W wielu sytuacjach stoimy przed zadaniami, w których toczymy walkę z samym sobą.
Na przykład w procesie strojenia tytułowej choinki.
W każdym domu jest jakaś tradycja związana z wyglądem choinki: a to czerwone bombki, a to na czubku gwiazda. Niektórzy nie wyobrażają sobie choinki bez szopki obok, a inni bez ozdób zrobionych własnoręcznie. Czasem nosi nas jednak, żeby zrobić inaczej: w tym roku nie będzie gwiazdy, tylko kupimy aniołka. Rzadko jednak udaje się zrobić coś zupełnie innego.
Wiele zachowań jest tak mocno osadzonych w tradycji, że nawet drobna zmiana powoduje odczucie dokonania rewolucji – choć w gruncie rzeczy jest tylko drobną, trudno zauważalną modyfikacją. Czasem dopiero następne pokolenie potrafi coś zmienić. Nie wierzycie? To zróbcie eksperyment: pozwólcie ubrać choinkę swoim dzieciom lub wnukom. Wtedy jest szansa na istotne zmiany. Oczywiście warto to nadzorować – ale nie dążyć do tego, żeby pogodzić tę „nową” choinkę z utartą tradycją.
Podobnie jest z zarządzaniem firmą – zarządzając biznesem cały czas staramy się coś poprawiać. Zwykle są to jednak zmiany raczej minimalne, korekty. Nie jest to rewolucja. Drobna zmiana w systemie wynagradzania pracowników, nowe wytyczne dla sprzedawców, odmalowanie biura czy nowe stojaki na próbki.
Jeśli w firmie zaczęły pracować dzieci, dajcie im czasem wolną rękę. Niech zaproponują jakieś zmiany. Pozwólcie im coś podpowiedzieć, ale nie ograniczajcie ich podpowiedzi do drobnych korekt. Niech zaszaleją i pomysły będą rewolucyjne. Nie torpedujcie ich pomysłów. Nawet jeśli popełnią jakieś błędy, to pozwólcie im spróbować.
W większości przypadków to, co wydaje nam się błędną decyzją, okaże się dobrym pomysłem. To właśnie świeże spojrzenie pozwala stworzyć nową jakość. Jeśli okaże się, że nie mieli racji nie róbcie z tego argumentu, żeby nie próbowali dalej i wrócili do utartych metod. Za którymś razem nowy pomysł okaże się dla naszego zakładu zbawienny.
Znam zakład produkujący płyty i nagrobki, do którego trafiła córka właściciela. Fantastycznym pomysłem właściciela była dyspozycja: nie musisz robić tego co ja, spróbuj czegoś innego. Wybór padł na budowlankę. Minęło kilka lat i w tym zakładzie budowlanka to ponad 70% obrotów.
W innym przypadku syn właściciela po przyjrzeniu się pracy ludzi stwierdził, że trzeba zainwestować w urządzenia transportowe, które ułatwią pracownikom pracę. Ciekawe, że początkowo nawet pracownicy nie byli zachwyceni koniecznością zmiany technologii transportu i montażu. Dopiero gdy zauważyli, że można wstać rano bez bólu kręgosłupa, a montaż blatu zajmuje o połowę mniej czasu, to się przekonali do nowych rozwiązań.
Inny przykład, spoza naszej działki. Kolega miał kiedyś sklep z częściami samochodowymi. W sklepie obowiązywała zasada prowizji indywidualnej sprzedawców. Kiedy pracę w firmie rozpoczął jego syn, to szybko zauważył, że skutkiem tego systemu był masowy atak sprzedawców na każdego klienta, który wszedł do środka. Osaczony klient dość często uciekał w popłochu. Syn właściciela zaproponował prowizję grupową. To znaczy pracownicy z danej zmiany wypracowywali prowizję jako grupa. Problem z uciekającymi klientami przestał się pojawiać.
Co jednak robić, gdy dzieci nie są zainteresowane pracą w naszej firmie? To wcale nie jest sytuacja bez wyjścia. Wytypujmy któregoś z młodych, sprawdzonych pracowników, zróbmy z niego managera i dajmy mu prawo do zmieniania firmy.
Oczywiście ani dzieci ani pracownik nie mogą zostać bez kontroli właściciela firmy. Podobnie jak nie zostawimy bez nadzoru wnuka ubierającego choinkę. Młodość ma w sobie takie szaleństwo, że może nowa „choinka” przestanie przypominać świąteczne drzewko albo stanie do góry nogami. W przypadku choinki może się to skończyć stratą bombek i uszkodzeniami mebli – w przypadku zakładu dużymi stratami. Zatem dajmy młodym szansę i przyglądajmy się, co robią.
Życzę wszystkim firmom w nowym roku zmian, które podniosą je na dużo wyższy poziom.

Mogę się założyć, że wielu z was podczas zakupów spożywczych wybiera jajka z oznakowaniem „0” lub „1”, czyli od kur z wolnego wybiegu, albo jak niektórzy mówią „od szczęśliwych kur”.
Różne są motywacje takich decyzji. Od poglądu, że te od „szczęśliwych kur” są zdrowsze, przez pogląd, że są smaczniejsze, po opinie, że trzeba promować szacunek dla zwierząt i ich dobrostan, jak mówią obrońcy zwierząt. W praktyce kamieniarskiej też można by zakłady znakować jak jajka.
Są takie, w których klienci narzucają takie czy inne – zwykle średnio udane – rozwiązania. Zamawiający rzeźbę oczekują aniołka jak z obrazka w katechizmie dla dzieci albo kolejnego pomnika Jana Pawła II – oczywiście na podstawie tej samej fotografii. To przykład kamieniarstwa z „chowu klatkowego”, gdzie setki zakładów ulegają naciskom i robią to, co im los i klienci przynieśli. A ponieważ, podobnie jak w przypadku jajek, tych jest najwięcej, to trwa również walka cenowa. I tak po mocno zaniżonej cenie powstaje standardowa łazienka bez polotu, kolejny aniołek czy pomnik robiony byle jak, byle szybko, bo inaczej cena nie pokryje kosztów pracy.
Są takie zakłady, które usiłują w otrzymanych zamówieniach zawrzeć nieco kunsztu i nadać głębszy sens własnej pracy, czyli wyjść z klatek i działać jak kury w chowie ściółkowym.
To jednak tylko próby ratowania honoru rzemieślnika – cena nadal musi konkurować z ofertami z zakładów pracujących w systemie „klatkowym”. W rezultacie praca nie daje satysfakcji i nie przynosi oczekiwanych zysków.
Na dodatek, robota w tym systemie z każdym rokiem działalności coraz bardziej zmierza w kierunku obniżania jakości, bo w końcu żyć trzeba, a to jedyny sposób na „podgonienie roboty” i osiągnięcie jakichś w miarę przyzwoitych dochodów.
Nadchodzi, jak u niosek, okres znużenia i poczucia beznadziejności działalności. Tylko z błyskiem w oku przeglądają – jak miłośnik motoryzacji nowe ferrari – zdjęcia z bajkowych realizacji czy nowatorskie dzieła sztuki rzeźbiarskiej.
W przypadku kur historia jest raczej krótka. Jak twierdzą fachowcy, jeszcze w drugim roku trzymanie kury nioski jest opłacalne – potem zwykle trafia pod nóż i kończy karierę jako chickenburger.
W przypadku zakładów historia trwa dużo dłużej. Z upływem lat jej właściciele i pracownicy są coraz bardziej znużeni i zgorzkniali, a otoczenie odbiera ich jako starych ludzi czekających na emeryturę.
Zupełnie inaczej wygląda działalność zakładów „z wolnego wybiegu”. Doświadczony szef zaraża tworzeniem kamieniarskich dzieł pracowników. Zwykle zarówno sam szef, jak i personel firmy potrafią pracować dużo intensywniej i dłużej, a satysfakcja ze zrealizowanych prac popycha do realizowania różnych pasji – również w czasie wypoczynku.
Zmęczeni pracą i aktywnym wypoczynkiem znajdują jeszcze wieczorem czas na obejrzenie w Internecie jakichś „kamieniarskich ferrari”. Ale nie ot tak, dla zabicia czasu, tylko w poszukiwaniu inspiracji.
Na dodatek takie zakłady nie muszą konkurować ceną, więc zarobki zwykle pozwalają na dobry wypoczynek i godne życie.
I tu zauważyłem bardziej ogólną zależność. Wiek ma małe znaczenie. Liczy się w życiu ta iskra działania, która powoduje, że młodość trwa. Pewnie – wieczorem łupie w krzyżu, a rano w kolanie, ale czekamy na kolejny dzień, kolejne zlecenie i jako „kamieniarskie nioski z wolnego wybiegu”, pełni szczęścia, będziemy długie lata aktywni w pracy i podczas wypoczynku.

Jako ludzie prowadzący firmy, wielokrotnie przyjmowaliście i zwalnialiście pracowników. Ja również mam wiele takich doświadczeń. Zawsze kiedy odchodził pracownik – nieważne czy sam, czy był zwalniany – miałem niealkoholową odmianę kaca. Kac ten nie był spowodowany krzywdą lub niesprawiedliwością – bo tego szczęśliwie udało mi się uniknąć – ale poczuciem pewnej żenady z powodu stylu, w jakim to rozstanie się odbywało. Pewnie wiecie, o czym mówię. Spróbuję opisać kilka klasycznych sytuacji.
Czubek
Przyjmujecie człowieka do pracy – ma zapał, energię i może przyjść już od jutra. Zaczyna pracować, ale dochodzą was sygnały, że facet nie jest całkiem normalny. Nie wykonuje poleceń, robi tylko to, co sam uważa za potrzebne, głupkowato się śmieje, wychodzi gdzieś i wraca nie wiadomo skąd, jest dziwnie. Pracownicy meldują, że boją się z nim pracować, bo nie wiadomo co mu strzeli do głowy.
Nadchodzi więc czas na rozmowę mobilizującą. Mówicie, o co chodzi, jakie macie uwagi i że musi się to zmienić. Gość szeroko uśmiechnięty kiwa głową, obiecuje się lepiej starać. Uff, może jakoś to będzie… Następnego dnia gościa nie ma, kolejny dzień również, nie odbiera telefonu. Mija tydzień, potem drugi. Nagle się zjawia, jak gdyby nigdy nic i rozpoczyna pracę. Ale już po godzinie wybucha awantura i gość wychodzi trzaskając drzwiami. Nie udaje się więcej z nim już zobaczyć, świadectwo pracy trzeba wysłać pocztą. Kac parodniowy.
Bankowiec
Przychodzi człowiek do pracy – dobre wrażenie, poukładany, widać od razu, że zna fach. Wszystko mu pasuje, a jedyne czego chciałby, to umowę o pracę na czas nieokreślony. Umawiacie się, że jak będzie wszystko w porządku, to po dwóch tygodniach dostanie stałą umowę. Facet pracuje, wszystko jest dobrze, mija dwa tygodnie, dostaje umowę. Po miesiącu nagle zaczynają przychodzić pisma. Bank, komornik, drugi komornik, Skok Stefczyka i co tam jeszcze. Masakra, zajęć komorniczych więcej niż poborów. Pytasz człowieka o wyjaśnienia, a on spokojnie, że odchodzi, bo chciał tylko zaświadczenie do kolejnej pożyczki. Znowu czuję się jak bałwan.
Alimenciarz
Tak jak wyżej, z tą różnicą, że chodzi i skamle, żeby go na pół etatu przyjąć. A drugie pół pod stołem wypłacać. Żegnam ozięble! To nie kac, może lekka czkawka.
Uczeń
Ten facet z kolei przychodzi nauczyć się fachu. I, o dziwo, pracuje dzielnie, faktycznie uczy się szybko, inwestujesz w gościa, bo widzisz, że z tej mąki będzie chleb. Po kilku miesiącach masz naprawdę niezłego pracownika. I nagle dostajesz od niego wymówienie. Pytasz dlaczego, czy za mało zarabia albo czy może z kolegami jakiś problem? Facet milczy, w końcu duka, że odchodzi i już. Po kilku dniach dowiadujesz się, że gość miał obstalowany wyjazd za granicę. Kac głęboki.
Turysta
Często spotykany typek. Gdzie on nie pracował, ile zakładów uratował, ile budów dzięki niemu ocalało. Scenariusz znany: okazuje się partaczem, leniem i nieudacznikiem. Męczysz się z facetem kilka tygodni, aż wreszcie uwalnia cię od swojej obecności porzucając pracę. Kac krótki i płytki.
Związkowiec
Dobry pracownik, ale roszczeniowy. Nic mu nie pasuje, domaga się wszystkiego, co napisane w przepisach, czy ma to sens czy nie. Zaczyna buntować załogę i grozić. Nie ma wyjścia, trzeba gościa zwolnić, bo inaczej rozmontuje nam firmę. No i zaczyna się gehenna. Musisz nagle stać się specem od prawa pracy, wojnę kończysz sowitą odprawą i postanowieniem: „nigdy więcej”. Kac wielotygodniowy.
Fachowiec
Tu zaczyna się inna opowieść. To dobry pracownik, pracuje kilka lat, jest jedną z podpór firmy. I nagle, bez ostrzeżenia, informuje, że odchodzi. Pytasz: „Odchodzisz? Czemu? Dlaczego?”. Wreszcie słyszysz od człowieka: „...bo ja się tutaj niczego nie dorobiłem, a szwagier to już trzecie mieszkanie kupuje”. No to katastrofa. Wiadomo, że odejdzie, bo tak już żona zdecydowała. Jeszcze próbujesz rozmawiać, wymyślać jakieś rozwiązania, na nic. Kac głęboki i bolesny. Epilog często bywa taki, że po dwóch-trzech latach facet wraca do ciebie. Tylko, że to już jest inny człowiek.
Majster
To najtrudniejsza sytuacja. Z tym pracownikiem nie tylko pracujesz, ty się z nim przyjaźnisz. Jest filarem firmy. Jemu powierzasz odpowiedzialność, pieniądze i zadania. Ufacie sobie i razem ciągniecie firmę. Dzień, w którym mówi że odchodzi, jest jak grom z jasnego nieba. Nagle okazuje się, że człowiek, którego znałeś tyle lat, ma też inną twarz. Robi się nerwowo, czujesz się tak, jakbyś dostał nożem w plecy. Na szczęście twój majster nie chce wojny, nie będzie cię ciągał po sądach, ale zostawia cię w stanie kaca giganta.
Celowo nie opisuję wszelkiej maści złodziejaszków, kombinatorów i innej patologii, bo na to nie warto tracić czasu. Ale to, co wynika z tych historii, to doświadczenie, które tak naprawdę szkodzi kolegom - - współpracownikom wszystkich opisanych ludzi. To oni zostają w tej firmie, z wkurzonym szefem, rozgrzebaną lub spartoloną robotą. To oni muszą przełknąć frustrację i wziąć na bary cały bajzel. Ten brak klasy w rozejściu zmienia ludzi – niestety na gorsze.
A przecież można próbować rozejść się jak ludzie, bez palenia za sobą mostów. To wszystkim wyjdzie tylko na dobre. Pracodawca, jeżeli da mu się czas, pogodzi się z odejściem, znajdzie kogoś na miejsce odchodzącego i zachowa w pamięci pozytywne wspomnienie o swoim pracowniku. Niestety to rzadkie przypadki.
Można też odejść z fasonem
Wiele lat temu pracowałem w Niemczech na budowie z kolegą, na którego mówiliśmy Misiek. Wielkie chłopisko, super kamieniarz z ogromnym doświadczeniem, po wielu latach w PKZ-etach. A do tego gołębie serce. Nie pamiętam, żeby odmówił pomocy lub nie podzielił się wiedzą. Taki pracownik to skarb. I dlatego nie chcieli go zwolnić, chociaż Misiek prosił, że chce już wracać do domu. Prosił, prosił, tłumaczył, że on się sam nigdy nie zwalniał, ale wszystko na nic. Po jakimś czasie nagle nastąpiła zmiana. Zaczęło się od śniadania.
Misiek miał z dwoma kolegami osobny, mały kontener z małym okienkiem. I w tym okienku któregoś ranka pojawił się wazonik z kwiatami. Zaglądamy, a tam Misiek z kolegą siedzą przy stole, koniaczek, pączki, ciasteczka i każdy w ręku z lampką koniaku i gazetą. Zaraz przyleciał polski kierownik z awanturą, a Misiek spokojnie powiedział: „Niech pan się uspokoi i nie zakłóca nam posiłku. Zapewniam pana, że nie mam więcej niż 0,2 promila, więc jest to zgodne z prawem. Pana wrzaski zakłócają mi kontemplację i jako zwykłego chama zmuszony jestem pana wyrzucić z mojej budy.” Przy różnicy wzrostu prawie pół metra i różnicy wagi około 50 kg pan kierownik nie miał wyjścia i zabrał się w cholerę. Cała budowa, nawet Niemcy, rżeli ze śmiechu cały dzień. Miśka śniadania weszły na stałe w folklor budowy, wszyscy pogodzili się z faktem, że takiemu fachowcowi jak on można wybaczyć różne fanaberie. Najbardziej wkurzało to Miśka, myślał, że jednak zwolnią go za to. Znalazł więc inny sposób. Zaczął wykuwać bardzo trudny, olbrzymi element narożnego gzymsu. Mówiliśmy na takie elementy fortepian.
Misiek postanowił, że wykona ten gzyms bez prądu. Nikt w to nie wierzył, ale on to zrobił. Pięcioma dłutami. W trzy tygodnie. Po pierwszym tygodniu przyszli do niego właściciele firm – polskiej i niemieckiej – i zagrozili, że go zwolnią. Misiek był w siódmym niebie. W drugim tygodniu przyszedł Niemiec i zaczął go prosić. Na nic się to nie zdało, Misiek zaciął się jeszcze bardziej. W końcu niemiecki szef podjął decyzję, ma być zwolniony, ale najpierw niech skończy. Skończył i pojechał do domu.
Myślę, że po tym odejściu nikt nie miał kaca, a chociaż minęło prawie trzydzieści lat, wielu ludzi pamięta Miśka z kwiatami w oknie.

Jako dziecko ciągle słyszałem, że trzeba się uczyć. No i starałem się w miarę spełniać oczekiwania rodziców. Potem sam zostałem ojcem i powtarzałem ten sam schemat w stosunku do dziecka. Oczywiście rezultaty i w moim przypadku i dziecka były różne, ale kult wiedzy pozostał.
Mam swoje lata, ale do dziś uważam, że nauka nie boli. A świat rozwija się w takim tempie, że nawet poświęcając sporo czasu na naukę, trudno go dogonić. W przypadku ludzi w moim wieku sprawa jest trudna, bo i pamięć nie ta i zdolność przyswajania wiedzy jest na innym poziomie. Ale… Nadal staram się uczyć. To trudne, bo nie mam tej presji szkoły, nauczycieli, rodziców, za to obowiązków codziennych dużo.
Patrząc na swoich znajomych, w podobnym wieku, widzę jak część z nich zrezygnowała z rozszerzania wiedzy. W niektórych sprawach stali się wykluczeni. Niektóre przedmioty powszechnego użytku stały się dla nich zagadką.
Telefony nie służą już tylko do dzwonienia, telewizory są wyposażone w mysz komputerową i bez problemów korzystają z Internetu. Nawet niektóre samochody dość szeroko korzystają z sieci internetowej. I jak tu się nie uczyć? Za kilka lat, jeśli nie będziemy się uczyć, okaże się, że nie potrafimy włączyć telewizora ani zadzwonić do wnuka.
Podobna sytuacja dotyczy naszej działalności zawodowej. Maszyny są coraz bardziej skomplikowane, potrzebują połączenia z Internetem i nikogo nie dziwi, że serwisant zdalnie wie, co naszej maszynie dolega.
Księgowa jest wam w stanie przygotować bardzo rozbudowaną tabelę z wynikami realizowanych zadań, pracy ludzi itp., a jeśli będziecie potrafili je przetwarzać, zobaczycie, ile dodatkowej wiedzy o własnej firmie zdobędziecie.
A to przecież tylko czubek góry lodowej. Mnogość firm na rynku i konieczność normalnej walki konkurencyjnej wymaga coraz większej wiedzy w zakresie zarządzania firmą, organizacji produkcji i sprzedaży. To też wiedza, którą trudno pokonać samym doświadczeniem i starymi metodami funkcjonowania. Zadajcie sobie sami pytanie, kiedy ostatni raz poczytaliście coś o marketingu, systemach sprzedaży, sposobie motywowania pracowników czy zarządzaniu produkcją?
Jak dobrze znacie posiadane przez siebie maszyny? Zagłębiliście się w instrukcję i znacie jej wszystkie możliwości? Przypuszczam, że raczej nie. W rozmowach często słyszę, że „to nie problem – mam młodych wykształconych pracowników”. To prawda, że to jest pomocne, ale nie mając aktualnej wiedzy, trudno podejmować decyzję, nie mówiąc już o stawianiu pracownikom zadań.
Wysyłamy do Was nasze czasopismo. W nim też jest sporo wiedzy, a często okazuje się, że przeglądacie je, ale czytacie dopiero po sezonie. Świat nie czeka, na rynku pojawiają się nowe firmy, a w nich młodzi wykształceni ludzie z głowami otwartymi na wiedzę. Żeby z nimi konkurować, trzeba starać się nadążyć. Z wiedzą zdobywaną w dojrzałym wieku ich trudno dogonić, ale macie doświadczenie i nim, w połączeniu z wiedzą, jaką uda się wam pozyskać, można już powalczyć.
Fajnie, jeśli tacy młodzi wykształceni są waszymi dziećmi i chcą pracować w firmie. To duża szansa. Ale jest jeden warunek: musicie ich słuchać, realizować ich pomysły, a nie tylko sprowadzać do roli podrzędnej.
Czasy na naukę są wyśmienite. Już nie trzeba biegać do bibliotek czy czytelni. W sieci jest ogromna ilość informacji, a chciałbym, żeby teksty, jakie publikujemy, były pierwszym krokiem do drążenia poruszonych tematów.
Tylko, jeśli już najdzie was ochota na zdobycie trochę wiedzy, to nie czekajcie, aż wam przejdzie.

Od lat, pracując w branży i spotykając ludzi, staram się zrozumieć naszą branżę.
Powiem szczerze: czasem nie rozumiem.
Nasze kamieniarstwo, jak kilka innych branż, wywodzi się z rzemiosła. To dość oczywiste, bo do realizowania robót kamieniarskich potrzebna jest wiedza, doświadczenie i znajomość materiału, w którym się pracuje. I to wiedza niemała, bowiem materiały są pochodzenia naturalnego, a procesy ich powstania trwały miliony lat i nawet naukowcy z licznymi tytułami nie wszystko potrafią wyjaśnić. Można rzec, że praktyczna wiedza kamieniarska ma w sobie coś magicznego. Początki kamieniarstwa sięgają zamierzchłych czasów, a budowniczowie realizujący budowle z kamienia traktowani byli jak posiadacze wiedzy tajemnej, a od pierwszej organizacji kamieniarskiej rozpoczęła się kariera owianej tajemniczością masonerii.
Współczesność to jednak brutalna ekonomia, walka o zysk i poszukiwanie klientów. W ramach dostosowywania się do tych zasad wielu właścicieli firm zaczęło dążyć do innowacyjnego spojrzenia na swoją działalność. Obserwując inne branże i ich działalność przemysłową, pozazdrościli efektywności masowej produkcji. Zaczęli przekształcać swoje zakłady w zakłady produkcji przemysłowej. Część ma jeszcze bardziej ambitne pomysły i najchętniej widziałaby swoje firmy jako korporacje. To coraz częściej spotykane, bo współczesne maszyny kamieniarskie osiągnęły poziom technologiczny umożliwiający masową produkcję.
Niby wszystko OK, ale czy kamieniarskie zakłady przemysłowe są w stanie zapewnić to unikatowe rozumienie materiału?
Nawet jeśli właściciel firmy z rodowodem rzemieślniczym to potrafi, to produkcja przemysłowa wiąże się z większym zatrudnieniem. A wtedy pojawiają się problemy z przekazywaniem doświadczenia wszystkim pracownikom, którzy będą chcieli poznać tajemnice konkretnych materiałów i niuanse jego obróbki.
Ważnym aspektem jest też podejście do klienta. Wśród rzemieślników hołdujących tradycyjnym wartościom to podejście to bardzo osobisty kontakt z klientem i rozumienie jego potrzeb nie tylko czysto handlowych. Do tego coś, co można nazwać honorem rzemieślniczym: „takie coś nie może zostać dostarczone klientowi – na ścianie mam dyplom mistrza, a to zobowiązuje”.
Czy możliwe jest takie podejście w firmie z rozbudowaną strukturą, w której handlowcy zajmują się sprzedażą, produkcja to oddzielny dział w firmie, a montażyści pracują w systemie akordowo-wykonawczym?
Dyskutowałem na ten temat z jednym z tradycyjnych kamieniarzy-rzemieślników. Powiedział krótko: „nie da się zjeść ciastka i mieć ciastko”. Rozbudowanie zakładu w kierunku przemysłowym, to inna działalność niż rzemieślnik, który doradzi, wie o kamieniu wszystko i zawsze pamięta, że jego praca świadczy o nim. To nie znaczy, że wśród rzemieślników nie znajdą się tacy, dla który kamieniarstwo to tylko zwykła praca. Tu kiepska jakość zdarza się dość często, a o indywidualnym podejściu do każdego zlecenia nie ma co marzyć.
Są też zakłady działające w warunkach masowej produkcji, które pomimo takiego funkcjonowania chcą, aby ich produkt miał te same cechy co wyrób rzemieślnika, a nawet był lepszy, bo w produkcji wykorzystywany jest zaawansowany park maszynowy.
Dla mnie ciekawy jest powrót w branży do uzyskiwania tytułów mistrzowskich i czeladniczych. Łatwo sprawdzić, że do egzaminów przystępują nie tylko rzemieślnicy i ich pracownicy, ale również przedstawiciele firm działających w reżimach przemysłowych.
Może jednak da się „zjeść ciastko i mieć ciastko”. Jeśli tak się stanie, to możemy być unikatową branżą, a jej przedstawiciele będą cieszyli się uznaniem jak twórcy kamieniarskich dzieł z przeszłości – i to niezależnie w jakiej formule pracujący.