestników. W kontrolowanych warunkach można sprawdzić swoje umiejętności i możliwości samochodu. Trasy są oznaczone, a ich przebieg uwzględnia różne stopnie trudności i różny poziom wyzwalanej adrenaliny. Dodatkową zaletą zorganizowanych imprez jest możliwość poznania ludzi o podobnych zainteresowaniach. Życzliwych ludzi, którzy poradzą, podpowiedzą, opowiedzą o swoich doświadczeniach, a początkującym podadzą adresy sprawdzonych warsztatów i sklepów.
Rozpoczynając przygodę z offroadem należy pamiętać o trzech podstawowych sprawach:
1. seryjny samochód jest jedynie bazą dla pojazdu offroadowego, a jego ostateczna forma i właściwości zależą w głównej mierze od oczekiwań i fantazji właściciela;
2. razem z samochodem należy jednocześnie „nabyć” znajomości mechaniki samochodowej;
3. samotne wypady w teren nie są dobrym pomysłem – zwłaszcza w miejscach, gdzie samochód może utknąć w wodzie lub w błocie – na przejażdżki zawsze jedź w towarzystwie co najmniej jeszcze jednej załogi z samochodem 4x4.
Południowo-zachodnia Polska też ma swoje imprezy off road. Wśród nich coraz liczniejsze stają się imprezy organizowane przez grupę entuzjastów z Opolszczyzny pod wspólna nazwą „Zlot pojazdów 4x4”. Na terenie tego województwa odbywa się co roku kilka imprez przeznaczonych dla miłośników jazdy terenowej. Wiosną odbywa się Marcowy (war)KOT, w maju Piknik Terenowy w Byczynie, a w czerwcu Hellowisko na poligonie w Winowie koło Opola. W czasie wakacji można wybrać się z całą rodziną na pełną przygód i pięknych widoków „turystyczną” Wyprawę na Bank (co roku w innym miejscu, w 2010 w Górach Opawskich), natomiast we wrześniu na podopolskim poligonie terenówki dostają wycisk na Ziemniaku Terenowym.
Najbliższą imprezą będzie Marcowy (war)KOT. Poprzednia edycja pozwoliła uczestnikom z całej Polski poznać uroki okolic Szumiradu i gminy Lasowice Wielkie. Organizatorzy przygotowywali dwie trasy: przeprawową oraz turystyczną. Trasa przeprawowa przeznaczona była dla pojazdów dobrze przygotowanych do pokonywania trudnych odcinków, na których przydawało się specjalistyczne wyposażenie typu: wyciągarka, hi-lift, trap, snorkel* etc. Był to sprawdzian dla sprzętu, ale też dla załogi, a zwłaszcza współpracy kierowcy i pilota. Trasa turystyczna w znakomitej większości prowadziła przez drogi gminne, częściowo leśne i polne, gdzie swobodnie radziły sobie samochody, nazwijmy je, terenowo-szosowe, a jej stopień trudności dobrano dla początkujących uczestników rajdu. Niepotrzebne tu były wyciągarki ani snorkele. Na trasie turystycznej bardziej niż pnie, wykroty czy kałuże uwagę przyciągały „piękne okoliczności przyrody”. Nie była trudna nawet dla uczestników jadących seryjnymi (czyt. kompletnie nieprzygotowanymi) samochodami. By przejechać najtrudniejsze odcinki leśne, gdzie koła grzęzły w marcowym błocie, wystarczył „napęd na cztery” i spokojna jazda. A wrażenia estetyczne z tej trasy były nie do opisania. Organizatorzy zadbali o dobrą zabawę uczestników połączoną z kontemplacją uroków okolicy. Trasa prowadziła przez przepiękne lasy gminy Lasowice Wielkie kryjące bogactwo fauny i flory, w tym Rezerwat "Smolnik" będący ostoją bobrów. Smaczku rywalizacji dodawały przygotowane konkurencje. Np. rozpoznanie kościołów rozrzuconych po gminie lub odcinek specjalny, na którym, lawirując wśród drzew, należało dowieźć do mety piłeczkę umieszczoną na tacy przymocowanej do maski samochodu.
Najbliższy Marcowy (war)KOT odbędzie się na zupełnie nowym terenie, w okolicy Prudnika, i zapowiadany jest jako większe wyzwanie dla uczestników obu tras. Organizatorzy obiecują zadbać o to, by także odcinek turystyczny wymagał pewnego wysiłku fizycznego oraz większej współpracy między kierowcą a pilotem. Jednym słowem, możemy liczyć na subtelną nutkę przeprawówki na trasie „rodzinnej”.
Jazda w terenie jest fantastyczną rozrywką dla każdego, niezależnie od wieku czy płci. Wystarczy przyjechać na jedną z imprez, aby połknąć bakcyla. A stąd już tylko krok do kupna własnego samochodu 4x4. Wtedy pozostaje już jedynie zredukować bieg i zjechać na bezdroża.
* hi-lift – ręczny podnośnik do samochodu, lewarek mogący podnieść samochód na dużą wysokość, zwykle ponad 1 m; trap – metalowy podest, podkładany pod koła w czasie przejazdu przez grząskie podłoże lub prze-szkody terenowe; snorkel – wysoko umieszczony chwyt powietrza do silnika, często wyprowadzony ponad dach samochodu.
Rok 2007 pamiętamy jako początek kryzysu gospodarczego na świecie. O to, jak w tym czasie radziły sobie Międzynarodowe Targi Kamienia i Maszyn Kamieniarskich KAMIEŃ zapytaliśmy panią Małgorzatę Sołtys - prezes Geoservice-Christi, organizatora targów KAMIEŃ we Wrocławiu.
Kurier Kamieniarski:
Była Pani prezesem Geoservice- Christi w latach 2007-2009. Jak ocenia Pani ten okres?
Małgorzata Sołtys:
Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że był to bardzo ciekawy okres. Pełen wyzwań, niespodziewanych zwrotów sytuacji i ciężkiej pracy. Do roku 2007 gospodarka polska rozwijała się w imponującym tempie. „Bum budowlany” napędzał koniunkturę również w branży kamieniarskiej. Później nastąpiło załamanie na rynkach finansowych, co wywołało kryzys na skale światową. Teraz wiemy, że na szczęście kryzys okazał się nie być bardzo dotkliwy dla Polski, ale pod koniec 2007 r. wszyscy zastanawiali się, co będzie dalej. A za najważniejsze wydarzenie podczas mojej kadencji jako prezesa uważam porozumienie między Geoservice-Christi i Międzynarodowymi Targami Poznańskimi w sprawie wspólnego organizowania targów kamieniarskich.
Kurier Kamieniarski:
Właśnie. Jak to z tym porozumieniem było? Jak przebiegało przeniesienie targów do Poznania?
Małgorzata Sołtys:
Tak naprawdę to nie było przeniesienie, tylko stworzenie nowej imprezy.Trudno przenieść targi tak bardzo związane z konkretnym miejscem. Proces dochodzenia do porozumienia nie należał do najłatwiejszych, ale ostatecznie udało się wypracować kompromis. Media, a szczególnie jedna z naszych gazet branżowych, prześcigały się w nadinterpretowaniu faktów i wyrokowaniu o przyszłości. I choć obie strony porozumienia nieco inaczej pamiętają drogę do niego, to najważniejsze jest, że udało się wspólnie stworzyć KAMIEŃ-STONE.
Targi KAMIEŃ, jako impreza, już w roku 2008 były o krok od wyczerpania absolutnie wszystkich dostępnych możliwości lokalizacyjnych. Strategia rozwoju Wrocławia realizowana przez władze miasta stawiała na inne priorytety, szczególnie te związane z EURO 2012. Bliskość mocnego ośrodka targowego jakim jest Poznań, przegrana walka o EXPO 2012 – to sprawy, które nie zostawiały złudzeń, że w najbliższym czasie raczej nie powstanie żaden poważny obiekt wystawienniczy w stolicy Dolnego Śląska. Chociaż szukałam innych rozwiązań, to miałam świadomość, że przy tej dynamice rozwoju imprezy już wkrótce zaczną się naprawdę poważne kłopoty lokalowe. Zdrowy rozsądek i dobro wystawy zwyciężyły. Z tradycją targów KAMIEŃ, doświadczeniem i kontaktami branżowymi Geoservice-Christi oraz możliwościami MTP teraz można jedynie mówić o sukcesie takiego posunięcia, które nadal będzie jednoczyć branżę. Zwłaszcza, że od pewnego momentu również wystawcy zaczęli nalegać na doprowadzenie do porozumienia.

Kurier Kamieniarski:
Jak zatem rozwijały się targi KAMIEŃ w latach 2007-2008?
Małgorzata Sołtys:
Dobrze. O tym chyba najlepiej świadczą statystyki. W roku 2007 na ponad 6.000 m2 wystawiło się 240 firm z całego świata, a targi odwiedziło 7.000 zwiedzających. Rok później powierzchnia wystawy była o 1.000 m2 większa, a ofertę 255 wystawców obejrzało ponad 9.000 gości. Początek roku 2007 zapowiadał się bardzo dobrze. Branża budowlana rozkwitała. Firmy kamieniarskie, które chciały się rozwijać, miały do tego mnóstwo okazji i możliwości. Wiele firm przebranżowiało się rozszerzając asortyment w kierunku towarów i usług dla budowlanki. Zagraniczne firmy dostrzegły potencjał polskiego rynku, co przekładało się na większe zainteresowanie uczestnictwem w targach branżowych. Pod koniec roku, niemalże w przeddzień targów KAMIEŃ 2007, okazało się, że grozi nam kryzys gospodarczy. Nastroje na rynku zdecydowanie się obniżyły. Na targach zapanowała atmosfera ostrożności w podejmowaniu decyzji finansowych. Ale jak czas pokazał, polska gospodarka poradziła sobie z kryzysem znacznie lepiej niż gospodarki Europy Zachodniej. Targi KAMIEŃ 2008 pobiły kolejne rekordy. Pomimo niepewnej sytuacji rynkowej, KAMIEŃ nadal był prawdziwym wydarzeniem branżowym. Corocznym spotkaniem branży we Wrocławiu. Przyjeżdżali wszyscy – poznać najnowszą ofertę, podpatrzeć konkurencję, spotkać znajomych i kontrahentów, porozmawiać „na żywo” z osobami znanymi tylko z rozmów telefonicznych, czy zwyczajnie „wyskoczyć wspólnie na miasto”, bo w ciągu roku nigdy nie było ku temu okazji. Przyjeżdżali, bo Dolny Śląsk jest największym polskim regionem kamieniarskim, z długą tradycją.
Kurier Kamieniarski:
Co wspomina Pani z tamtego okresu najczęściej?
Małgorzata Sołtys:
Nim zostałam prezesem Geoservice-Christi przez wiele lat pracowałam w tej firmie. Tworzyłam więc razem z panią Krystyna i panem Brunem te targi i uczestniczyłam w wydarzeniach opisanych w poprzednich numerach Kuriera Kamieniarskiego. Pamiętam więc wszystko, o czym mówili moi poprzednicy i czytając ich słowa często z uśmiechem kiwałam głową. Siedemnasta i osiemnasta edycja targów KAMIEŃ pod tym względem nie była znacząco różna od poprzednich. Ale skoro mowa o wspomnieniach, to w zasadzie wiążą się one z każdą firmą. Bo znam każdą z firm, która uczestniczyła w targach. Wiele firm spośród obecnych liderów rynku pamiętam z początków ich działalności. To miłe wspomnienie. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że w ciągu tych lat miałam okazję rozmawiać osobiście z każdym wystawcą – niezależnie, czy to właściciel firmy czy pracownik – i większość osób pamiętam z imienia i nazwiska. I o każdym mam w pamięci jakieś wspomnienie. Czasami bardzo mocne, wynikające z jakiejś trudnej sprawy czy wyjątkowej rozmowy, czasami w postaci anegdotki, czasami takie zwykłe związane z przelotnym spotkaniem gdzieś na targach – czasami czysto służbowe, a czasami trochę prywatne.
Kurier Kamieniarski:
A może zdradzi Pani jakieś najbardziej osobiste?
Małgorzata Sołtys:
Najbardziej osobiste? Prawdę mówiąc wszystko co działo się na targach KAMIEŃ odbierałam osobiście. W ciągu minionych lat miałam okazję poznać i pracować ze wspaniałymi ludźmi – moimi współpracownikami i wystawcami – bez wsparcia i zaangażowania których nie udałoby się stworzyć i kontynuować z sukcesem organizacji targów kamieniarskich.
Firma Kuzik istnieje na polskim rynku od 2000 roku
i znana jest głównie z produkcji łupiarek do kamienia
naturalnego oraz usług serwisowych urządzeń zbudowanych
w oparciu o układy hydrauliki siłowej. Historia
przedsiębiorstwa jest jednak o wiele dłuższa…
Krzysztof Kuzik, założyciel i właściciel firmy, przez wiele lat pracował jako serwisant urządzeń drobnych oraz sprzętu ciężkiego używanych w kamieniołomie. Ekstremalne warunki oraz konieczność zachowania ciągłości działania stanowiły podstawę do poszukiwań najskuteczniejszych rozwiązań, które zapewniały możliwie najdłuższą bezawaryjną eksploatacje sprzętu. Następnie przyszedł czas na rozpoczęcie działalności na własną rękę, pod szyldem własnego nazwiska. Początkowo jako firma świadcząca usługi serwisowe wszystkich maszyn służących do obróbki kamienia. A w niespełna cztery lata od „usamodzielnienia się” powstała pierwsza łupiarka, która bez większych problemów pracuje do dziś.
Obecnie nabyta w przeszłości wiedza wykorzystywana jest przy projektowaniu i produkcji własnych urządzeń przeznaczonych do łupania kamienia. W roku 2008, na targach KAMIEŃ, łupiarka Kuzik 50 otrzymała 1. nagrodę w kategorii „Maszyny, urządzenia i technologie”. Było to doskonałym podsumowaniem dotychczasowej pracy firmy i dodało energii do pracy. Otworzyło również przed przedsiębiorstwem zupełnie nowe horyzonty. W dwa lata po targowym sukcesie poziom zamówień na urządzenia systematycznie wzrasta. Dzięki temu firma ma możliwość ciągłego rozwoju oraz powiększania swojej oferty o nowe modele urządzeń oraz udoskonalanie już istniejących. W roku 2010 oferta przedsiębiorstwa powiększyła się o maszyny konstrukcji bramowej przeznaczonych do łupania płyt oraz bloków, a także nastąpił rozwój serii stołów transportowych.
Plany na przyszłość właściciel firmy określa następująco: „Wciąż musimy rozwijać nasze produkty, ponieważ wciąż wzrastają wymogi dotyczące nie tylko jakości naszych produktów, ale również wyrobów, które na nich powstają. Dlatego przykładamy szczególną uwagę do ciągłego udoskonalania naszych rozwiązań, mających na celu zwiększenie wydajności pracy operatorów przy ograniczeniu nakładu sił, oczywiście mając na uwadze szczegóły wpływające na poprawę ich bezpieczeństwa”.
Podstawowa zasada Krzysztofa Kuzika mówi: „Stosuj najprostsze rozwiązania – po pierwsze: są tańsze w zakupie, po drugie: są tańsze i łatwiejsze do naprawy, po trzecie: im mniej skomplikowana część, tym rzadziej ulega awariom. Oczywiście „tańsze” nie oznacza gorsze, bo cała tajemnica tkwi w znalezieniu kompromisu pomiędzy jakością i ceną. Zachowanie tej zasady sprawiło, że firma wypracowała sobie dobrą markę. A produkt flagowy – łupiarka KUZIK 50 – podbił krajowy rynek i rozpoczął karierę na rynkach zagranicznych.