
Pamiętacie jak w filmie „Sami swoi” Pawlak z Kargulem kabana pastowali?
Tyle razy widziałem ten film, a śmieszy mnie za każdym razem ta scena, jakbym ją widział pierwszy raz. Mniej mnie śmieszy jak widzę „pastowane” elewacje czy posadzki. Nie tylko nie śmieszy, ale irytuje i złości, a czasem wręcz powoduje osłupienie.
Kamień malowano praktycznie od prehistorii. Czy były to figuralne przedstawienia, motywy roślinne czy wielkie polichromie, kamień często bywał barwnym elementem elewacji. Jeszcze w XVIII wieku była to praktyka dość powszechna, ale z biegiem czasu kamień przestał być tylko materiałem budowlanym czy konstrukcyjnym, zyskał autonomiczność wizualną i zaczął być postrzegany jako element składowy kolorystyki budynku.
W XX wieku w powszechnej świadomości kamień funkcjonuje już w przestrzeni publicznej w kolorze naturalnym. Malowanie kamienia przestaje być akceptowane i postrzegane jest jako dewastacja i niedopuszczalna praktyka.
Na taką ewolucję estetyki złożyło się wiele czynników. To temat na osobne rozważania z udziałem historyków sztuki i socjologów.
W XXI wieku doświadczamy znowu pewnej wolty. Przemysł kamieniarski, wykorzystując osiągnięcia najnowszych technologii, oferuje produkty o mocno zmienionej kolorystyce względem naturalnej. Koloryzacja ta następuje na etapie produkcji wykorzystując żywice epoksydowe, polimery czy inne środki chemiczne. W efekcie slaby mają bardziej intensywne kolory, zanikają plamy i wybarwienia.
Można też pogłębić poler zalewając żywicą mikropory kamienia. Płyty są o wiele bardziej efektowne i intensywne kolorystycznie. Takie praktyki są powszechne, nikt się przeciw temu nie buntuje. Kamieniarze i klienci zaaprobowali fakt, że Multikolor jest bardziej czerwony, a Madura bardziej złota – podbarwianie granitów stało się faktem i w jakimś sensie pewną normą. A kto obsługuje klienta indywidualnego wie, jaki komfort daje sprzedaż tak przygotowanego produktu.
Poprawiony granit na blatach, schodach czy parapetach wygląda pięknie i cieszy oko klienta. Z trwałością jest już też nie najgorzej, bo żywi-cowane granity od dobrych dostawców są przy-gotowane bardzo profesjonalnie. Choć i tak trzeba pamiętać o okresowym stosowaniu środków do pielęgnacji kamienia.
Zupełnie inaczej wygląda ten fakt w segmencie dużych realizacji budowlanych, na elewacjach czy wielkich powierzchniach posadzek. Tu staje się to problemem.
Jest niezliczona ilość anegdot o zamianach kamienia, podkładaniu czy malowaniu próbek. Większość tych opowieści jest śmieszna, ale w całości refleksja jest dość ponura. Jak w pigułce ujął to mój znajomy architekt w czasie jakiejś dyskusji: „Nie! W tym projekcie nie chcę elewacji kamiennej. Z wami kamieniarzami nie można dojść ładu. Dajecie najpierw piękne próbki, potem mówicie, że taki kamień jest nie zdobycia. Przywozicie coś innego, a na koniec wieszacie jeszcze coś innego. A do tego jeszcze nie wiem jak się ten kamień naprawdę nazywa i czy ma prawdziwe badania.” I zamarłem, bo to dobry architekt, znany w środowisku. Jak on ma takie zdanie o nas, no to pięknie…
Cała branża zna problem, ale każdy udaje, że go to nie dotyczy, bo „przecież ja tak nie robię”. Każdy, kto robił elewacje z piaskowca spotkał się i z sytuacjami przytoczonymi przez znajomego architekta i z malowaniem kamienia. Każdy musiał podmalować parę płyt, czy scalić jakąś lazurą kontrastujące miejsca. I to nie jest żaden wstyd ani problem, bo robią to również konserwatorzy zabytków. Jest też cały segment produktów do takich zadań. Dopóki dotyczy to jednostkowych płyt, czy niewielkich scaleń kolorystycznych, wydaje się być akceptowane i wpisuje się rzemiosło kamieniarskie. Co jednak powiedzieć kiedy cała fasada, lub większa jej część, jest pomalowana?
„To proszę pana jest taki impregnat koloryzujący” – słyszy kierownik budowy jak w nocy nastąpił „cud przemienienia” i rano zamiast melanżu kolorów i wzorów zobaczył piękną, równą, kremową elewację. Część z nas powie: „no cóż, chłopaki sobie poradziły, co mieli zrobić jak inspektor nie chciał przyjąć roboty”. Pewnie tak, ale efekty takiego „radzenia sobie” będzie widać z daleka po paru latach – wystarczy przejechać się po warszawskim Ursynowie.
Z tym można sobie radzić. Chemia idzie z duchem czasów i pewnie już gdzieś są coraz lepsze farby. Tylko po co ten kamień? Można, tak jak na Wilanowie, piaskowiec namalować na ścianie i będzie cudnie…
Jest jeszcze inny problem, który ja nazywam „syndromem Giallo Fantasia”. Był taki czas, że wykonawcy – żeby zamknąć drogę konkurencji – oklejali próbkę nazwą wymyśloną przez siebie, np. „Giallo Fantasia”. Obecnie zauważam mutację tego procederu. Ten sam kamień przedstawia się w różnych miejscach w zupełnie różnych odcieniach czy strukturze – raz jest biały, raz kremowy, tu drobnoziarnisty, tam z grubym ziarnem. Wiado-mo, że złoże należy do jednego właściciela i nikt, poza nim samym, nie może posługiwać się tą nazwą. Więc po wybraniu jego próbki nikt nie będzie w stanie konkurować. I co? I nic. Nie da się z tym nic zrobić – ma papiery, ma próbkę, wszystko gra. Jeszcze trzeba przekonać inwestora, że nie trzeba impregnować kamienia, bo kamień „nie oddycha” (czytaj: impregnat może wejść w reakcję z farbą) i można być zadowolonym jakim się jest sprytnym. I tylko mieć nadzieję w przysłowiu: „Raz przejdzie Cygan przez wieś.”
Wydaje się, że konieczne są jakieś regulacje branżowe, jednoznaczne określenie do jakiego momentu barwienie kamienia jest akceptowalne, a kiedy staje się po prostu oszustwem. Może nowe władze naszego Związku mają jakiś pomysł na sztywne regulacje nazewnictwa kamienia i przypisanych do nazw konkretnych próbek? Może stworzyć „Atlas Kamienia Polskiego”?
Gorzej, jak ktoś powie za Pawlakiem: „A kto mnie zabroni z pastowanym kabanem po lesie spacerować?”.
P.S. Do całości brakuje wspomnienia mojego nieodżałowanego kolegi Thorstena Grigo, który podczas odbioru elewacji gdzieś w Hamburgu, wiele lat temu, kiedy pani inspektor wyżywała się na nim o jakieś żyły na kamieniu, które według niej były nie do przyjęcia, zgasił cały pożar w swoim stylu: „Ja und? Naturstein!”

Na początku listopada w Indiach rząd niespodziewanie wprowadził przepis, w wyniku którego zaledwie w kilka dni wycofano z obiegu banknoty o nominale 1000 rupii. W związku z tym, że sporo transakcji na tamtejszym rynku odbywa się w postaci gotówkowej, wiele firm nie miało czasu, aby dokonać odpowiedniej wymiany środków płatniczych w swoich bankach.
Z informacji, jakie do mnie dotarły, możliwość wymiany banknotów była mocno ograniczona – do kwoty stanowiącej równowartość około 40 EUR na dobę. W związku z tym incydentem wielu przedsiębiorców z branży wydobywczej znalazło się w poważnych tarapatach finansowych. To w krótkim czasie doprowadziło do strajków w kopalniach kamienia naturalnego.
Celem obecnego rządu w Indiach jest maksymalne ograniczenie zawierania transakcji gotówkowych i zastąpienie ich w dużej mierze obrotem elektronicznym. Głównym celem oczywiście jest wyeliminowanie tzw. szarej strefy oraz sprawdzenie, w jaki sposób przedsiębiorcy wywiązują się z obowiązków podatkowych. Wszystkie nieujawnione dochody, które były poza oficjalną ewidencją podlegają opodatkowaniu karnemu w wysokości 100% domiaru.
Przy okazji wycofania nominałów 1000 INR zaproponowano jednoczesny wzrost podatków. Nie trudno więc wywnioskować, że przełoży się to na wzrost cen materiałów wydobywanych w Indiach już z początkiem 2017 roku. Biorąc pod uwagę zawirowania na rynku europejskim, a także wzrost kursu zarówno dolara amerykańskiego jak i euro w stosunku do złotówki, można spodziewać się, że skala podwyżek oscylować będzie w granicach 15%.
Tak małej różnicy pomiędzy dolarem a euro w ostatnich latach nie zaobserwowano. Obecnie jest to zaledwie 5%, a z analiz technicznych wynika, że ta różnica może jeszcze maleć. Inwestorzy grający na parze EUR/USD, otrzymali zalecenia gry na sprzedaż. Dlatego też twierdzę, że w dalszym ciągu będziemy mieli do czynienia z umacniającym się kursem dolara w stosunku do złotówki. W jaki sposób przełoży się to na kondycję naszej branży w nowym sezonie trudno dziś prognozować. Jednak już dziś wiadomo, że utrzymanie poziomu marż z 2016 roku może być trudne. W mojej ocenie przedsiębiorcy i pośrednicy nie będą mieli innego wyjścia, niż podnieść ceny swoich produktów i półproduktów.
Życzę Państwu Wesołych Świąt i aby scenariusz podwyżek nie zrealizował się.
Studiowaliście kiedyś etykiety produktów spożywczych? Pewnie tak, bo na każdym kroku radzą takie działanie. I nic dziwnego. W sklepach, na przykład, możemy spotkać wędliny, w których mięso stanowi 30%. Albo mięso mielone wołowo-wieprzowe, w którym tego pierwszego jest aż 15%.
Są w handlu margaryny, na których dumnie widnieje napis, że zawiera masło – rzut oka na skład i okazuje się, że masła jest w tym produkcie 0,5% , czyli łyżeczka na kilogram.
Jedno z najzabawniejszych określeń w tej dziedzinie zauważyłem w składzie napoi – napój o smaku wiśniowym zawiera aromat wiśni „identyczny z naturalnym”. Kolejny kwiatek to „soki 100%” produkowane z zagęszczonego soku owocowego. To soków owocowych już nie produkuje się z owoców?
Na szczęście europejskie normy zobowiązują producentów żywności do umieszczania na etykietach pełnej informacji o składzie. Mamy więc szansę świadomie wybierać produkty najbliższe naturalnym.
Takich wymogów natomiast nie ma w stosunku do kamienia – tym bardziej, że miewa on kontakt z żywnością, na przykład jako blat kuchenny. Pewnie wywodzi się to z czasów, kiedy procesy przetwarzania kamienia były proste i czysto mechaniczne, a kamień można było traktować jako produkt całkowicie naturalny. Oczywistym więc wydaje się, że nie stanowi on zagrożenia zdrowia człowieka, zwłaszcza, że został wydobyty z miejsca, gdzie przez wiele milionów lat odbywał kwarantannę w warunkach raczej sterylnych.
Jak wszyscy jednak wiemy, obecne procesy produkcyjne obejmują różne procedury, a wiele z nich wykorzystuje środki chemiczne – przy niektórych z nich należy nawet używać nieprzepuszczalnych ubrań ochronnych i przestrzegać rygorystycznych przepisów bezpieczeństwa.
Obejrzałem kiedyś film w internecie z przygotowania mięsa drobiowego do sprzedaży. Kiepsko wyglądającej tuszy kurczaka robiono kilka zastrzyków z solanki i jego wygląd zmieniał się radykalnie. Waga zresztą też. Takie obrazki powodują niesmak. Ale to, że w procesie produkcji slabów kamiennych wtłacza się w płytę żywicę pod wysokim ciśnieniem już nikogo nie bulwersuje. Podobnie jak traktowanie kamienia środkami poprawiającymi kolorystykę.
W poprzednim numerze Kuriera Kamieniarskiego pojawiła się informacja ze spotkania Euroroc, na którym była mowa między innymi o konieczności skierowania do Komisji Europejskiej wniosku o obowiązku znakowania wyrobów z kamienia naturalnego przyjmując za wzór zasady podobne jak dla oznaczenia CE. Stwierdzono przy tym, że mogłoby temu służyć istniejące już logo „Kamień naturalny”. Wszystko dobrze, tylko... Problem znany jest już od wielu lat i wydawałoby się, że po to wymyślono oznakowanie „Kamień naturalny”. Tymczasem, jak widać z kilkuletniej praktyki, służy ono wyłącznie jako źródło dochodów dla Euroroc.
W swoim czasie wnikliwie przeanalizowałem umowę podpisywaną przez kupujących prawo do użytkowania znaku. W umowie są wyłącznie obwarowania dotyczące logotypu. Nie ma nic o tym, jak i dla jakich materiałów można go stosować. W rezultacie tego na jakiś targach widziałem próbki kamienia i konglomeratów umieszczone na jednym stojaku ozdobionym logo „Kamień naturalny”. Zresztą w reklamach firm, też oznakowanych tym logiem, często można zobaczyć oferty konglomeratów i spieków.
A wystarczyłby zapis w umowie, że logiem można oznaczać wyłącznie kamień naturalny i tylko w sytuacjach nie budzących wątpliwości lub nie mogących wprowadzać w błąd klienta. Aż się prosi, żeby stosowanie znaku możliwe było wyłącznie, gdy materiały znakowane posiadają etykietę z informacjami szczegółowymi – na przykład o żywicowaniu kamienia lub zastosowaniu określonych środków chemicznych.
A jeśli Euroroc nie przyspieszy w zakresie zmian i załatwienia formalnego obowiązku przestrzegania zasad znakowania produktów kamiennych, może ZPBK zdecydowałoby się na nasz własny znak obwarowany takimi zasadami.
Mam nadzieję, że na świąteczny obiad zjemy mięso „niepoprawiane” zastrzykami i innymi zabiegami „polepszajacymi”, a pozostałe produkty też będą jak najbardziej naturalne.
Być może dzięki temu po świętach, zdrowi i bez zwiększonej zawartości w organizmie „poprawiaczy”, wrócimy do pracy i może większą uwagę będziemy przywiązywać do naszych produktów – by były wykonywane z kamienia naturalnego, a nie identycznego z naturalnym.
Korzystając z internetowej skarbnicy wiedzy – wikipedii:
Zator (łac. embolia) – nagłe zamknięcie światła naczynia tętniczego przez czop zatorowy (łac. embolus) będący skrzepliną, urwaną blaszką miażdżycową, cząsteczkami tłuszczu (np. po złamaniach kości), fragmentami tkanki nowotworowej, wodami płodowymi, bakteriami, pasożytami lub banieczkami gazu (zwykle azotu w przebiegu choroby kesonowej). Zator tętnicy końcowej czynnościowo powoduje zawał.
Właśnie. Zawał.
Znałem jednego wykładowcę akademickiego, który przeżył trzy zawały. Podobno później przytrafił mu się czwarty, który również go nie pokonał. Za ten graniczny potocznie uznaje się trzeci – później jest już tylko światło w tunelu, hurysy i inne tego typu historie. Nikomu oczywiście podobnych rewelacji, szczególnie w okresie zbliżających się świąt, nie życzymy. (Choć, skoro już wspomniałem, pamię-tajmy, aby się przy ich okazji zbytnio nie przejadać, szczególnie tym, co tłuste).
Zdarzają się jednak zawały inne, powodowane przez równie groźne zatory, które do tych zawałów o charakterze zdrowotnym prowadzić mogą.
Zatory płatnicze
Kto ich nie przeżył? Dotykają każdego szczebla w naszej kamieniarskiej i budowlanej hierarchii: od generalnego wykonawcy, po stojącego na dole piramidy budowlanej pracownika etatowego bądź podwykonawcy będącego firmą jedno- lub dwu-osobową. Według badań dotyczą 70% firm z branżą związanych, dla 45% z nich jest to problem stały, a 12,9% z nich nigdy się z nim nie spotkało. (Aż wierzyć się nie chce, że aż tyle!)
KRD puchnie od ilości zgłoszeń
I niewiele z tego wynika, bo Krajowy Rejestr Długów to twór dziwny z jeszcze dziwniejszym sposobem działania. (Temat rzeka, na oddzielną opowieść. Choć oni jedni na całej sytuacji mogą zarobić. Podobnie firmy zajmujące się obrotem należnościami.)
Czasami zgłaszamy tam dłużnika – częściej jednak nie. Bo chcemy uniknąć jeszcze większych problemów. Czasem zgłaszają nas.
A wszystko to przez niską moralność!
Właśnie tak. Dokładnie przez tak zwane PMI, czyli wskaźnik moralności płatniczej. Ponownie cytując za Wikipedią: wskaźnik moralności płatniczej (ang. payment morality index, PMI) – ocena, która zostaje wystawiona na podstawie przeszłych oraz bieżących zachowań kontra-henta. Jest uważany za wskaźnik wyprzedzający koniunkturę. Wskaźnik ten bierze pod uwagę wysokość zadłużenia oraz liczbę dni opóźnienia w spłacie należności. Średni PMI to średnia ocena wszystkich kontrahentów z danej branży. PMI pokazuje jak dużym ryzykiem obarczona jest dana branża.
Stan normalności
Nietrudno zgadnąć, że może nie jest nam do niego daleko, ale nie jest również blisko. Należy przyjąć to „na klatę” – jesteśmy w połowie drogi od możliwości wystąpienia niewielkich opóźnień (wskaźnik powyżej 61 – około 20 dni) do poważnych opóźnień (PMI poniżej 40 – opóźnienia powyżej 60 dni). Nasz wskaźnik oscyluje wokoło 54. Kiedy spadniemy poniżej 50 oznaczać to będzie pojawienie się recesji.
Przeciągają nas i przeciągają
Często, bo nie mają. A czasami mają, ale wolą potrzymać u siebie. Wygląda na to, że słowo moralność jest w tym wypadku bardzo na miejscu. Czasem mają i nie płacą wedle zasady „bo nie!”. Nie zapłacą, bo według siebie nie muszą. Kochamy, poczekamy – wyjścia nie mamy. Podduszą troszkę i po pół roku przeleją pieniądze.
Jedna trzecia z nas nie otrzymuje na czas płatności za ponad połowę faktur. Płynność gdzieś odpływa, a nam nie potrzeba ani trochę tłuszczy, żeby pojawił się u nas stan przedzawałowy albo, nie daj Boże, zawał. Kolejka wierzycieli ustawia się do nas z wyciągniętymi dłońmi, a nam pieniądze przylecieć z wyższego piętra tej drabiny nie chcą. Tam też również widzimy dłonie, tylko te nie wyciągają się w naszym kierunku, a rozkładają na boki w połączeniu z ruchem ramion. Kasy brak. Jednak klops – zawał.
Zaklęte koło: zleceniodawca, my, hurtownie, dostawcy, pracownicy, podwykonawcy
Wszyscy bez gotówki. Gdzieś się zapodziała, zaginęła w akcji. Ile zawałów może przeżyć firma? Chyba żadna nie przebije mojego wykładowcy. Raczej ciężko będzie nawet o średnią ludzką, czyli zasady do trzech razy sztuka.
Z okazji Świąt życzę: żadnych zatorów – o zawałach nie wspomnę. Więcej moralności na co dzień – i tej finansowej i tej ludzkiej, żeby żyć było łatwiej. I prywatnie, i w pracy. No i żeby nam nic się nie zapodziewało i nie ginęło!

O poprawkach już kiedyś było. Jak zapewne wszyscy (łącznie ze mną) wiedzą, dotyczą one przede wszystkim tak zwanych dużych budów. Nie jest to reguła, ale statystyczna większość. Niestety, odkąd tamten felieton napisałem, świat się ani trochę nie poprawił.
Głupich nie sieją, sami się rodzą”
Tak mówi stara mądrość ludowa. Są chwile, gdy człowiek czeka na oklaski zza kadru, bo to, w czym bierze udział, może być tylko komedią sytuacyjną, w którą przypadkiem się wmieszał. Nic innego: komedia i to koniecznie tania.
Reklamacja
Słowo które przyprawia o ból zębów nie tylko nas, ale wszystkich sprzedawców towarów lub usług. Wiadomo, kupujący ma prawo żądać nieodpłatnej naprawy przedmiotu zakupu lub wymiany na przedmiot nowy. Nowelizacja, wprowadzona Ustawą o prawach konsumentów z dnia 30 maja 2014 r. wydłużyła terminy odpowiedzialności z tytułu rękojmi. Sprzedawca odpowiada za wady fizyczne rzeczy stwierdzone przed upływem dwóch lat od dnia wydania rzeczy kupującemu (poprzednio rok), a w przypadku nieruchomości pięciu lat (wcześniej trzy lata). Zwiększa to szanse na kontakt z klientem rodem ze skeczów granych w Za chwilę dalszy ciąg programu panów Materny i Manna.
Zaczniemy delikatnie
Telefon po kilku tygodniach używania blatu i posadzki w łazience (typowej blokowej, wymiary dwa na dwa metra – powierzchni więc, że ho-ho). Materiał w satynie, pani projektant świadoma praw i obowiązków twierdziła, że klient orientuje się jak z blatem i posadzką w takim wykończeniu żyć i czego się spodziewać. Przyjeżdżamy.
Na blacie plamy. Pani rozgniatała na nim wiśnie (tak, ja też nie wiem po co, ale rozgniatała – i to nie jedną, a naście). Przeklina człowiek pod nosem, bierze im-pregnat, czyści, odtłuszcza powierzchnię na wszelki wypadek i impregnuje raz jeszcze innym środkiem. Mija dni kilka, telefon od tej samej pani: „nie dzwoniłam od razu po naszej wizycie, ale plamy zaczęły się pojawiać w zasadzie już następnego dnia”. Kolejna wycieczka, powtarzamy te same czynności. Plamy faktycznie znowu były – na szczęście nie po wiśniach. Tym razem parę przykrych słów zebrał nie impregnat, a materiał. Wyjeżdżamy, a kilka dni później telefon w tej samej sprawie. Tym razem przeprowadzamy dochodzenie i przepytujemy panią. Okazuje się, że klientka po każdym z naszych wyjazdów, zmywała obficie blaty acetonem – bo przecież widziała, jak my też tak robiliśmy...
Moja faworytka
Historia już zamierzchła, ale do dziś wywołująca uśmiech (kwaśny) na twarzy. Klientka ze sporą ilością gotówki i sporą ilością kamienia do zamontowania. Między innymi blaty łazienkowe z alabastru egipskiego. Odbiór. Pani zadowolona, będzie się czym pochwalić koleżankom i pod-budować ego. Jakieś drobne poprawki, rozliczenie, potrząśnięcie ręką i rozstanie w przyjaznej atmosferze.
Po kilku tygodniach właścicielka blatów zadzwoniła do nas z pretensją...
Zdarzały się dziwy, nie powiem. Ale czy ktoś na taki powód reklamacji byłby przygotowany? ...z drobnych dziurek, których nie załataliśmy zaczęły wychodzić robaki (sic!). I to nie nasze polskie (czyt. prusak, wołek, ani nawet mrówka faraonka, która nazwą pasowałaby do materiału), ale …egipskie! Odkryła to kiedyś w nocy, gdy znienacka zapaliła światło w łazience, a robaki na to nieprzygotowane wylegiwały się na blacie. Po dziś dzień nie wiem, czy rozpoznała ich pochodzenie po śniadej cerze, turbanie czy arabskich okrzykach.
Niestety, afera była potężna, Pani zażyczyła sobie demontażu, bojąc się plagi egipskich robali. Skończyła się na załataniu dziurek. Ale pretensji było co niemiara.
W ramach pocieszenia
Nie mamy tak źle, drodzy Państwo, nie mamy. Katusze przeżywają przede wszystkim ci, którzy pracują w branży FMCG (Fast Moving Consumer Goods), ze szczególnym wyróżnieniem sprzedaży odzieży. Jakież tam dzieją się cuda!
Marne to wszak dla nas pocieszenie, ale nas ścigają chociaż za coś co kosztowało ileś-set złotych, z tendencją do tysięcy. Tam zaś walki toczą się o złotych dwadzieścia, a klient jest nie mniej roszczeniowy.
Niedługo czas zakupów
Będę szybszy niż reklama popularnego napoju z ciężarówką, reniferami i Mikołajem w roli głównej. Coraz bliżej święta!
I zakupy przy tej okazji będą. Jak najmniej reklamacji i zwrotów życzę – nie miejmy do nich powodów.
Nie szukajmy ich też na siłę. Bo zła karma wraca: ktoś w przyszłym roku przyjdzie i powie, że robal z dżungli amazońskiej wylazł mu z blatu granitowego, a wszystko to Wasza wina.
Czego oczywiście nie życzę.