Reklama


Felietony

Magia liczb

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 02 lipca 2019 01:00

Oto i mamy wydanie jubileuszowe Kuriera Kamieniarskiego – setny numer. Przy tej okazji naszły mnie spostrzeżenia, jak duże znaczenie w naszym życiu mają równe liczby. Zaczyna się od świętowania pierwszego miesiąca życia, potem roczek, osiemnastka. Dalej obchodzimy rocznice urodzin, ale z wiekiem już tylko dziesięciolecia. Osobiście też w tym roku zaliczyłem kolejną dziesiątkę.

Ale nie tylko równe liczby z systemu dziesiętnego mają dla nas znaczenie.
Przywiązanie budzą też takie liczby jak na przykład 7. Lubimy wyznaczać sobie cele i zwykle na ich realizację wyznaczamy sobie konkretny czas. Zwykle też są to jakieś równe liczby. I tak wpadamy w spiralę gonitwy, która często doprowadza nas do krańcowego zmęczenia.

Nie uważam jednak, że hiszpańska „mañana” jest lepsza. Kiedyś czytałem o starym eksperymencie, w którym na taśmie produkcyjnej pozwolono ludziom decydować o szybkości pracy taśmy. W pierwszym okresie pracownicy ustawili prędkość taśmy na dużo niższej wartości niż ta, jaka była ustawiona wcześniej. Jednak z czasem sami pracownicy zaczęli ją podnosić. Wynagrodzenie było akordowe, więc sami chcieli zarabiać więcej. Ale dopasowanie prędkości pracy do odczucia pracowników okazało się zbawienne. Finalnie prędkość pracy była wyższa od zakładanej.

W tym momencie zapewne zgodzą się ze mną biegacze. Czasem trochę wyższa lub trochę niższa prędkość biegu bardziej nam odpowiada i wywołuje mniejsze zmęczenie, podnosząc szansę na ukończenie biegu w dobrym czasie.

Wracając do pracy. Zmęczenie zwykle przekłada się na wzrost liczby błędów, co może kosztować sporo więcej niż lekkie zmniejszenie tempa. Oczywiście każde zadanie musi mieć jakiś graniczny termin, ale przykładanie specjalnego („magicznego”) znaczenia do równej liczby w mojej opinii to błąd. „Te płyty muszą być wypolerowane na godzinę 14.00 i ani minuty później.” Wszystko jest w porządku, jeśli czas technologiczny potrzebny na ich polerowanie jest krótszy. Jeśli jednak termin jest „na styk”, pojawia się zmęczenie i mogą powstać kosztowne błędy. Może warto powiedzieć „około 14-tej”?

Oczywiście w kontekście działalności nie o wszystkim możemy decydować. Na każdej budowie wyznaczone są terminy, ale zanim podpiszemy umowę, dokładnie przeanalizujmy możliwości jej dotrzymania, przyjmując margines czasowy na nieprzewidziane zdarzenia. A przede wszystkim na proste zagadnienie, jakim są możliwości pracowników. Chyba dziś to najlepszy moment, by o tym przypomnieć – parę dni temu afrykańskie upały pokazały, że nie wszystko można mieć pod kontrolą i warto mieć margines bezpieczeństwa.

Wracając do traktowania w specjalny sposób liczb. Nasze jubileuszowe, setne wydanie, z innej perspektywy lub innym systemie wydawać się może po prostu kolejnym numerem, równie ważnym jak każdy inny. Przykład? Komputery działają w systemie szesnastkowym. Tu wyjątkowe mogłyby być liczby F i FF (po konwersji na system „nasz” dziesiętny odpowiedni 16 i 256). Natomiast dziesiętna liczba 100 miałaby szesnastkowy zapis „64”. Do tego jeszcze dochodzi system binarny, czyli zero-jedynkowy. System, który najprościej zrozumieć tak: albo coś jest albo tego nie ma. Tu zapis liczb jest ciągiem zer i jedynek, ale i tak tego systemu używamy w życiu najczęściej: każda życiowa i codzienna decyzja to „zrobię to” lub „nie zrobię tego”.

Dlatego każdy kolejny numer Kuriera Kamieniarskiego, podobnie jak bieżący i wszystkie poprzednie, będę traktował tak samo, przyjmując system zero-jedynkowy: każde kolejne wydanie, nad którym pracuję, jest ważne. Tak samo ważne – niezależnie czy ma numer 100 czy 126.

przeczytaj cały artykuł

Cyfryzacja świata a druk – zmierzch czy świt papieru

Autor: Justyna Lisek   |   Data publikacji: wtorek, 14 maja 2019 01:00

99_druk.jpg

Odkąd usłyszałam, że e-zwolnienia zastąpią druk L4, przyszła mi do głowy myśl, czy rzeczywiście internet zastąpi kiedyś papier i druk tradycyjny. Niewątpliwie istnieją obszary, w których e-druki mogą uprościć życie, a marzeniem byłoby oczywiście, żeby tak działały urzędy. Choć myślę, że są też przeciwnicy tej rewolucji.

Myślę, że taka zmiana nie dotyczy zupełnie świata reklamy – promowania produktów, usług czy firm. By dotrzeć do klienta, trzeba się reklamować poprzez różne media, bo nigdy nie jesteśmy w stanie stwierdzić, skąd i kiedy klient do nas przyjdzie – przyjdzie, jeśli będzie miał potrzebę, a jak ją będzie miał, to skojarzy to z tym, co już kiedyś widział. Podchodzę do tematu subiektywnie i uważam, że druk jest niezastąpiony w przekazie, przynajmniej tym reklamowym.

Jestem trochę sceptyczna wobec opinii, że reklama w internecie „jest lepsza i skuteczniejsza”. Zastanawia mnie, czy głoszący ją rzeczywiście dogłębnie zbadali tę formę dotarcia do odbiorcy, czy badania przeprowadzili w różnych grupach docelowych i czy zrealizowane to było długofalowo czy jednorazowo.
W dobie internetu papier wciąż odgrywa znaczącą rolę w sprzedaży i promocji wielu gałęzi przemysłu.

Dzisiaj to nadal najprostsza metoda dotarcia do klienta, a przede wszystkim budowania świadomości i dostarczania informacji. Trafimy do Kowalskiego z os. Kwiatowego z ofertą „drzwi na wymiar”, reklamując się właśnie w gazetce osiedlowej czy poprzez ulotkę. Kowalski nie znajdzie wcale naszej firmy, szukając „drzwi” w wyszukiwarce Google. Wzbudzanie świadomości marki w głowie klienta jest potrzebne, a jak potrzeba się pojawi, to odpowiedź już będzie gotowa. Jeśli Kowalski będzie miał potrzebę, przypomni sobie właśnie o naszej firmie z ulotki. Dlatego tak ważna jest właśnie wielotorowa informacja.

Druk to reklama, jak reklama – to drukowana.

A co z samą reklamą? Zdania na temat reklamy w druku i w mediach branżowych bywają podzielone. Jedni uważają, że to przeżytek, że taka reklama trafia do kosza i jest to strata pieniędzy, bo nikt już tego nie czyta, i że rządzi nami internet. Drudzy mają zdanie przeciwne – uważają, że od-biorcy czerpią z drukowanych reklam inspirację i wiedzę oraz poznają nowe produkty, a ci, co się reklamują, mają pewien obraz odbiorcy.

Klient może się pojawić w najmniej spodziewanym momencie. Ostatnio miałam okazję rozmawiać z firmą, która zareklamowała się po raz pierwszy, bo była sceptyczna w tym temacie, i okazało się, że przyszedł klient, który był zainteresowany zakupem najdroższej maszyny – właśnie z tej reklamy. Wcielę się w rolę takiej firmy i spróbuję zadać sobie te pytania: czy jako dostawca artykułów lub usług mogę mieć pewność, że rzeczywiście wszyscy klienci znają mnie i moją ofertę? Czy zrobiłam wszystko, czy mnie odwiedzili na targach, czy widzieli moje produkty na stoisku – a jeśli ominęli moje stoisko przypadkiem, to jak się o mnie dowiedzą?

Pozostają tutaj w sumie trzy drogi – albo zapytają kogoś z branży (prawdopodobieństwo, że padnie akurat nazwa mojej firmy, jest małe), albo znajdą moją firmę przypadkiem w internecie po słowie, frazie, w wyszukiwarce, albo będą szukali w kata-logach targowych, gdzie jest moja reklama, w magazynach, na ulotkach, w newsletterach, wiadomościach. Czy wykorzystałam w tym przypadku każde źródło?

Dobry druk plus odpowiednia reklama działa natychmiast albo po jakimś czasie. Ma spełniać jedną funkcję: przyciągnąć uwagę odbiorcy, by się zatrzymał, zapamiętał nazwę, logo, brand lub inny charakterystyczny element. Dobrze jest mieć coś drukowanego na półce, do czego można w każdej chwili wrócić.
Jedno jest pewne, jeśli chodzi o media i prasę – to one są źródłem wiarygodnej informacji dla publikacji w internecie.

To właśnie tradycyjne media wywołują dyskusję i pomagają wyłonić to, co najistotniejsze w danej sprawie. Internet to z kolei szybkość przekazu, a jednak przez miliony informacji, jakie pojawiają się globalnie, ciężko wyłonić to, co najistotniejsze. Można to porównać do firm, których są tysiące, a mimo tego znalezienie w internecie konkretnego, często nowego dostawcy może być ciężkie.
Dlatego tak ważne jest to, by wyróżniać się dodatkowo w druku tradycyjnym. Odbio

rcy chcą czytać i chcą mieć dostęp do sprawdzonych źródeł. I myślę, że nie należy się obawiać o upadek ani druku, ani powiązanego z tym przekazu reklamowego.

Niniejszy felieton – pierwotnie i w rozszerzonej wersji – ukazał się w Gifts Journal Polska pt. „Digitalizacja a druk – zmierzch czy świt papieru” (nr 1(65)/2019, str. 26). Przedruk i skróty za zgodą autorki.

przeczytaj cały artykuł

Atlas zbolały

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 14 maja 2019 01:00

99_fd1.jpg

Tym razem temat felietonu znalazłem w swoim mieście Opolu. Jest w nim miejsce na Starym Mieście, które niedawno wróciło do opolskiej „galerii miejsc szczególnych”. To Wzgórze Uniwersyteckie znajdujące się dwie przecznice na wschód od Rynku. Choć może tego nie widać na pierwszy rzut oka, jest ono najwyższym punktem miasta wznoszącym się na 165 m n.p.m., a jego historia ma już 1000 lat.

Ideę zagospodarowania tego miejsca opracował pod koniec lat 90-tych ówczesny rektor Uniwersytetu Opolskiego, a obecnie kustosz Wzgórza Uniwersyteckiego, profesor Stanisław Nicieja. Profesor jest znany Opolanom z wielu działań mających na celu zachowanie dla potom-nych pięknych reliktów przeszłości, często zasługujących na miano wyjątkowo cennych zabytków. W ramach tej koncepcji na Wzgórzu znalazło swoje miejsce wiele kamiennych eksponatów, większość po pieczołowitych renowacjach. Są to między innymi: kolumna Maryjna, figury św. Krzysztofa i św. Wojciecha, pomnik Peregryna z Opola czy barokowy zespół rzeźb Cztery Pory Roku.

Natomiast w Polsce Wzgórze Uniwersyteckie pewnie bardziej znane jest ze Skweru Artystów, gdzie stoją rzeźby przedstawiające polskich artystów związanych z Krajowym Festiwalem Polskiej Piosenki. Są tu pomniki tak znanych postaci jak Czesław Niemen, Marek Grechuta czy Agnieszka Osiecka.
Parę dni temu odsłonięto kolejną rzeźbę przedstawiającą Atlasa. Atlas to mityczny tytan, którego Zeus skazał na dźwiganie nieba, za to, że podjął walkę z bogami o panowanie nad światem.

Odsłonięta rzeźba ma dość skomplikowany rodowód. Profesor Stanisław Nicieja kupił w Niemczech niekompletną rzeźbę Atlasa. Nie miała rąk ani nóg, nie było też kuli ziemskiej. Z pomocą przyszedł doświadczony rzeźbiarz i konserwator Rafał Rzeźniczek, który dorobił Atlasowi brakujące elementy. Na kuli umieszczono z jakiegoś powodu napis Uniwersytet Opolski.
Pewnie zastanawia Was, dlaczego w felietonie opisuję pomnik, który, chociaż powstał w dziwny sposób, to nie jest wyjątkowy. Jego odsłonięcie też nie było wyjątkowe.

A jednak. Po uzupełnieniu rzeźby o brakujące elementy okazało się, że ze względu na gabaryty i wagę kuli całość jest niestabilna. Realizacje mające taki problem znane są od starożytności. I zawsze rozwiązywano je w prosty sposób tworząc element wzmacniający konstrukcję. W przypadku Atlasa dodano słupek, o który wsparto rzeźbę specjalnym prętem. Jednak zabrakło przy tej okazji wyobraźni...

Rzecz w tym, że połączenie rzeźby ze słupkiem stabilizującym wykonano w bardzo niefortunnym miejscu. I na dodatek ów nieszczęsny pręt mocujący jest dobrze widoczny dla obserwatora. W tym kontekście utrudzona i zbolała mina Atlasa nabrała zupełnie nowego odniesienia.
Żyjemy w czasach bardzo łatwej komunikacji i na reakcje w internecie nie trzeba było długo czekać. Zdjęcia rzeźby szybko pojawiły się w różnych miejscach opatrzone dosadnymi komentarzami. Większości z nich nie przystoi cytować.

99_fd2.jpg


Błąd, jaki popełniono, może zdarzyć się również w toku normalnej, nie artystycznej pracy. Widziałem już zdjęcia realizacji budowlanych czy nagrobkowych, które oglądane pod pewnymi kątami wywołują skojarzenia odległe od tematu realizacji lub nadają zupełnie inny kontekst obiektowi, na którym powstały.
Warto więc przed ostatecznym wykonaniem danego projektu czy zlecenia przyjrzeć mu się dokładnie i pod różnymi kątami. Może uda się uniknąć kłopotliwych komentarzy.

przeczytaj cały artykuł

Parapet od Armaniego

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: sobota, 23 marca 2019 09:28

98fd.jpg


Jest takie kluczowe dla współczesnych firm hasło: „nie wystarczy coś wyprodukować – trzeba to jeszcze sprzedać”. Z tego powodu powstał marketing.

U nas w branży niestety zwykle kojarzony wyłącznie z reklamą. Cała filozofia sprzedaży sprowadza się do schematu: jakaś reklama, ulotka, mailing i handlowcy – ci w firmie i ci w samochodach. Brak jest całościowych koncepcji obejmujących produkty, sposób promocji i system sprzedaży. No i mało jest firm, które budują wizerunek. Czy ktoś kiedyś słyszał hasło: „a ja to mam kominek od firmy X”?

Wydając pieniądze na dość luksusowy materiał, klienci w dużym stopniu chcą się dowartościować. Albo pochwalić się przed rodziną czy znajomymi. Oczywiście są tacy, dla których argumentem jest trwałość czy jakość, ale próżność to cecha wszystkich ludzi i do tego potrzebne jest poczucie, że to, co kupili jest z „górnej półki”.

Czy współcześnie ktoś, chcąc się pochwalić sąsiadowi, powie: „kupiłem Dacię”? Co innego, jeśli w garażu zaparkował Mercedesa S czy Porsche.

Zwykle nie zdajemy sobie sprawy, jak w niektórych przypadkach funkcjonują firmy odnoszące duże sukcesy rynkowe. Ciekawym przykładem są firmy zwykle kojarzone z modą: Armani, Gucci, Dolce & Gabbana, Versace.

Jakie macie skojarzenie – górnopółkowa moda. Fakt – garnitur od Gucciego to wydatek około 10 tysięcy złotych, jeśli jednak będzie to ubranko szyte na zamówienie, to cena może być dowolnie duża – najskromniej kilkadziesiąt tysięcy dolarów. I to z tych najdroższych ubrań prezentowanych na wybiegach modowych znamy te marki.

Łatwo jednak zauważyć, że sprzedaż takich produktów jest mała, a dochody w stosunku do wielkości firmy niezbyt okazałe. Koszty promowania, udział w pokazach mody, wyszukane reklamy telewizyjne na całym świecie – to bardzo duże pieniądze.

Według mnie ze sprzedaży tych najdroższych produktów takie firmy nie miałyby szans na utrzymanie się.

Jednak zbudowanie marki, pozwala na sprzedaż z dużą marżą produktów, niewymagających od klientów tak dużych nakładów finansowych.

Pewnie większości z nas nie stać na szyty na zamówienie garnitur od Armaniego. Ale woda toaletowa (200-300 zł), t-shirt (250-450 zł) czy chociaż bokserki (150 zł za dwupak) są już w naszym zasięgu.

Właśnie te produkty są sprzedawane masowo. I chociaż w porównaniu do cen produktów nie-markowych są drogie, to chętnie są kupowane i zapewniają ogromne dochody pozwalające na kontynuowanie promocji marki. To system genialny w swojej prostocie.

W naszym kamieniarstwie brakuje firm, które zbudowały lub budują markę, choćby lokalnie. Markę, która będzie promowała się wyrafinowanymi realizacjami, designerskimi projektami, ultradrogimi materiałami – po to, by wykształcić u klienta chęć posiadania czegoś sygnowanego marką, którą można się pochwalić. Wtedy blat kuchenny – z dyskretnym, znanym logo, o wartości 3000 złotych – da się sprzedać za 9 tysięcy.
Czy w ogóle w kamieniarstwie ktoś poszedł tą drogą? Niewielu, ale są pozytywne przykłady.

Wszyscy w branży znamy firmę Antolini Luigi. Fantastyczny „show room”, bajeczne ekspozycje targowe (zwłaszcza w Weronie) i dopracowane reklamy wizerunkowe. W ofercie stoliki i płyty wykonane z kamieni półszlachetnych często uzupełnionych kamieniami od Swarovskiego, za równie wyszukane ceny. Podobnie jak firmy, o których pisałem wcześniej, sprzedają również zwykłe materiały po cenach raczej niekonkurencyjnych.

Warto przemyśleć te przykłady i zastanowić się, czy nie przekształcić swojej firmy w ten sposób. Może i w Polsce będzie można wkrótce zobaczyć parapety od kamieniarskiego Armaniego.

przeczytaj cały artykuł

Ludzie to mają sposoby na wszystko

Autor: Chivas   |   Data publikacji: sobota, 23 marca 2019 09:21

98chivas.jpg

Pewnego dnia znalazłem na dywanie taki patyczek. Patyczek jak patyczek, nie za duży, ale do gryzienia się nadawał. Potem Pan coś krzyczał o jakimś rysiku i tablecie. Nie rozumiem, co ma wspólnego patyczek na dywanie z deseczką na biurku, ale Pan warczy na mnie, jak podchodzę do komputera. Dlatego długo nie pisałem. Ale udało mi się niepostrzeżenie wkręcić przed klawiaturę, więc podzielę się tym, co widziałem ostatnio.

Pan jechał na jakąś dużą budowę i zabrał mnie ze sobą. Było ciekawie, chociaż trzeba było uważać, bo wszędzie leżały jakieś metalowe kawałki i gruz, a ja przecież nie mam nic na łapach. Pan rozmawiał z jakimś eleganckim człowiekiem, a ja obserwowałem ludzi, którzy zajmowali się tym, co interesuje Pana, czyli kamieniem. A na tej budowie było tego dużo.

Wszystko wyglądało na gotowe, ale widocznie coś było nie tak, bo wszyscy wyglądali na bardzo zajętych. Jeden z kawałków kamienia na podłodze faktycznie wydawał się jaśniejszy od innych. Więc ci bardzo zabiegani ludzie, którzy byli ubrani w jednakowe, niebieskie ubranka, chodzili we wszystkich kierunkach, co chwila przystając i oglądając coś pod nogami. Wyglądali jak gołębie na trawniku pod domem Pana.

W końcu jeden z nich przyniósł taką puszkę i zaczęli smarować czymś, co bardzo śmierdziało, ten jaśniejszy kawałek. Ciekawe, bo faktycznie zrobił się ciemniejszy i wszyscy zaczęli być mniej nerwowi. Chyba jednak na krótko, ale o tym pewnie dowiedzieli się później – podobnie jak i ja. Po tym, jak wlazłem na tę płytkę, moja łapa też zrobiła się ciemniejsza, jednak po dwóch dniach była już normalna.

Na budowie poszedłem za jednym z tych ludzi w niebieskim ubranku. Podszedł on do ściany, na której też był kamień. Okazało się, że jedna płytka miała urwany narożnik i ten narożnik leżał obok, na ziemi. Znów pojawiła się puszka – tym razem była niebieska, a zawartość gęstsza niż moja zupa, ale równie śmierdząca.
Człowiek posmarował kawałek tą śmierdzącą zupą i przyczepił do ściany. Nawet nie było widać gdzie. Tylko też pewnie niezbyt długo. Bo chciałem to obwąchać i ubrudziłem nos, do którego potem przykleił się jakiś okruch kamienia i zaraz odpadł, a na drugi dzień śladu nie było.

Pan pił kawę, a ja tak łaziłem za tymi ludźmi z jednego miejsca na drugie i patrzyłem, jak oni zmieniali te kamienie. Mieli sposoby na wszystko. Zarysowany kawałek też był smarowany, ale tym razem czymś przezroczystym, a potem taka hucząca maszyna zrobiła to miejsce zupełnie gładkie. Ciekawe, że żaden kawałek kamienia, nie był zamieniony na inny – tylko puszki ze śmierdzącą zupą były co chwilę inne.

Potem zebrała się większa grupa takich eleganckich. Wszystko oglądali, a na koniec podawali sobie łapy i podpisywali jakieś papiery.
Jak to obserwowałem, to mi zaświtała taka myśl, że to strasznie podobne do mojego przyzwyczajenia. Pan wyprowadza mnie na spacery również po to, żebym załatwił swoje potrzeby. I wiecie co? Zawsze po tym, jak coś nabrudzę, to obracam się i staram się zakopać. Wiem, że to nic nie daje, ale to odruch – zostało po dzikich przodkach, którzy zacierali po sobie ślady. Dopiero jak Pan sprzątnie po mnie, sprawa jest rozwiązana.

Wiem to, ale i tak zakopuję. Ci ludzie chyba też tak mają, ale wątpię, czy po przodkach. Przecież ten ich szef widział, co robią i na koniec poszedł do nich i też im podawał łapę. Mówił też coś o premii. Nie wiem, co to premia, ale chyba jakiś smakołyk.

Mój pan jakoś nie daje mi smakołyków za marne próby zakopania tego, co zostawiam na trawniku. Pewnie gdybym zakopał to skutecznie też mógłbym liczyć na jakiś supersmakołyk.

przeczytaj cały artykuł
Strona 12 z 27
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Domeny na sprzedaż
2026-08-26 00:00:00
DOMENY NA SPRZEDAŻ spiekikwarcowe.com.pl, marmur-granit.com ZAPROPONUJ SWOJĄ OFERTĘ malwinawyrwiak@sole.pl, tel. 510 047 890

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.