Reklama


Felietony

Długie weekendy

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: czwartek, 28 czerwca 2018 12:07

Nie tak dawno pisałem o tym, że wkrótce pojawią się niedziele niehandlowe i spora część osób w owym handlu pracujących odetchnie z ulgą (nie wszyscy oczywiście, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że jego sklep spożywczy to tak naprawdę ukryty urząd pocztowy i pretekst do otwarcia znajdzie).
Nas to oczywiście nie dotyczy. Budowlaniec jest budowlańcem. Po to nim został, żeby dzień święty nie za bardzo święcić, a wieczory i noce czasem zamiast w domu spędzać na budowie walcząc z kolejnym zagrożonym terminem. I choć zagrożony termin nie do końca wynika z jego opieszałości, a często z harmonogramów przerastających niejednego stachanowca, to – jak to mawiają klasycy – „było przywyknąć”.

Co roku w Warszawie nadchodzą jednak momenty zwolnienia jej budowlanego życia – tzw. długie weekendy. Zdarzają się takie chwile, kiedy święto i dzień wolny przypada tuż przed weekendem. I wtedy następuje istny armagedeon urlopowy, który dotyka wszystkich – nie tylko naszą branżę.
Ostatnio przeżywaliśmy majowy weekend, z którym mamy do czynienia co rok. Patrząc na to, co się działo, rodzi się kilka myśli.

Ludzie wyjeżdżają do domów
A właściwie do swoich drugich, właściwych, innych – jak zwał tak zwał – domów. Jadą odwiedzić rodziców, znajomych, na urlop, działkę, grillowanie czy też pomieszkać z rodziną, którą widują jedynie w standardowe, krótkie weekendy będące przerwą w pracy.

Miasto pustoszeje
To nie tak, że zamiera ruch na ulicach, ale wszystko dzieje się kilka stopni wolniej. Widać wtedy jak dużo ludzi potrzeba, aby tego molocha napędzić. Widać też wyraźnie ile wokół jest budów, które zatrzymują się i są bardziej widoczne na tle wolniej, ale wciąż pracującego miasta.

Buduje się na każdym rogu
Wspominałem już o tym. Buduje się na każdym skrawku, gdzie postawić coś się da. A gdy lokalizacja jest atrakcyjna i inwestor stwierdza, że da się zarobić więcej stawiając coś nowego, to wyburza się wszystko co ma zbyt niską wysokość albo zbyt niski standard.

Plan zagospodarowania
...wciąż jest mrzonką. Rosną więc różnorakie potworki, plomby, budynki przyklejone niczym bluszcz do starej zabudowy – ale w przeciwieństwie do bluszczu, do starej zabudowy nie pasujące. Urbaniści kłócą się przy różnych okazjach czy przedwojenna teoria tak zwanych klinów napowietrzających ma dziś zastosowanie, czy jest jedynie teorią na papierze. Na szczęście, dzięki tej teorii udało się uratować Pola Mokotowskie. Gdyby stanęło na nim osiedle, które deweloperzy obiecywali, krakowski smog pewnie mógłby naszemu czyścić buty...

Co za dużo …
...to niezdrowo, wiadomo. Jest popyt, będzie, więc i podaż, to też wiadomo. Tylko, że jak wszyscy dobrze wiemy, dużo nie znaczy też ani dobrze ani zdrowo dla naszej kieszeni. Czasami rozmawiając z właścicielami firm działającymi w województwach innych niż mazowieckie, dziwię się jakiej wysokości stawki udaje im się wynegocjować. Odpowiadają na pytanie odnośnie tego zjawiska w jeden sposób: wszyscy jadą do was, tam biją się, a u nas nie ma kto robić. Może więc należy uciekać od tych świateł wielkiego miasta?

Przypuszczam, że analogicznie sytuacja ma się w większości dużych ośrodków miejskich, w których dzieje się równie wiele, co w stolicy. Nowe budynki, renowacje, rewitalizacje, a przy okazji wysokie tempo życia i pracy. A może da się inaczej. Może nie aż tak jak w długie weekendy, ale jednak spokojniej.

Spełnienia się tego inaczej życzę!

przeczytaj cały artykuł

Rodomania

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: czwartek, 28 czerwca 2018 12:00

rodomania.png

Na początek małe porównanie. Mniej więcej 10 lat temu, kiedy chciałem znaleźć jakąś informację w Internecie, to wpisywałem czego szukam – trzeba było trochę zaczekać, bo sieć była wolna – i mogłem przeczytać informacje, których szukałem.

Dziś, w 2018 roku, czynności jest więcej:
1. Wpisuję czego szukam. [ENTER]
2. Zamykam okienko z RODO.
3. Zamykam pasek informujący o „cookies”.
4. Zamykam okienko z prośbą o zgodę na wysyłanie powiadomień.
5. Zamykam okienko proszące o wyłączenie AdBlock’a lub zamykam reklamę „czegoś tam” zupełnie mi niepotrzebnego.
6. Zamykam zgodę na ustalenie mojej lokalizacji.
7. Czytam co chciałem znaleźć.
8. Po chwili muszę wyłączyć okienko informacji o newsletterze.
9. Czytam dalej, ale nie do końca, bo po chwili okazuje się, że cały artykuł dostępny jest po zapłaceniu subskrypcji.

O ile dość często spotykam się z dość luźnym podejściem do obowiązującego prawa, zasad normalnej współpracy, czy metod rozwiązywania problemów, to są momenty, kiedy wszystkich opanowuje jakiś amok.

Ostatnio taki amok, opanował prawie wszystkich, w zakresie osławionego RODO.
Codziennie przez Internet jestem zasypywany informacjami, że jakaś firma X dysponuje moimi danymi. W sumie nic dziwnego. Robię zakupy przez Internet, jestem użytkownikiem wielu aplikacji, które wymagały podania danych, aby móc z nich korzystać, a w wielu miejscach – dla własnej wygody – podawałem przez lata swoje dane. Jakoś nie czułem się pokrzywdzony.

Ciekawe, że trudno zgadnąć, co stało się zapalnikiem do działania. Można by pomyśleć, że to perspektywa kar tak wpływa na właścicieli – wróć – administratorów plików z nazwiskami i adresami.

Żyję już trochę lat i widziałem wiele. Wszyscy znamy zasady BHP – może nie dokładnie, ale mamy orientację co jest bezpieczne i co powinno się robić. Niestety, z przestrzeganiem nawet oczywistych zasad BHP nie jest dobrze. Jeździmy samochodami i znamy przepisy, ale ich przestrzeganie… to już inna bajka. Jakoś kary za naruszanie przepisów BHP czy mandaty drogowe nas nie ruszają.

Kiedy otrzymujemy fakturę z terminem płatności, też nie do końca przejmujemy się tą datą. O dziwo, kiedy chodzi o fakturę, którą sami wystawiamy, to złorzeczymy bez końca.
Dziwne, że RODO tak nas rusza. Podobnie jak informowanie, że strona korzysta z plików cookies.
Ale trzeba być niezłym optymistą, żeby wierzyć, że zadyma z RODO zmniejszy ilość spamu.
Poza tym mam wrażenie że ilość informacji o RODO jest tak duża, że jeśli ktoś w tej informacji poda, że informuje nas o chęci sprzedaży naszych danych gdzie popadnie, to i tak nikt tego nie zauważy.

Czekam na kolejne genialne pomysły ku naszemu bezpieczeństwu i ochronie prywatności. Nie zdziwię się, kiedy po otwarciu puszki sardynek znajdę informację o RODO, bo przecież za chwilę te sardynki zobaczą dane mocno wrażliwe – na przykład o tym, że mam problemy żołądkowe.

przeczytaj cały artykuł

Mistrz Antoni

Autor: Michał Ziołowicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 07 maja 2018 01:00

ziołowicz_antoni.jpg

W dzieciństwie na wakacje często jeździłem do dziadków na wieś. Któregoś ranka obudziło mnie wielkie poruszenie w domu. Na podwórku zobaczyłem obrazek jak z filmu. Zajechały trzy taksówki: dwie Wołgi i Warszawa (było to w latach siedemdziesiątych). W jednej taksówce był kapelusz i parasol, w drugiej torba z narzędziami, a w trzeciej siedział pan Antoni. Poczekał aż szofer otworzy mu drzwi, z fasonem zapłacił i przywitał się z moim dziadkiem. Wszyscy zaniemówili, a pan Antoni – jeszcze jedną nogą w dniu wczorajszym – oświadczył, że u niego słowo droższe od pieniędzy i skoro się umówił, że poprawi piec i wymaluje mieszkanie, to oto przybył. Dziadek, mocno zaskoczony, powiedział, że umawiali się trzy miesiące temu. Pan Antoni – niewzruszony – odpowiedział, że umawiali się na wtorek, a on nie powiedział na który i dzisiaj jest właśnie ten wtorek.

Pan Antoni był najlepszym fachowcem w okolicy, zdunem nad zdunami i tak zwaną złotą rączką. Przy tym miał wszystkie możliwe wady, a jego wyczyny obrosły legendą. I chyba za fantazję ludzie nie potrafili się na niego gniewać i mieć pretensje, że przyjedzie nie jutro, a za trzy miesiące. Miał też pan Antoni swój honor: jak się jakiś wzorek nie podobał, to pieniędzy nie brał, lecz zmienić nie zmieniał. Dzięki temu kuchnia babci przez wiele lat miała odcień wściekłej ultramaryny z białymi wzorkami jak koronki łowickie. Mistrz Antoni co prawda pytał, co by gospodyni chciała, ale traktował to raczej jak luźną sugestię. I koniec końców robił to, co sam uważał.

Często zastanawiałem się dlaczego ludzie się na to godzili. W końcu zrozumiałem, co było przyczyną. W tych czasach po prostu był szacunek dla profesji. Jak Antoni był zdunem z dziada pradziada, to nikt, łącznie z księdzem proboszczem, nie mówił mu jak ma piec postawić i jakie zaprawy czy kafle ma użyć. Świat był prostszy w zrozumieniu – byli murarze, piekarze, krawcy, rolnicy, kierowcy...
Kilka dni temu rozmawiałem z pewną panią, która usilnie namawiała mnie, żebym przyjechał do niej, bo ona ma dużą robotę. Siedem schodów, dziewięć parapetów i cztery metry posadzki. Wszystko kupiła przez internet – trochę trzeba dociąć, ale przecież zawsze tak jest. Klej już kupiony, fuga też – najlepiej żebym od razu z ludźmi przyjechał i wszystko zrobił do niedzieli. Pani była tak zachwycona swoją operatywnością, że przez kilka minut opowiadała mi o swojej zaradności i sprycie. Kiedy wreszcie doszedłem do głosu i powiedziałem pani, że nie wykonuję tego typu usług, wpadła w szał i nic nie pomagało. Odmowa była nie do przyjęcia – ani grzeczna, ani stanowcza. Pani była tak wściekła, jakbym ją co najmniej porzucił w kościele przed ołtarzem. Ta awantura dała mi impuls do małej klasyfikacji naszych klientów.

1. Klient „Fachowiec”.
Wszystko wie. Ze szwagrem, który jest w Niemczech, kładli schody u teścia. Na pewno by lepiej to zrobił, ale lekarz mu zabronił wysiłku (130 kg robi swoje) i dlatego tu przyszedł. Dopóki nie włączy się żona i nie uspokoi gościa („Zdzichu przestań pie...ć! Ty nawet żarówki nie umiesz wymienić.”), wysłuchujemy całej tyrady na temat jak należy wykonywać nasze roboty. Po pacyfikacji klient trochę normalnieje, szwagier okazuje się porządnym gościem, tylko na koniec nasz Fachowiec usiłuje nam urwać z wypłaty za nadmiarowe zużycie kleju czy odpady cokolików. W sumie typ do opanowania – łatwiej, gdy mamy sojusznika w osobie żony czy teściowej.

2. Klient „Sherlock Holmes”.
Przejrzał nas wylot, wie jak chcemy go oszwabić, jak oszukamy go na metrach i materiałach. Całe zlecenie to dla niego wyzwanie, szansa żeby wykryć spisek i złapać złoczyńców. Będzie wszystko sprawdzał, mierzył i dopytywał, aż w końcu doprowadzi wykonawcę do stanu, w którym przestępstwo naprawdę może się zdarzyć. Współpraca z Sherlockiem w zasadzie jest niemożliwa, ponieważ mamy różne cele do osiągnięcia. Zazwyczaj po jakiejś większej awanturze trzeba przerwać prace, ale koniec końców nadchodzi kres gehenny i klient zapłaci należne wynagrodzenie – oczywiście stwierdzając, że został oszukany, ale chce już zakończyć sprawę i dlatego nam płaci.

3. Klient „Pierdoła”.
Nic nie wie, niczego nie rozumie, ale wie, że chce. Nie wie jaki chce kamień, ale ma być ładny i tani. „A w kuchni to może tylko do połowy, a w przedpokoju to może gres damy.” Decyzje zmieniają się jak poglądy naszych polityków. Krople na uspokojenie trzeba mieć pod ręką. Początkowo patrzymy na Pierdołę z pobłażliwością, ale z biegiem czasu budzi on w nas bestię. Najgorsze jednak spotka nas na końcu, kiedy dowiemy się, że on nie wie jak się to stało, że tyle tego kamienia poszło, a przecież on nie ma tyle pieniędzy i musi to jakoś na raty rozłożyć.

4. Klient „Jaśnie Pan”.
„Proszę, oto tłusta zaliczka. Rozumiem, że wchodzi pan jutro. Ilu będzie ludzi? Czterech? Nie, proszę pana, co najmniej dziesięciu. Jak to nie ma frontu robót? To proszę go stworzyć. To pana problem.” A potem jest już tylko gorzej. Bezustanne pretensje, że za mało ludzi. Nigdy nie ma czasu, ciągły brak decyzji i szantaże, że „jak pan skończy to i to, to dostanie pan pieniądze”. Nie pomaga tłumaczenie, że brak decyzji blokuje prace, że zmiany w trakcie realizacji to koszmar, że to wszystko kosztuje… Na koniec – jeżeli przetrwamy – obetnie nam znaczną część wynagrodzenia, bo przecież nie dotrzymaliśmy terminu. I tak będziemy się cieszyć, że nie chce nam dołożyć jakiejś roboty i możemy odejść jak najdalej.

5. Klient „Pitagoras”
Ma wszystko wyrysowane, pomierzone, wyliczone. Wzbudza początkowo wesołość i niedowierzanie. Często jednak okazuje się, że naprawdę jest pomocny, potrafi faktycznie pomierzyć i wyrysować poszczególne elementy czy układ posadzek. Może się okazać, że współ-praca z Pitagorasem będzie naprawdę udana.

6. Klient „Czarna Wdowa”
Upiór kamieniarza. Najczęściej to bardzo szykowna pani, z nienagannymi manierami, kapiąca seksapilem. Jej powłóczyste spojrzenia i rzucone od niechcenia: „mąż ze wszystkim zostawia mnie samą”, to zręczna gra. Wybiera najdroższe materiały, umawia się w kawiarniach na rozmowy o projektach i kolejnych wersjach. Zanim się ockniemy, zainwestowaliśmy w tą piękność kilkanaście tysięcy złotych. Aż tu nagle wkracza na scenę pan mąż i stwierdza, że to wszystko nie jest tyle warte, że jego żona jest uwodzona i napastowana i że zaliczka, którą zapłaciła, powinna wystarczyć na wszystko. Kończy się w sądzie ugodą „za zwrot kosztów” i ciężkim czasem dla naszego małżeństwa.

7. Klient „Porządny”
Gatunek prawie wymarły. Wyniszczony przez nieuczciwych wykonawców. W swej ostatniej postaci słucha i współpracuje z nami niezwykle konstruktywnie. Angażuje się w prace pomocnicze i szuka oszczędności tam, gdzie sam może coś pomóc lub załatwić. Nie poucza i nie oskarża, dyskutuje o różnych rozwiązaniach, ze zrozumieniem słuchając różnych argumentów.
Jeżeli Porządny trafi na dobrego wykonawcę, często pozostają w przyjaźni i polecają się latami. Przez różnych podpowiadaczy uważany za frajera, ale tak naprawdę ma zazwyczaj dobrze i tanio wykonane prace.

8. Klient „Inspektor”
Gehenna murowana. Bezustanne szukanie błędów i problemów. Wymyślanie nieistniejących norm i powoływanie się na znajomego kamieniarza, który powiedział, że „tak się nie robi i wszystko jest do d...”. Udręka gwarantowana i do momentu ciężkiej awantury w zasadzie droga ku przepaści. Po awanturze jest szansa zakończyć i rozliczyć prace, ale wszyscy są obrażeni i nie ma szans na satysfakcję po dobrze wykonanej pracy.

I zasadnicze pytanie: czemu to tak się dzieje, że tak trudno o dobrą współpracę? Przecież wszyscy wiemy, że to nie po jednej stronie jest problem. Nie ma właściwego szacunku do wykonawców. Przyjęło się uważać, że na pewno ten kamieniarz chce nas oszukać, a szwagier mówił żeby uważać. Nie szanuje się też klientów – coś się tam dopisze, coś podmieni, przecież się nie zorientują.

Nie ma już pana Antoniego z jego ekstrawagancją i pozycją mistrza nad mistrzami. Nie ma już rozliczeń „sto pięćdziesiąt złotych, litr wódki i dwadzieścia jajek”. Pan Antoni uwielbiał swoją pracę i swoich klientów, nigdy nie próbował nikogo oszukać. Nie było też słychać, żeby ktoś nie wypłacił należności panu Antoniemu. A jak kiedyś ksiądz proboszcz ośmielił się mieć inne zdanie i chciał, żeby Antoni wymalował plebanię na żółto, a nie na niebiesko, to pan Antoni mu odpowiedział: „Dobrze, ale w niedzielę mszę też będziemy razem odprawiać. Ksiądz się zna na malowaniu tak samo, jak ja na odprawianiu mszy.” Plebania w końcu była zielona, światło u proboszcza świeciło się do rana, a mszę rano musiał wikary odprawić…

przeczytaj cały artykuł

Kupą raźniej

Autor: Dariusz Wawrzynkiewicz   |   Data publikacji: poniedziałek, 07 maja 2018 01:00

animals-2855714.jpg

Od zamierzchłych czasów, tak ludzie jak i zwierzęta, doceniają przynależność do grupy. Małpy urządzają grupowe polowania z nagonką, mrówki budują bezpieczne domy, a ludzie… No właśnie - w grupie szukają pomocy, świadomości wspólnoty interesów – czasem tylko tytułowego „kupą raźniej”.

Zanim wymyślono media społecznościowe tworzyliśmy bardziej lub mniej formalne grupy. Grupy osób, które coś łączy: zawód, miejsce pracy, hobby, podwórko czy szkoła. Kiedy Mark Zuckerberg wymyślił Facebook’a w swojej wizji chciał – dzięki temu narzędziu – opisać wszystkie relacje wszystkich ludzi na całym świecie. Pozornie absurdalna idea zaowocowała potężną bazą ludzi i zależności ich łączących. Wystarczy wspomnieć, że ostatnio odnotowana liczba użytkowników Facebook’a przekroczyła 2 miliardy!

W łatwych do zauważenia relacjach jakie powstają na tej platformie są: rodzina, przyjaciele, znajomi, współpracownicy, współwyznawcy pasji, wykonujący ten sam zawód czy klienci.
Dla uporządkowania relacji twórcy FB wymyślili grupy, które z założenia łączą ludzi według jakiegoś klucza.

Nasza branża też ma na Facebook’u swoje grupy. Pierwszą chyba była grupa założona przeze mnie „Kamieniarstwo”. Moje założenie było takie, że będzie to grupa, w której poruszane będą tematy nurtujące branżę, prezentowane informacje o branżowych wydarzeniach, ciekawe oferty handlowe i będzie to miejsce dające możliwość podzielenia się własnymi doświadczeniami. Z tego powodu starałem się zapraszać do grupy ludzi związanych z branżą. Akceptowałem też obecność tych spoza branży, ale wyłącznie w przypadku ich zainteresowania kamieniem. Jeden warunek wydawał mi się oczywisty: członkowie grupy musieli chcieć znaleźć się w tej grupie.

Przez jakiś czas była to jedyna grupa. Dość szybko jednak znaleźli się naśladowcy. Ale mieli w tym zupełnie inny cel: stworzyć forum, na którym mogliby bez ograniczeń publikować reklamy własnej firmy (w grupie „Kamieniarstwo” blokuję nadmiar postów reklamowych firm). Zatem główną ideą takich grup jest zgromadzenie jak największej liczby członków. Duża liczba członków przyciąga kolejnych branżystów do przynależności oraz tworzy pożądaną grupę odbiorców reklamowych postów. Tyle, że w tych grupach wycina się wszystkie informacje (posty) od firm konkurencyjnych. Grupa zmierza do bycia po prostu tablicą ogłoszeń firmy-założycielki, choć nie da się tego zauważyć na pierwszy rzut oka.

Ciekawe, że w ramach powiększania liczebności grupy, ich administratorzy samodzielnie dodawali kogo się da. Przykładowo: jest grupa kamieniarska szokująca liczebnością, w której dodano specjalistkę od makijażu, fryzjerkę itp. I choć osoba dodana do grupy otrzymuje wiadomość z zapytaniem, czy chce do grupy należeć, to w odruchu ludzie zwykle bezrefleksyjnie klikają „Tak” – choćby dlatego, że wśród członków grupy widzą już swoich znajomych. I tym sposobem stają się członkami przypadkowych grup, na przykład kucharzy czy listonoszy. Wypisanie się z grupy nie jest trudne, ale mało kto to robi. W końcu dostaje tylko posty.

Piszę ten felieton nie po to, aby promować wyłącznie swoją grupę „Kamieniarstwo” – przyznaję, że jest kilka innych grup na dobrym poziomie. Przed zaakceptowaniem zaproszenia do grupy zachęcam do sprawdzenia kilku informacji: kto jest administratorem, jakie jest spektrum postów, ile grupa liczy członków i kim oni są. Wtedy decyzja o przynależności do danej grupy jest świadoma. Tak samo warto postąpić przed samodzielnym dopisaniem się do jakiejś grupy.

W życiu wolę spotykać się z ludźmi, z którymi coś mnie łączy – to samo w sieci i na Facebooku. No bo przecież w naturze nie istnieją stada złożone ze słoni, mrówek, małp i nosorożców równocześnie. Jeśli ktoś takie stado tworzy, to zastanówmy się, czy warto do niego należeć. Bo trzeba pamiętać, że o dostępie do wodopoju decyduje przywódca stada i możemy zostać wykluczeni jeśli w swej „przywódcowskiej mądrości” uzna, że woda nam się nie należy.

przeczytaj cały artykuł

Naprawianie świata

Autor: Jarek Mirowski   |   Data publikacji: poniedziałek, 12 marca 2018 12:26

Abstrahując od afery związanej z warszawskimi kamienicami i związanymi z nimi przekrętami, od kilku lat odbywa się w Warszawie remont kamienic odzyskanych od miasta w ten czy inny sposób. Dużo tego typu działań na prawobrzeżnej Pradze, sporo w Centrum, mniej na Woli czy Ochocie.
Zdarza się, że ktoś kamienicę rozbierze by w jej miejsce postawić coś całkowicie nowego (czytaj: nowy blok – potworek). Wtedy rozpętuje się burza, straszenie sądami, czasem rozprawa i wyrok. A kamienicę jak ją rozebrali, tak jej nie ma.

Wersją częstszą jest tak zwana renowacja, która:
• często kończy się rozebraniem wszystkiego oprócz fasady, która podlega ustawie o ochronie zabytków;
• renowacją w teoretycznie pełnym tego słowa znaczeniu.

I w tym drugim przypadku zaczynają się prawie dosłownie schody
Po Powstaniu w 1944 roku z Warszawy zniknęły całe kwartały ulic. Głównie w ścisłym Centrum: Stare Miasto, teren Getta Warszawskiego, ale nie tylko. Budynki, których nie zniszczyli podczas metodycznych działań Niemcy, rozebrali ze względu na teoretyczne zagrożenia budowlane komuniści (choć często rozbieranie to wynikało z chęci usunięcia śladów burżuazyjnej secesji i uzyskania przestrzeni dla nowych osiedli takich jak MDM). Generalizując: ostało się tego niewiele, ale coś nam do podziwiania z tej starej Stolicy zostało. Czasem w opłakanym stanie, czasem w trochę lepszym.

Wspomniane schody
Gdzie nie zajrzymy na klatkę schodową tam Carrara lub lastryko. Czasem Dębnik, zdarza się Winnica. Często tak zniszczone, że nie da się z nimi nic zrobić. Wybrane środki trepów, połamane podstopnice, potłuczone cokoły i wangi. Super, gdy stan umożliwia renowację. Niestety, zdarza się też reanimacja przysłowiowego trupa.

Materiałów nie ma
Zaczyna się szukanie zamienników lub rozbieranie wyższych partii schodów, po to, aby ratować te z niższych pięter. Przekładki, łatanie uszkodzeń, flekowanie i żywicowanie. Materiał zdegenerowany, poplamiony i głęboko porysowany. Człowiek na koniec patrzy na to, co zrobił i nie do końca jest zadowolony z osiągniętego efektu. Robi się z tego takie stare-nowe, zawieszone gdzieś pomiędzy. Ani to estetyczne, ani zrobione na lata.

Nie tylko prywatne kamienice
Nie tylko kamienic to dotyczy. Są również pałace, budynki użyteczności publicznej, które staramy się w wyniku opieki konserwatora zabytków wyciągać z grobów. Zdarza się, że mam wrażenie bezsensowności takich działań. W niektórych przypadkach uczciwsze wydaje się rozebranie wszystkiego – prócz fasad (tak, wiem: ich rozebranie możliwe jest w budynkach, w których przetrwały wojnę jedynie one) – i postawienie praktycznie od nowa w duchu pierwotnego projektu.
Oczywiście, absolutnie nie jestem zwolennikiem rozbierania dobrze zachowanych budynków, ale... Czasami, jak to mawiają, „skórka nie warta wyprawki”. Bo ani pieniędzy (których renowacja pochłania sporo), ani efektu (o czym wyżej wspomniałem), ani satysfakcji z pracy. Dodatkowo, w zaskakująco krótkim czasie, obiekty po renowacji wracają do stanu poprzedniego...

A może stare pozostawić stare?
Jak most Karola w Pradze, który po czyszczeniu dla mnie stał się parodią samego siebie. Jak zabudowa w Edynburgu. Jak budynek katedry w Dreźnie, gdzie nikt nie przejmuje się, że nowy element muru różni się kolorem od elementu sąsiadującego. Może czasem lepiej dać im spokój, jak wielowiekowym nagrobkom i figurom z piaskowca na cmentarzach, które tracą cały swój urok po zabiegach czyszczących?

przeczytaj cały artykuł
Strona 15 z 27
dfgdfgdfg

Najnowszy numer
4/2026 (143)

sierpień-wrzesień 2026

Zamów darmową prenumeratę

Ogłoszenie drobne
kup, sprzedaj, zamień...

Sprzedam automat polerski
2026-08-18 10:16:19
Sprzedam tanio automat polerski firmy PROMASZ, mało używany, z głowicą. Cena do uzgodnienia. Krotoszyn. Tel. 607 334 259

Reklama W Kurierze
Poznaj zalety naszego pisma

  • Kurier Kamieniarski to dwumiesięcznik – najstarszy na rynku kamieniarskim, wydawany od 1997 r. Jest bezpłatnie wysyłany do ponad 4.000 osób i firm związanych z branżą kamieniarską.
  • Nasza baza adresowa jest na bieżąco aktualizowana, a co tydzień dopisujemy do niej nowe firmy. Stale zdobywamy nowe kontakty biorąc udział w targach i spotkaniach branżowych.
  • Osiągamy ponad 99% skuteczność - z wysłanych 4.000 egzemplarzy wraca do nas nie więcej niż 30-50 szt.