Reklama


Felietony

Gwiazdka

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: środa, 18 grudnia 2019 01:00

KK103_Strona_60_Obraz_0002a.jpg

Święty Mikołaju!
Zbliża się Gwiazdka i jak co roku będziesz włamywał się do mojego domu, by zostawić prezenty. Wszyscy liczą, że przyniesiesz to, o co proszą w listach wysyłanych za pomocą sieci ciepłowniczej, zostawiając kopertę na grzejniku. Wyobrażam sobie, ile musisz spożyć alkoholu, żeby strawić te pierdoły, które czytasz. Trochę mi wstyd, że w ciągu mojego długiego już życia ode mnie też wyprodukowałem kilka takich listów. Dlatego postanowiłem, z szacunku dla Twojej znakomitej osoby, napisać list inny niż wszystkie. Chcę prosić o to, czego nie chcę.

1. Chcę cię prosić, żebyś mi nie przysyłał klientów, którzy wszystko wiedzą lepiej, którzy znają kamień z całego świata, którzy przyszli tylko dlatego, że trzeba dać komuś zarobić, ale niekoniecznie.

2. Proszę, nie obdarzaj mnie zleceniami, które są niewykonalne, a wszyscy mi mówią, że dam radę.

3. Trzymaj ode mnie z daleka pracowników, którzy przychodzą tylko po to, że skończył im się zasiłek i trzeba gdzieś się zaczepić, żeby dostać L4.

4. Nie rób mi proszę prezentów w postaci dostawców-czarodziei, którzy na wszystkie moje potrzeby mają „dedykowane produkty” (oczywiście nic nie warte).

5. Nie poznawaj mnie proszę z projektantami, którzy rysując projekt z kamienia nie mają o tym pojęcia i chcą prowizję dwukrotnie przewyższającą marżę tego zlecenia.

6. Nie wysyłaj mnie proszę do dostawców kamienia, którzy mają dla mnie „unikalny produkt”, „kosmiczną okazję” i „niewyobrażalną szansę”.

7. Nie wysyłaj mnie również do takich, którzy przekonują mnie, że nie ma już naturalnych kamieni, „dzisiaj wszystko jest żywicowane, szpachlowane i impregnowane”.

8. Nie dawaj mojego adresu ludziom, którzy będą mi opowiadać o „naturalnym pięknie betonu” – lub cudownych właściwościach spieku – przebijających kamień naturalny.

9. Proszę Cię Mikołaju, nie zabieraj mnie na pokazy, prezentacje i promocje, gdzie ludziom robi się szambo z mózgu i wciska takie badziewie, że pod jego wpływem zęby bolą.

10. Nie zsyłaj na mnie kontroli PIP-u, Urzędu Skarbowego, ZUS-u i Straży Granicznej – jak wiesz nie nauczyłem się być oszustem i nie umiem robić wszystkich tych rzeczy, których oni szukają.

11. Zachowaj mnie Mikołaju od znajomości z klientami, którzy zapłacą „za godzinę”, „dzisiaj nie mają, ale jutro to milion procent”, których księgowa właśnie wyszła, których prezes nie podpisał, ale jutro rano podpisze, którzy są zdziwieni, że tyle są winni…

12. Mikołaju, nie pomagaj mi zdobywać budów, gdzie państwowe układy nie dają mi żadnych szans na równe traktowanie i sprawiedliwą zapłatę.

13. Nie przynoś mi proszę prezentów w postaci zwrotów VAT-u. Ustawiczne kontrole w ślad za twoimi prezentami skutecznie wybijają mi z głowy korzystanie z tych darów.

14. Proszę cię Mikołaju, nie zachęcaj mnie do kredytu w banku. Uwierz mi, że bank nie jest zainteresowany tym, żeby działo mi się dobrze. Bo najlepiej dla banku, żebym był krok przed plajtą, ale żebym nie splajtował, tylko dalej płacił odsetki.

15. Nie obdarzaj mnie władzą, która tak o mnie dba, tak mi chce pomagać i tak zmienia prawo, że tylko spieprzać zostaje gdzie pieprz rośnie.

16. Mikołaju, nie wprowadzaj mnie na inwestycje, które są „sprawą”, a praca jest „patriotycznym obowiązkiem”. Jak wiesz: nie musisz mnie uczyć patriotyzmu, a tam, gdzie poszliśmy razem, ta „narodowa sprawa” skończyła się na kamieniu z Chin i rzeźbach z Wietnamu.

Na koniec, proszę Cię Mikołaju, żebyś się nie odchudzał. Nie daj sobie wycinać żołądka, nie bądź wege, nie prowadź bloga o odchudzaniu i nie reklamuj dietetyków. Gruby, uśmiechnięty, szczęśliwy, objedzony i zadowolony Mikołaj jest kochany przez miliardy ludzi na świecie. Czy uważasz, że jak odchudzisz się jak Małgosia Kożuchowska, to ktoś będzie cię kochał bardziej?
Małe, chude i głodne chodzi złe i zgryźliwe, pamiętaj o tym. Bądź sobą. Kochaj ludzi, bo mimo wszystko, są wspaniali. Wesołych Świąt!

 

przeczytaj cały artykuł

Rekreacje Mikołajka

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 18 grudnia 2019 01:00

Kilka dni temu w telewizji zobaczyłem film, a w zasadzie nawet dwa filmy, nakręcone w oparciu o książki, które były jednymi z moich ulubionych w uczniowskich czasach. Chodzi o książki René Goscinnego – francuskiego pisarza, z polskimi korzeniami – o przygodach Mikołajka. Jedna miała tytuł „Mikołajek”, a druga „Rekreacje Mikołajka”. Potem powstawały kolejne odcinki historii, ale wtedy byłem już na innym etapie rozwoju i czytałem zupełnie inną literaturę.

Otóż tytułowy Mikołajek to dziecko w wieku początkowych klas szkoły podstawowej, który opowiada przygody swoje i swoich przyjaciół (dziś, może z racji wieku, określam te przygody raczej mianem wybryków). Prezentuje przy tym specyficzny sposób rozumowania dziecka, które realizuje swoje zamierzenia i pomysły bez wiedzy i doświadczenia dorosłych ludzi.

Przypomnienie sposobu rozumowania Mikołajka natchnęło mnie do refleksji, że niby wszyscy doroślejemy, a jednak czasem zachowania niektórych z nas pasowałyby bardziej do tytułowego Mikołajka i jego młodych kolegów.

Przykłady?

Do klasy Mikołajka miał przyjść fotograf zrobić zdjęcie klasowe. Jednak Mikołajek i jego koledzy mieli tysiąc pomysłów, jak się ustawić, jaką minę zrobić, jaką pozę przyjąć itd. W końcu, kiedy nauczycielce udało się zapanować nad klasą, okazało się, że fotograf sobie poszedł. Znacie to z dorosłego życia? Bo ja tak.

Do zaprzyjaźnionego zakładu kamieniarskiego przywieziono podnośnik. I choć zakup był realizowany według konkretnego pomysłu, każdy z pracowników i zarządzających miał inny pomysł, gdzie ów podnośnik powinien zostać zamontowany. W rezultacie dyskusje trwały i trwały, aż montażysta, który miał go zainstalować, stwierdził, że po nocy pracować nie będzie i jak fotograf z mikołajkowych opowieści, poszedł sobie. W rezultacie na rachunku za montaż znalazły się: pozycja „nocleg” oraz znacznie dłuższy czas montażu.

Inna dziecięca historia opowiada o tym, jak Mikołajek, po wielu prośbach, dostał w końcu rower. Ojciec udzielił mu wielu rad, zwłaszcza tych dotyczących bezpieczeństwa. W końcu postanowił pokazać, jak się jeździ. Skutek był taki, że wjechał w kubły na śmieci i pogiął kierownicę.

A w kamieniarskim świecie? Po wielu „życiowych” decyzjach i długich przygotowaniach, właściciel firmy zakupił nowego widlaka. W firmie był oczywiście pracownik z uprawnieniami i doświadczeniem w pracy na widlaku. No ale, jak u Mikołajka, szef najpierw udzielił instruktażu, a potem sam postanowił sprawdzić nowy pojazd. Rezultat był dokładnie taki sam – tyle, że po spotkaniu z hałdą gruzu uszkodzone zostało koło widlaka.

Jeden z kolegów Mikołajka dostał piłkę. Zapadła decyzja o rozegraniu meczu. Ale całe popołudnie trwało ustalanie składów: kto w polu, kto na bramce, kto sędziuje. Kiedy chłopcy już wszystko ustalili, okazało się, że kolega zapomniał z domu piłki.

Przypomina to brygadę jadącą na montaż schodów w jednej ze znanych mi firm. Po przyjeździe na obiekt przez pół dnia dyskutowano o technologii montażu – po czym okazało się, że nie przywieziono ze sobą podstopnic. Cóż, zawiodło planowanie, ale to przed wyjazdem do pracy.

Podobnych historyjek z życia wziętych jest mnóstwo. Wszyscy popełniamy błędy. Tyle że to, co naturalne dla dzieci, rzadziej powinno dotyczyć działań dorosłych. Takie błędy prowadzą do strat i tych finansowych i wizerunkowych.

Na poziomie dzieci i podwórka często hierarchia nie jest ustalona, stąd w takim środowisku częste są problemy podobne do opisanych. Tym bardziej, że wiedza i doświadczenie są dopiero zdobywane. W firmach już od progu powinno być jasne, kto podejmuje decyzje i kto ma odpowiednie kwalifikacje.

Noworocznie życzę wszystkim takiej organizacji działalności, która pozwoli realizować wszystkie działania w sposób racjonalny i prowadzący do sukcesu. Bałagan i chaos pozostawmy Mikołajkom i ich kolegom.

przeczytaj cały artykuł

„...do Szakala po kolejną”

Autor: Patryk Nieczarowski - Nieczar   |   Data publikacji: środa, 13 listopada 2019 11:02

102_Strona_76_Obraz_0002b.jpg

…wspomnienie nieoficjalnego pomnika Jana Himilsbacha

Większości z nas listopad kojarzy się przede wszystkim dwiema datami: 1 listopada odwiedzamy cmentarze, a dziesięć dni później, 11 listopada, świętujemy odzyskanie niepodległości. Niewielu osobom – posługujących się „innym” kalendarzem – do których i ja się zaliczam, listopad również kojarzy się z dwoma dniami.

W tym jednym pozornym. 11 listopada przypada rocznica śmierci, a 31.11. pamiętamy o urodzinach… Jana Himilsbacha.

O Janie Himilsbachu napisano już wiele, a jeszcze więcej powiedziano… I nie ma tu znaczenia, czy powiedziano wszystko zgodnie z prawdą (jak choćby dzień urodzin przypadający według dokumentów Himilsbacha w dniu 31 listopada), czy też przekazano kolejną opowieść na kanwie jego życiorysu. Życiorysu przedziwnego, bo w wielu miejscach nieewidentnego. Do czego zresztą świadomie przyczynił się sam Himilsbach kładąc podwaliny swojej własnej mitologii. A później to już poszło...

Himilsbach – ikona polskiej popkultury, aktor, pisarz, kamieniarz... Postać nietuzinkowa. W 1947 roku Himilsbach za swoje młodzieńcze błędy trafia do zakładu poprawczego, skąd za dobre sprawowanie (czyli w nagrodę) skierowany zostaje do Strzegomia. Tam poznaje trudy pracy kamieniarza. Tam też uczy się czytać książki budząc do życia swojego literackiego ducha. Ma to wpływ na jego przyszłe życie pisarza, scenarzysty i aktora.
Himilsbach „garował” za młodu w Strzegomiu, co akurat nie jest wytworem mitologii, ale wydarzeniem bez wątpliwości prawdziwym. Wydarzeniem, można rzec granicznym, budującym przyszłe osobowości i twórczość Himilsbacha.

Jako strzegomianin, a jednocześnie artysta-rzeźbiarz postanowiłem upamiętnić to wydarzenie w możliwie przystępny i właściwy dla mnie sposób, korzystając ze sposobności, jaką dało mi uczestnictwo w VII Strzegomskim Biennale Rzeźby w Granicie w zeszłym roku.

Tak powstała rzeźba Jana Himilsbacha. Inspiracją dla niej była kultowa scena w ogrodzie zoologicznym z filmu Marka Piwowskiego z 1976 roku pt. „Przepraszam, czy tu biją?”. Himilsbach wciela się tam w rolę pijaczka pozującego do zdjęć w stroju niedźwiedzia polarnego. Gra tam tylko epizod, ale dzięki swojej naturalności i dowcipnym dialogom cała scena zdaje się być kompletną etiudą w oderwaniu od fabuły – nota bene stając się bardziej rozpoznawalna od samego filmu.

Początkowy zamysł rzeźby zakładał pełnoplastyczną postać Himilsbacha ubranego w niedźwiedzie futro, dzierżącego w prawej ręce łeb misia, a w lewej pustą, półlitrową butelkę. Nie miałem wątpliwości, z jakiego materiału powinienem wykonać swojego „misia”. Wykorzystałem ciemny granit skandynawski, który posłużył do wykonania portretu Himilsbacha i detali niedźwiedziego łba, oraz jasny granit strzegomski, dobrze korespondujący z bielą filmowego kostiumu niedźwiedzia. To właśnie w tym granicie młody Janek stawiał pierwsze kroki w rzemiośle kamieniarskim w okresie swojej resocjalizacji.
Podczas realizacji rzeźby zmieniłem nieco zamysł.

Skłoniłem się bardziej ku koncepcji w stylu „non finito”, rozszerzając jednocześnie o elementy nawiązujące do kamieniarskiej przeszłości Himilsbacha. Młotek i szpicak położone z tyłu podstawy rzeźby zdają się być odłożone na chwilę, w oczekiwaniu na kontynuację pracy. To celowe, symboliczne nawiązanie do mitologii Himilsbacha. Mitologii nieustannie wykuwanej współcześnie w polskiej popkulturze, ciągle żywej i niedokończonej.
I tak już pójdzie dalej…

102_Strona_76_Obraz_0002.jpg

przeczytaj cały artykuł

Rock and roll

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: środa, 13 listopada 2019 10:48

guitarist-150465_640.png

Co łączy kamieniarzy i rockmanów? Zamiłowanie do burzliwego życia pełnego przygód i ryzyka.
Ta z pozoru śmiała teoria jest jak najbardziej prawdziwa i pełna analogii. Jedni i drudzy mają skłonność do dobrej zabawy i używek. I kamieniarze i muzycy żyją zbyt krótko. Jeżdżą po całym świecie szukając grosza. Zostawiają po sobie pomniki – jedni z kamienia, drudzy kultury. Nie jest im obce nieumiarkowanie w jedzeniu i w piciu. Zaliczają nieskończoną ilość upadków i wzlotów. Stale i uparcie dążą do osiągnięcia sukcesu i sławy. Bronią swojej niezależności i autonomii. I najważniejsze – mają wiecznie poczucie nadziei: na sukces, na pieniądz, na powodzenie.

Lato 1992 rok, Berlin, grupa polskich kamieniarzy w sercu stolicy Niemiec odnawia kamienną elewację jednego z bardziej znaczących budynków. Większość przyjechała „zielona”, ze szlifierkami kątowymi zapoznawała się na miejscu, a dłuta klepał pan Stasiu w kuźni skombinowanej naprędce. Starsi koledzy, niegdysiejszy filar PKZ-etów, urządzają dla młodych wilczków różne atrakcje, np. „dzień bez prądu”. I szok, profil gzymsu ci kamieniarze wykonują bez prądu niewiele dłużej niż my „młodzi-elektryczni”. Łeb w dół, rock and roll.

II.


Ta sama – strefa socjalna. W jednym kontenerze kamieniarze w pośpiechu wcinają śniadanie, czasem coś poczytają, zamienią kilka zdań. Jednak zbiorowe zainteresowanie i entuzjazm wzbudzają trzej starsi koledzy, którzy zajmują malutki kontener obok. Przez małe okienko widać, jak jedzą śniadanie. Kawa w filiżankach, koniak w odpowiednich kieliszkach i świeże kwiatki we flakoniku na stole. Przed okienkiem codziennie ta sama wymiana zdań pomiędzy majstrem a tymi dżentelmenami na temat spożywania alkoholu. I zawsze ta sama odpowiedź: „ja nie jestem koń i na wodę nie chodzę”. W końcu kierownik wpadł kiedyś z alkomatem i uśmiechem w stylu „mam cię!”. Panowie dmuchnęli – wynik: 0,2 promila. Zdolny do pracy, rock and roll.

III.


Na pewną budowę przyjeżdża grupa młodych adeptów kamieniarstwa. Coś już wiedzą, coś potrafią, ale niewiele. Jeden z nich trafia pod opiekę niezwykle spokojnego, starszego kolegi. Młody cały dzień gada bez opamiętania, głowa aż pęka. W końcu starszy wysyła tego młodego z wiadrem, żeby przyniósł „odejrzenie” od kolegów spod wiaty – śmiech słychać było na całej budowie. Na drugi dzień dokończyli młodego, dali mu szlaufwagę (wodną poziomicę) i kazali przenieść poziomy. Wcześniej zalali węża do pełna tak, że nie było bąbelka powietrza. Po chwili przyszedł i mówi, że nie da się, bo nie ma bąbelka. Jeden ze starszych powiedział mu, że wąż się zawiesił i trzeba przedmuchać. Chłopaczyna zdjął kurek z jednej strony i tak się zadął, że mało przytomności nie stracił. Dzisiaj to bardzo dobry kamieniarz, niewielu znam lepszych.

IV.


W Hamburgu, niedaleko lotniska mieszkała duża grupa Polaków pracujących w tym mieście. Jednym z nich był Andrzej, wtedy prawie pięćdziesięciolatek. Miał różne przygody i często z powodu braku znajomości języka wpadał w zabawne sytuacje. Ale był dzień, w którym przebił wszystko. W niedzielę wieczorem do kierownika kontraktu dzwoni policja, czy zna takiego pana Andrzeja. W ekspresowym tempie kierownik znalazł się na lotnisku ratować gamonia. Okazało się, że Andrzej był skrytym miłośnikiem lotnictwa i co niedziela chodził pod płot lotniska, wspinał się na drzewo i obserwował startujące i lądujące samoloty. Ochrona go widziała, ale zawsze mu się udawało czmychnąć. Tak mu się spodobało, że kupił gdzieś używaną lunetę i z nią poszedł na to drzewo. Ochrona zobaczyła, że ma jakąś rurę w rękach (może mini bazuka?) i wezwali antyterrorystów. Dalej było jak zawsze: kajdanki, areszt, 6 godzin przesłuchań itd. Ale najzabawniejszy jest epilog. Po dwóch miesiącach do pokoju kolegów wchodzi Andrzej wyraźnie wstrząśnięty i załamany, z butelką wódki. On, który nigdy nikomu nic nie postawił. Chłopcy zaskoczeni pytają: „co się stało?”. A Andrzej łamiącym się głosem odpowiada: „ Te Niemcy to niedobre ludzie są, drzewo mi wycięli”.


V.

Pewien znany właściciel dużego zakładu kamieniarskiego pojechał do Kazachstanu w sprawie zakupu kopalni kamienia. Obwieźli go po całym kraju helikopterem, ale pomimo wielu zachęt i ciekawych propozycji, kopalni nie kupił. W tym czasie jego zakład realizował duże zlecenie na moją budowę. W pewnym momencie potrzebowałem pilnie się z nim skontaktować. Niestety telefon przestał odbierać, a potem zamilkł. Po trzech dniach prób zadzwoniłem do zakładu. Usłyszałem od córki, że nie wiedzą gdzie jest, ostatni raz dzwonił 3 dni temu, że nie wraca helikopterem do hotelu, będzie wracał konno. Znalazł się po ośmiu dniach!

VI.


Dostaliśmy reklamację, że potężny ornament (prawie 6 metrów) w tympanonie wejścia do pałacu we Frankfurcie nad Menem, jest źle zrobiony i nie da się go złożyć. Przysłali zdjęcia i prośbę, że oni są gotowi nam zapłacić, jeżeli tylko to zrobimy w ciągu tygodnia. Spakowaliśmy się i na drugi dzień byliśmy na budowie. Około południa weszliśmy na rusztowania i nogi mi się ugięły. Panowie rzeźbiarze środkowy fragment kartusza wykuli w lustrzanym odbiciu. Folię, która przenosiła model, przyłożyli odwrotnie. Żeby nie spalić sprawy, zaczęliśmy mierzyć, sprawdzać i grać na czas, aż wszyscy wyjdą z budowy. Do drugiej w nocy wstawiliśmy wszystkie potrzebne fleki a przez kolejne dwa dni przekuliśmy to prawidłowo. Na trzeci dzień przyszedł kierownik i zawołał majstra. „Widzisz Horst, gówno się znasz na kamieniu! Miało się nie dać złożyć, a tu chłopaki w dwa dni dali radę”. Rock and roll.

I tak można jeszcze długo, tych historii wszyscy znamy dużo. Dopóki jest w ludziach fantazja, humor i pasja, ten zawód daje chyba jedną z najcenniejszą rzeczy w życiu. Bezcenne wspomnienia.

przeczytaj cały artykuł

Szybkość bezpieczna

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: środa, 13 listopada 2019 10:45

automotive-148187_1280.png

W życiu miałem kilka pasji. I każda, oprócz sposobu na spędzanie wolnego czasu, nauczyła mnie też podejścia do wielu codziennych problemów. Wśród moich hobby wysoko sobie cenię okres fascynacji rajdami samochodowymi. I nie było to tylko oglądanie rajdów – były także mniej lub bardziej udane starty. To były inne czasy i inne samochody, ale sposób myślenia chyba do dziś się nie zmienił.

W tamtym czasie na rynku wydawniczym pojawiła się książka Sobiesława Zasady: „Szybkość bezpieczna”. To był kultowy podręcznik adresowany do zwykłych kierowców, a wiedza w nim zawarta wynikała z rajdowych umiejętności autora. Było więc w niej sporo informacji o pewnych sposobach jazdy wyczynowej. Dla mnie jednak kluczowe zdanie znajdowało się we wstępie do tej książki i brzmiało: „Ja nikogo do niczego nie namawiam”. Kluczowe, gdyż w dalszej części książka opisała sposoby postępowania na drodze, które mogły być niebezpieczne dla samochodu i kierowcy.

Zapytacie, co ma wspólnego książka o wyczynowej jeździe samochodem z naszą kamieniarską rzeczywistością. Otóż według mnie ma całkiem sporo. Tytułowa szybkość bezpieczna to kompozycja wielu czynników: warunków drogowych, umiejętności kierowcy, rodzaju i stanu pojazdu itd. Zatem szybkość bezpieczną kierowca musi wybrać sam, uwzględniając szereg czynników. We wspomnianej książce autor cytuje pytanie jednego z kierowców zadane podczas spotkania autorskiego: „Z jaką prędkością można wejść w zakręt 90 stopni?”. Odpowiedź była prosta: „z dowolnie dużą”, ale jej rozwinięciem była uwaga, że niewiadomą tylko pozostaje, czy z tego zakrętu wyjdziemy.

Podobnie jest w prowadzeniu działalności kamieniarskiej. Podejmując różne decyzje musimy brać pod uwagę szereg elementów wpływających na działalność firmy. A często można zauważyć, że popełniany jest błąd nieuwzględnienia szerszego spektrum zagadnień.
Ostatnio słyszałem o firmie, która miała wszelkie możliwości techniczne, finansowe, sprzętowe itd. Wystartowała więc do przetargu na dużą budowę: elewacja 3000 m2. Przetarg wygrała i... zaczęły się problemy. Terminy wykonania były dość wyśrubowane, a w firmie nie było odpowiedniej liczby pracowników wprawionych w montażach.

Wszyscy wiemy, że obecnie trudno jest znaleźć pracowników nawet bez kwalifikacji, a co dopiero dobrych i doświadczonych. Terminy się posypały... Taka sytuacja nie jest odosobniona i często dotyczy wielu firm podwykonawczych na wielu budowach. Jeśli pojawia się możliwość szybkiego zarobku lub realizacji dużego zlecenia, to firma takie zlecenie przyjmuje i dopiero potem kalkuluje własne możliwości dotrzymania terminu. W rezultacie kary umowne za niedotrzymanie terminu pochłaniają spodziewany zysk, a czasem nawet powodują stratę.

Oczywiście można – czasem trzeba – posiłkować się kredytem. Ale w ofertach bankowych nie jest napisane: „nikogo do niczego nie namawiamy”. Wręcz przeciwnie. Pracownik banku otrzymuje prowizję od udzielonego kredytu, więc namawia nas do „rajdowego pokonywania zakrętów”. Zwykle nie wspomina, że to jazda na granicy bezpieczeństwa i może skutkować nieukończeniem tego wyścigu. A kiedy w czasie rozmowy o kredycie zauważymy jakieś potencjalne zagrożenia, bankier proponuje nam rajdowy system zmiany biegów – bez zdejmowania nogi z gazu. Ponownie nie wspomina, że można w ten sposób „przekręcić” silnik i spowodować jego poważną awarię. Wszystko, by zyskać swoją prowizję, ale bez zastanowienia nad problemami, które mogą spotkać nas – w końcu nie on będzie w naszej firmie zajmował się windykacją.

W opisywanych przez słynnego kierowcę technikach jazdy jest też metoda na szybkie pokonywanie nierówności w postaci garbów. Przed przeszkodą należy zahamować, a w momencie najeżdżania na garb mocno przyspieszyć. W ten sposób zmniejsza się obciążenie przodu auta i po pokonaniu przeszkody samochód ma większą prędkość. Jednak taki styl jazdy mocno odbija się na zawieszeniu samochodu.

Tu też znajduję kamieniarskie odniesienie: kiedy okazuje się, że jest problem z cięciem jakiegoś materiału, operator bezrefleksyjnie zwiększa prędkość piły. Może i ta metoda zadziała, ale jak długo wytrzyma narzędzie?

Ryzyko w interesach zawsze jest i czasem trzeba je podejmować. Bo podobnie jak w wyczynowej jeździe samochodem, im bliżej granicy „szybkości bezpiecznej”, tym większy odniesiemy sukces na mecie. Ale takie działanie należy podejmować z rozmysłem i świadomością zagrożeń. Pamiętajmy, że auto da się naprawiać za racjonalne pieniądze – rozbity biznes naprawić jest dużo trudniej.

 

przeczytaj cały artykuł
Strona 10 z 27
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Fartuchy wodoodporne dla kamieiarzy
2026-08-18 10:17:44
Producent fartuchów i rękawów wodoodpornych dla kamieniarzy. Sprzedaż wysyłkowa – błyskawiczna wysyłka pocztą lub kurierem. Strzegom, ul. Św. Anny 1/6, www.fartuchywodoodporne.pl, tel. 60 34 26 223, tel./fax 74 8 551 472

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.