Reklama


Felietony

Maradona

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: piątek, 28 kwietnia 2017 01:00

Maradona0.jpg

Na początek anegdota z życia wzięta.

Paręnaście lat temu mieliśmy w stolicy budowę, na której Inspektorem Nadzoru był niezwykle interesujący i nietuzinkowy człowiek, pan W. Kiedy doszło do odbioru robót pan W., we właściwy dla siebie sposób, pokazał nam, co zrobiliśmy źle, czego nie umiemy i czego musimy się jeszcze nauczyć. Po kilku tygodniach „czołgania” wreszcie nasze prace zostały odebrane.

Poszliśmy razem z kolegą do pana W. I zaprosiliśmy go na obiad. Było bardzo miło, sypały się anegdoty, iskrzyło humorem, aż nagle mój kolega, który de facto prowadził te roboty, zapytał pana W.: „Panie Inspektorze obiecałem sobie, że jak wreszcie oddam tę robotę to zapytam pana o jedno. Dlaczego jest pan taki ch…?” Ja zamarłem, a pan W. niewzruszony i nie przerywając konsumpcji odpowiedział. „Widzi pan, faktycznie coś w tym jest. Ja sam wiele razy się nad tym zastanawiałem, i myślę, że ja się taki urodziłem…”

Przez następne lata spotkałem wielu inspektorów i usłyszałem niezliczone opowieści o odbiorach. I —jak to w życiu —okazywało się, że pomimo zapewnień, nie zawsze ten Wykonawca był taki niewinny, a ten Inspektor taki straszny. Prawda zazwyczaj leży pośrodku, a obie strony toczą ze sobą zmagania przypominające trochę zawody sportowe. Mnie te zawody kojarzą się z piłką nożną, gdzie występują charakterystyczni gracze. Tych zawodników można by rozstawić w parach odpowiadających budowlanym realiom.

1. Inspektor Widmo kontra Wykonawca Solidny —dla wielu wykonawców wymarzone losowanie.
Nikt się nie wtrąca, robota idzie, inspektor podpisuje — jest super. Do czasu, kiedy wejdzie ktoś z ławki rezerwowej i nastąpi zmiana. A wtedy wygrana przez Wykonawcę nie koniecznie będzie oczywista.

2. Inspektor Grzeczny kontra Wykonawca Cwaniak —w rozgrywkach bardzo częste spotkanie.
Wykonawca wszystko robi jak chce i kiedy chce, Inspektor bezsilnie usiłuje ucywilizować spotkanie. Mecz jest jednak sprzedany, bo Wykonawca ma układ z kimś wyżej.

3. Inspektor Gwiazda kontra Wykonawca Osaczony —w tym meczu zwycięzcą może być tylko On.
On Alfa i Omega, Bóg i Car. Musi być nerwowo, głośno, musi być komplet publiczności. Dla efektu nie zawaha się nawet przerwać spotkanie wpisem do Dziennika Budowy.

4. Inspektor Spółdzielca kontra Wykonawca Bankomat —w tym spotkaniu wszystko jest jasne: wiadomo, kto sprzedaje, a kto kupuje.

5. Inspektor Inżynier kontra Wykonawca Oszust —bardzo często rozgrywany mecz.
Wygrywa najczęściej Inspektor —jak prze-trwa kontuzje kardiologiczne, psychiatryczne i nerwowe. Wykonawca fauluje i oszukuje bezustannie i jest wiecznie zdziwiony, że ktoś stale zwraca mu na coś uwagę.

6. Inspektor Badacz kontra Wykonawca Stoik —często rozgrywane spotkanie ze wskazaniem na remis.
Wszystko zależy od cierpliwości Wykonawcy i dociekliwości Inspektora.

7. Inspektor Consigliere kontra Wykonawca Ofiara —tu inspektor jest jak Tom Hagen w „Ojcu Chrzestnym”. Plan powstał wcześniej, on go tylko realizuje, a Wykonawca może się tylko modlić, żeby nie musiał zamknąć firmy.

8. Inspektor Policjant kontra Wykonawca Bandyta —wbrew pozorom Inspektor nie zawsze wygrywa.
Czasami dla dotrzymania terminów i zapobieżeniu płacenia kar Bandyta może wygrać.

I można mnożyć jeszcze więcej opisów — większość czytelników zna te rozgrywki doskonale. Problem tak naprawdę nie dotyczy graczy, ale zasad gry: kto i jak je ustala i czy zmienia je w trakcie spotkania. Mamy Polskie Normy, Prawo Budowlane, Umowy. Ale ile razy dzwoni ktoś znajomy i błaga: „znajdź, daj mi jakąś normę, zawziął się na mnie, nie chce mi odebrać”. Te normy oczywiście są ogólnodostępne, jak czegoś nie ma to zazwyczaj jest w normach niemieckich lub innych europejskich. Ale kto te papiery nosi ze sobą?

A przecież można by, na wzór zachodnich sąsiadów, opracować praktyczne zastosowanie norm. I tak na przykład: zęby na posadzce —pod
poziomicę dwumetrową można podłożyć najwyżej dziesięciogroszówkę. Na fasadzie do pionu pod listwę nie może wejść nic ponad „piątaka”. Tych sposobów sprawdzania zgodności z Normami można opracować bardzo wiele, problem, kto to opracuje i uwierzytelni. Może Izba Rzemieślnicza, może ZPBK? Na pewno skorzystaliby wszyscy — najwięcej kamieniarze. Ale i klienci również.

Tęsknię czasem za panem W. Zasady spotkania z nim były ustalone jasno i klarownie: był twardy, nieustępliwy i wymagający. Z perspektywy czasu doceniłem fakt, że miałem okazję zagrać z samym Diego Maradoną. W tym meczu nie sposób było go pokonać, ale dopiero dzisiaj zrozumiałem, że istotą była gra, a nie wynik.

Maradona1.jpg

przeczytaj cały artykuł

W oparach absurdu

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: piątek, 28 kwietnia 2017 01:00

Zdarzało mi się już na niego powoływać. Jak powiedział As: „Ważne jest przestrzeganie przepisów BHP, zwłaszcza na kolei.”* Mój ulubiony, niewystępujący w hollywoodzkich blockbusterach, superbohater pouczał tymi słowami dróżnika, który zasnął w pracy. 

Na kolei nie zdarza się Wam zapewne pracować, za to równie ważne są wspomniane zasady w naszym codziennym, budowlanym życiu pracowniczym. Nie raz i nie dwa widywałem sytuacje, w których na Asa należałoby się powołać.

BHP głęboko ukryte

Fachowiec, jak wiadomo, pić musi. Dlatego też wielu fachowców w stanie wskazującym na mocne spożycie na budowach widywałem. Czasami cudem był fakt, że niektórym z nich nic złego się nie przydarzyło. Ot, choćby montażyście pracującemu w zaprzyjaźnionej firmie przy montażu elewacji. Jego stan był tak kiepski, że błędnik miotał nim po całym rusztowaniu. To był taniec z płytą granitową (nie była mała, pewien nie jestem, ale coś blisko standardów, 120 cm x 60 cm), którą chciał zamontować (jakimś cudem) na wysokości drugiego piętra. Strach było krzyknąć, żeby przypadkiem nie postanowił się zbliżyć do krawędzi rusztowania, by sprawdzić, kto i w jakim celu woła. Na szczęście udało mu się odłożyć rzeczoną płytę, a chwilę potem przechwyciła go reszta brygady znajdująca się rusztowaniu.
Różne cuda widziałem, Wy zapewne też. Również teraz się to zdarza...

...nie ukrywajmy

Sięgnijcie do pamięci: czy zdarzyło się, żeby z któregoś z zakładów lub firm kamieniarskich nie poleciał choćby jeden pracownik za picie alkoholu w pracy? Jeśli przedstawiciele takich firm ten tekst akurat czytają, to gratuluję, składam wręcz hołd. Mnie się tego uniknąć nie dało. Czasami wręcz przez alkohol bywało na budowach nieśmiesznie.

Eliminacja

Jest czas na pracę, czas na zabawę, a przy tym alkohol. Truizm, wiadomo. Czasy wolnej amerykanki w zakresie zasad bezpieczeństwa na budowach —szczególnie tych dużych —odeszły w zapomnienie. Było minęło. I dobrze. Choć, jak zawsze w naszym polskim piekiełku, nie do końca.

Absurdy

Jak to się u nas zdarza. Nie wszędzie, nie generalizujmy, ale już taka cecha ludzkiej percepcji, że rejestruje przede wszystkim skrajności. Codzienne sprawdzenie trzeźwości na bramie? Tak! Każdy powinien posiadać kask? Tak jest! Buty z wzmocnieniem na noskach? Tak. Ponadto wiele, wiele innych rzeczy - tak. Ale...

Skrajności

Montaż posadzki, kamieniarze ją montujący są jedynymi pracownikami. Nie ma tam ponadto nikogo, temperatura w pomieszczeniu sporo powyżej 25 stopni. Wszyscy pracują w kaskach klepiąc posadzkę, nerwowo rozglądają się za każdym razem, kiedy ściągają je, żeby wytrzeć pot z czoła. Abstrakcja? Tak, ale niestety jest to sytuacja prawdziwa, niewymyślona.
Montaż wentylacji, ludzie ją montujący z drabiny starają się dostać do jednej z rur. Przychodzi behapowiec i kategorycznie zabrania pracy z drabiny —żąda rozstawienie rusztowania. Za chwilę lecą wyzwiska. Montażyści nie mają siły tłumaczyć, że pomieszczenie jest zbyt małe, aby rusztowanie w nim rozstawić. Nie. Nie i koniec —nie ma możliwości ominięcia zasad.

Transport na budowę. Kierowca małego samochodu dostawczego nie może wjechać na budowę, ponieważ nie ma koguta sygnalizacji świetlnej. Znajduje się jakaś dobra dusza, która użycza swojego. Co z tego, jak ochrona i tak nie chce go wpuścić, ponieważ jego samochód nie daje sygnału dźwiękowego podczas cofania.
Badania lekarskie, wiadomo, rzecz niezbędna. Konia jednak z rzędem temu, kto przewidzi, iż lekarz wykonujący badania, straci za pół roku uprawnienia do ich wykonywania. Według Pani Inspektor nie jest to żadne wytłumaczenie – badania po prostu przestają być ważne. Kropka. Zrobić je trzeba ponownie.
To tylko skromny wyciąg z warszawskich budów firmy X, na których inspektor bhp zaczął być szarą eminencją. Niestety, często są to ludzie bez jakiejkolwiek fantazji, których – o zgrozo! – boją się czasami nawet kierownicy (karani również).

Konsekwencje

Pojawiły się szybko. Nawet bardzo szybko. I nie spodziewałem się tak szybkiej reakcji. Firmie X nikt już nie chce przygotowywać wycen, ponieważ nikt nie ma zamiaru podpisywać z nimi umów. Nie tylko kamieniarze, również gipsiarze, elektrycy etc. Po co się męczyć, skoro później i tak nie dadzą ci pracować?
Pamiętajmy, zasady są ważne, ale również pisane przez ludzi. Należy je stosować, ale to od nas zależy ich interpretacja. A czasami ich literalne traktowanie prowadzi do absurdów. Których jak najmniej sobie i Wam życzę.

 

przeczytaj cały artykuł

Sprzedawcy marzeń

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: piątek, 28 kwietnia 2017 01:00

Kiedyś kupowałem wędliny w małym sklepie i byłem dość dociekliwy. Czy szynka jest świeża, czy bez konserwantów, czy wędzona tradycyjnie itd. Oczywiście sprzedawca zapewniał mnie, że takiej jeszcze nie jadłem, chyba, że mam kontakty na wsi (i mam dostęp do wędlin z domowego uboju). Bo on (sprzedawca) zaopatruje się w małej masarni i wszystko ma absolutnie ekologiczne.
Oczywiście szynka w smaku nie odbiegała od innych, kupowanych w sklepach sieciowych, a o wątpliwej świeżości przekonałem się już po 3-4 dniach. Zdecydowana różnica dotyczyła tylko mocno ekologicznej ceny.

Kupujący zawsze ma marzenia, że to, co kupuje jest absolutnie „naj”. I ulega zapewnieniom sprzedającego, bo w tym momencie usłyszane słowa spełnią jego potrzebę polegającą na usłyszeniu potwierdzenia o wyjątkowości nabywanego towaru.

Między innymi z tego powodu sukcesy rynkowe odnoszą marki intensywnie reklamujące się. Na przykład środki mające spowodować znaczącą utratę wagi lub porzucenie nałogu palenia sprzedają się doskonale i to przy bardzo wysokiej rentowności.
Wszystko w porządku. Tylko skąd dookoła tyle otyłych ludzi i palaczy?

Zdarzają się tacy, którzy zrzucili wagę lub przestali palić. I czasem są święcie przekonani, że to za sprawą kupionych za niemałą gotówkę specyfików. Tak naprawdę w ulotkach środków na odchudzanie sporo jest informacji o diecie i konieczności wysiłku fizycznego i dzięki temu czasem osiąga się efekty. To trochę jak z zupą z gwoździa —kto nie zna tej opowieści, to zapraszam na facebook.com/KurierKamieniarski.

Poza tym, jeśli ktoś sięga do portfela, aby kupić specyfik jest zdeterminowany do osiągnięcia celu, a to już połowa sukcesu.
Co mają powyższe rozważania do kamieniarskiej rzeczywistości? Moim zdaniem dużo. My też robimy zakupy: maszyn, narzędzi czy chemii i ulegamy sprzedawcom marzeń. Obiecują nam, że tani chiński rzep będzie pracował tak, jak droższy renomowanej marki, a linka nieznanego
producenta kupiona z samochodu nieznanego handlowca, będzie pracowała dłużej od każdej innej.

Takie postępowanie handlowców jest łatwo zrozumieć —wiedzą, że każdy marzy o tym, żeby kupić dobry towar za małe pieniądze —tyle, że to zdarza się niesłychanie rzadko. Częściej taki rzep po 10 minutach pracy nadaje się do kosza, a linka zrywa się jeszcze w trakcie tej samej dniówki.
Wyklinamy wtedy sprzedawcę i obiecujemy sobie, że nigdy więcej nie ulegniemy. Niestety, wiara w marzenia leży w naszej naturze. Więc wcześniej czy później ulegniemy innemu sprzedawcy.

Rzeczywistość bywa jednak przewrotna i kiedy zrobimy blat kuchenny (zużywając stertę rzepów zakupionych w ramach realizacji marzeń o tanim i dobrym produkcie), to klientowi będziemy opowiadać, że kupuje blat z bardzo egzotycznego, rzadkiego i niespotykanego kamienia (Orion). W ten sposób zaspokoimy marzenia klienta o unikatowym wyposażeniu jego kuchni.

I tak żyjemy: kupując i sprzedając marzenia. Jakbyśmy mogli o sobie powiedzieć cytując Alicję w Krainie Czarów: „Codziennie rano, jeszcze przed śniadaniem, wierzę w sześć niemożliwych rzeczy.”

Marzy się też każdemu świat uczciwy, bez handlu marzeniami. Tyle, że na co dzień wszyscy posługują się dewizą: „Nikt ci nie da tego, co my ci obiecamy.”
I raczej nic tego nie zmieni —chociaż trzeba próbować.

przeczytaj cały artykuł

Koniec wieńczy dzieło, czyli uważaj jak impregnujesz

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: wtorek, 07 marca 2017 10:09

Budowlana tradycja: wiecha, glajcha, kawał drzewka na więźbie. Koniec roboty blisko, pozostały jedynie detale. Zarówno my, jak i klient, szykujemy się do nieuchronnego pożegnania i opuszczenia miejsca prac po rychłym ich zakończeniu.

I wtedy...

Chwila – moment, przebłysk geniuszu, a raczej czegoś zgoła przeciwnego. Zamiast odebrać zapłatę i odejść do następnych wyzwań – szukanie dziury w całym. Zamiast zwyczajnie poprawić fugę i pozamiatać po sobie pojawia się myśl: „a niech tam; poprawię jeszcze ten poler na płaszczyźnie pod oknem – jego brak nie rzuca się w oczy, ale będzie mnie męczyć, że nie wygląda to idealnie”.

I wtedy... (na bis)

Poprawiamy. W myśl powiedzenia naszego klasyk-premiera, że prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. I popełniamy rytualne kamieniarskie seppuku. Ostatnie dotknięcie, które niweczy cały efekt poprzednich prac. Cała robota do wykonania od początku. Drobna poprawka, która niweczy dotychczasowy, kilkunastodniowy wysiłek. Robota nieodebrana, posadzka do polerowania, kilka dni pracy „w plecy”. Klient wściekły, kasa zablokowana. I jeszcze skorzysta z okazji do urwania czegoś z umówionej ceny.

Nie spotkało Was to?

Nie wierzę. Każdy z nas czasem ma chęć zostania świętym od kamienia i poprawienia czegoś, co tak naprawdę zostało dobrze wykonane.

Nadgorliwość gorsza od faszyzmu

Tak mawiają. I zdarza mi się widywać potwierdzenia tego stwierdzenia albo uczestniczyć w naprawianiu owoców owej nadgorliwości w dążeniu do kamieniarskiej doskonałości. Pojawia się ona w momentach tak nieoczekiwanych, że właściwie pozostanie tylko popłakać się ze śmiechu.
Pojawiają się też błędy, czasem tak głupie, że aż przerażające albo przekraczające ludzką wyobraźnię. Czasami zastanawiam się, jakimi drogami podążały myśli człowieka, który je popełnił.
Ale błędy były i będą. Jest jednak jeden, z którym spotykam się dość często, a któremu równie często nie da się już nic zaradzić.

Impregnacja

Niestety częsta zmora. Nie tylko nasza – jak się ostatnio przekonałem przyglądając się betonom architektonicznym i betonowym posadzkom. Widziałem już wiele efektów kamieniarskiej pracy, które zostały zniweczone przez użycie środka – niewłaściwego, przeterminowanego, przemrożonego etc. Impregnacja potrafi ratować przyciemniając materiał i/lub niwelując różnice w jego kolorystyce. Potrafi również zniszczyć całą wykonaną pracę.
Najczęściej to wina złego dobrania impregnatu. Choć reakcja niektórych kamieni na niektóre z nich potrafi być zaskakująca (pamiętacie problemy z bazaltem chińskim kilka lat temu?) i trudna do przewidzenia. Szczególnie przy materiałach, które przyjeżdżają do nas już po dość radykalnych działaniach wzmacniających kolory. Zdarzało się też, że impregnat wchodził w reakcje z konkretnym klejem i raczył zainteresowanych pięknymi wykwitami. Trafiały się także wysolenia i wiele, wiele innych cudów.
Drugi – po złym doborze – z najczęstszych błędów to niestety pośpiech...

„Czas to pieniądz”

Tak powiadają. W tym wypadku jednak spieszyć się należy powoli. O kumulację nietrudno: zły środek zamykający wilgotny kamień, za krótki czas na schnięcie i odparowanie kleju, zamknięcie fug i... klops gotowy. Przychodzimy obejrzeć nasze dzieło, a oglądamy poplamione ściany, posadzki, które nie zamierzają schnąć. Bo i jak? Wszystko dokładnie uszczelnione.
Impregnacja właściwym środkiem przy nie-właściwych warunkach pogodowych – klops drugi. A łagodne środki, nieniszczące kamienia, do usuwania impregnatów potrafią nie zadziałać. Co robić?

Próbować

Innego wyjścia nie mamy. Ponadto zasięgać języka – nie tylko u tych, którzy nam środki sprzedają, ale i u tych, którzy ich na co dzień używają.
Zdarza się, że próba zrobiona w kącie nie da jednoznacznej odpowiedzi. Trudno, trzeba sprawdzać na większym kawałku. Zawsze lepiej zerwać dwie płytki 60 x 60 cm, niż demontować i wyrzucać sto metrów zaplamionych płytek z niewłaściwie zaimpregnowanego tarasu.

Kończąc – oby się to w podejrzany sposób nie kojarzyło – życzę wszystkim szczęśliwych zakończeń robót i wielu udanych impregnacji!

przeczytaj cały artykuł

Wysłuchać klienta

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: wtorek, 07 marca 2017 10:07

Kupowałem ostatnio lodówkę – stara odmówiła dalszej współpracy. Odwiedziliśmy z żoną kilka sklepów, w których propozycji było wiele. Zbyt wiele. Stanęliśmy przed dylematem, co wybrać. Wydawać by się mogło, że można liczyć na sprzedawcę. W końcu zna się na tym i przeszedł przeszkolenie z obsługi klienta. Trochę się jednak przeliczyłem, a różnice w poziomie obsługi były bardzo widoczne.

W pierwszym sklepie moje potrzeby kompletnie nie interesowały sprzedawcy. Nie słuchał, tylko z marszu zaprowadził mnie do tych najdroższych, zachwalając ich „fantastyczność”. Nieśmiało próbowałem przekazać mu podstawowe informacje, że mieszkamy z żoną już tylko we dwoje i dwudrzwiowa ogromna „szafa” średnio nam jest potrzebna, a na dodatek kuchnia jest mała i ta wielka „lodówa” nawet się w niej nie zmieści. Drugą ważną informację dotyczącą kolorystyki już posiadanych sprzętów też zignorował. Poszliśmy z żoną do innego sklepu. Tu było podobnie. Dopiero w kolejnym spotkaliśmy personel, który uwolnił się od własnych przekonań i chęci zrobienia maksymalnego obrotu, na rzecz tak podstawową, jak zrealizowanie naszych potrzeb. Wizyta zaczęła się od pytań jak dużą mamy rodzinę, jakiej wielkości jest kuchnia i jaka jest jej stylistyka.

To było to, czego oczekiwaliśmy. Zaproponowano nam też dodatkowy rabat, jeśli kupimy jeszcze jakieś urządzenie. Sprzedawca poświęcił nam dużo czasu i to głównie na słuchanie i dopasowywanie oferty do naszych potrzeb – doszło do transakcji.

Nie inaczej jest w kamieniarstwie. I to na każdym etapie. Sprzedający hurtowo materiał nie może kierować się tym, że określony rodzaj kamienia ma w dużej ilości i koniecznie chce go sprzedać. Klient realizujący roboty dla końcowych odbiorców wie, na co ma popyt. Oczywiście można pokazać materiały podobne, bo być może będzie chciał spróbować. Ale najważniejsze są potrzeby, z którymi przyszedł.

Przy sprzedaży maszyn też najważniejsze są potrzeby klienta. Z ofertami na maszyny wykraczającymi poza jego zainteresowanie trzeba uważać. Pamiętam przypadek, kiedy na targach w Weronie nasz rodak dał się ponieść fantazji i klimatowi słonecznej Italii. Zakupił maszynę do produkcji kostek typu „puzzle” z odpadów z płyt. W praktyce okazało się, że zbyt na taki produkt jest minimalny i maszyna głównie obrastała kurzem na hali. Szukał chętnego na odkupienie tego cuda, ale ważniejsze jednak jest to, co myślał i mówił o firmie, która mu sprzedała ten wynalazek... W przyszłości pewnie mocno się zastanowi przed jakimkolwiek zakupem u tego producenta. O „udanej inwestycji” opowiada też innym w pełnej epitetów historii.

Sprzedający klientowi końcowemu mają podobne zadanie jak sprzedawca wspomnianej lodówki. W pierwszej kolejności trzeba dowiedzieć się jak najwięcej o kliencie nie ograniczając się tylko do zbadania zasobność jego portfela. Najważniejsze są jego potrzeby, poczucie estetyki i stylistyka miejsca, w którym kamień zostanie użyty. Oczywiście poza zaspokojeniem jego potrzeb warto próbować zaoferować mu coś więcej niż to, na co sam wpadł – ale w zgodzie z jego potrzebami i oczekiwaną stylistyka. Niewykluczone, że zamawiając posadzkę zdecyduje się na nowy blat w kuchni lub stół pasujący stylistycznie do niej, ale zacznijmy od posadzki.

W teorii marketingu jest napisane dużymi literami, że firma działa nie dla osiągnięcia zysku, tylko jej celem jest zaspokojenie potrzeb rynku. Zysk pojawia się, jako element wtórny – oczywiście, niezbędny dla istnienia firmy, ale jednak wtórny.

Warto o tym pamiętać zanim zaczniemy przekonywać klienta do blatu z Azul Macaubas na zielonych meblach kuchennych.

przeczytaj cały artykuł
Strona 19 z 27
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Domeny na sprzedaż
2026-08-26 00:00:00
DOMENY NA SPRZEDAŻ spiekikwarcowe.com.pl, marmur-granit.com ZAPROPONUJ SWOJĄ OFERTĘ malwinawyrwiak@sole.pl, tel. 510 047 890

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.